Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Aleksander Kobyłka, Weronika Rokicka: Azjatyckie giganty w dobie kryzysu

Aleksander Kobyłka, Weronika Rokicka: Azjatyckie giganty w dobie kryzysu

29 październik 2008
A A A
W przypadku Chin i Indii światowy kryzys gospodarczy może nie tylko spowodować spadek tempa wzrostu dobrobytu, ale również przetestować trwałość ich gospodarczych fundamentów, a nawet zagrozić wewnętrznej stabilności.

Odmieniany w ostatnich tygodniach przez wszystkie możliwe przypadki kryzys gospodarczy zatacza coraz szersze kręgi, udowadniając, że w dobie globalizacji, żadne państwo nie jest w stanie takiego zjawiska uniknąć. Nie inaczej jest w przypadku azjatyckich gigantów – niezwykle dynamicznie rozwijających się gospodarek o rosnącym znaczeniu dla światowego systemu.

W Chinach i Indiach mieszka łącznie 2,5 mld ludzi, czyli niemal 40 proc. ludności świata. Dla tych krajów wzrost ma szczególne znaczenie – jest środkiem zaspokojenia ich rosnących ambicji, stwarza możliwość wyciągnięcia z biedy dziesiątek milionów ludzi, a w przypadku Chin jest jednocześnie warunkiem stabilności. Z tych względów zagrożone kryzysem azjatyckie giganty mają szczególnie wiele do stracenia, dlatego przyjrzeliśmy się z bliska jak wygląda sytuacja w Pekinie i Delhi.

Chiny: To coś więcej niż zwykły kryzys

W ciągu ostatnich kilkunastu lat Chiny stały się jednym z najważniejszych elementów globalnego systemu gospodarczego. Drugi największy eksporter świata dostarczając na rynki tanie towary pozwalał na utrzymywanie w ryzach inflacji (aż do momentu wystąpienia w tym roku spekulacyjnego wzrostu cen ropy), a także umożliwiał prowadzenie polityki relatywnie niskich stóp procentowych. Przekraczające obecnie 1,9 bln dol. rezerwy walutowe (mniej więcej tyle co PKB Włoch) przez lata pozwalały finansować nadmierne wydatki Stanów Zjednoczonych. Nic więc dziwnego, że świat z obawą spogląda, jak Chiny radzą sobie z kryzysem, zdając sobie sprawę, że ewentualne załamanie azjatyckiego giganta miałoby daleko idące zewnętrzne konsekwencje.

Znając stopień powiązania chińskiej gospodarki z resztą świata, odzwierciedlenie kryzysu było tylko kwestią czasu. Na pierwszy ogień poszły oczywiście giełdy. Wartości indeksów na parkiecie w Szanghaju od początku roku spadły o prawie dwie trzecie, fundując graczom niezliczone huśtawki nastrojów. Według dostępnych informacji sektor bankowy ucierpiał dotychczas w niewielkim stopniu, jednak biorąc pod uwagę mało przejrzyste zasady jego funkcjonowania, nie można z całą pewnością powiedzieć, że jest bezpieczny. Sprzedaż nieruchomości w największych miastach spadła o 40-50 proc.

Pierwsze realne oznaki spowolnienia przyniosły dane za III kwartał. Tempo wzrostu gospodarczego spadło do „zaledwie” 9 proc. Tak wolno Chiny rozwijały się pięć lat temu, kiedy borykały się ze skutkami epidemii SARS. Głównym winowajcą jest słabnący eksport, którego kwartalny wzrost był najgorszy od 2002 r. Przyczyna jest prosta – wywindowane ceny ropy w połączeniu z kryzysem finansowym wpędziły zachodnie gospodarki w recesję, powodując gwałtowny spadek popytu na chińskie towary, a tym samym odcinając dopływ paliwa do jednego z dwóch, obok inwestycji, najważniejszych silników chińskiej gospodarki.

Sytuacja jest poważna, szczególnie dla małych i średnich przedsiębiorstw. Według ostatnich danych w pierwszej połowie roku zbankrutowało aż 67 tys. takich firm. Dwie trzecie przedsiębiorstw w przemyśle tekstylnym przechodzi restrukturyzację. Analitycy przewidują, że w przyszłym roku tempo wzrostu chińskiego eksportu może nawet spaść do zera.

Władze w Pekinie zakładnikami wzrostu

Według szacunków utrzymujące się trudności eksporterów mogą spowodować dalsze zmniejszenie wzrostu gospodarczego przynajmniej do 8 proc. Mogłoby się wydawać, że nie powinno być to problemem. Nadal byłby to wskaźnik znacznie przekraczający osiągnięcia innych dużych gospodarek, a spowolnienia mogą przecież zdarzyć się każdemu. Tak byłoby w większości państw, jednak w przypadku Chin sytuacja wygląda inaczej. 8-proc. wzrost to granica powszechnie postrzegana przez Chińczyków, jako konieczna dla utrzymania pomyślnego rozwoju państwa. Wynik poniżej spowoduje zatem nie tylko realne trudności, ale także kłopoty wizerunkowe.

Chińskie władze znajdują się pod presją, która wybiega daleko poza czysto gospodarcze czynniki. Po upadku komunistycznej fasady, kiedy socjalizm znajduje się jedynie w warstwie deklaratywnej, a Chiny przechodzą kapitalistyczną rewolucję, utrzymywanie wysokiego wzrostu gospodarczego jest jedyną legitymizacją władzy Komunistycznej Partii Chin. Po rozpoczęciu reform Chińczycy otrzymali coraz wyraźniejsze zielone światło przyzwalające na pomnażanie ich majątków i zwiększanie dobrobytu. W zamian kwestie polityczne miały pozostać tematem tabu. Panujący zajęli pozycję konfucjańskiego władcy – tak długo jak są w stanie dbać o swoich poddanych, ich władza nie będzie kwestionowana.

Z tego względu władze w Pekinie panicznie obawiają się wszelkich oznak, które mogłyby podkopać przekonanie o skuteczności ich działań oraz spowodować protesty społeczne, które bez wątpienia byłyby skierowane przeciwko rządzącym. Największymi zagrożeniami są inflacja i bezrobocie. Kiedy w lutym wzrost cen konsumpcyjnych osiągnął 8,7 proc., władze skierowały wszelkie dostępne środki na walkę z nią m.in. lekceważąc pierwsze objawy spowolnienia i utrzymując stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Działania te opłaciły się, inflacja spadła do 4,6 proc. we wrześniu, a rządzący rozwiązali sobie ręce w kwestii polityki monetarnej. W obliczu trudności eksporterów alarmującym problemem jest wzrost bezrobocia. W miastach oficjalnie wynosi ono wprawdzie jedynie 4 proc. jednak w rzeczywistości jest o wiele wyższe. Rynek pracy zasila tam ok. 200 mln migrantów ze wsi, którzy w połączeniu ze zwalnianymi pracownikami mogą tworzyć wybuchową i niebezpieczną mieszankę.

Kryzys sam nie zniknie

Chińscy przywódcy na każdym kroku podkreślają, że nie ma powodów do obaw. „Wpływ kryzysu będzie odczuwalny, ale ogólne warunki są dobre, a fundamenty gospodarki pozostały niezmienne” mówił niedawno prezydent Hu Jintao. Ale same słowa nie wystarczą. Pakiet działań wprowadzonych przez rząd obejmuje zwiększenie rabatów eksportowych dla przemysłu odzieżowego oraz producentów zabawek, zachęty podatkowe dla nowych przedsiębiorstw, ułatwienia w dostępie do kredytów oraz szkolenia dla zwalnianych pracowników.

Dzięki wcześniejszym sukcesom w walce z inflacją, w środę (29.10) po raz trzeci w ciągu ostatnich sześciu tygodni chiński bank centralny obniżył stopy procentowe oraz poziom obowiązkowych rezerw bankowych. Rząd zwiększa również inwestycje w infrastrukturę, a także pompuje pieniądze w odbudowę zniszczonej w majowym trzęsieniu ziemi prowincji Syczuan.

Pomóc ma także przedstawiona niedawno reforma rolna, która przewiduje zwiększenie możliwości obrotu ziemią oraz wydłużenie czasu jej dzierżawy przez rolników. Wszystko po to, aby spowolnić napływ ludzi do miast i zwiększyć dochody na wsi, gdzie wciąż żyje ponad połowa Chińczyków.

Katalizator zmian

Ze względu na sytuację polityczno-społeczną kryzys gospodarczy jest w Chinach wyzwaniem znacznie większym niż w krajach zachodnich. W Europie czy USA gorszymi wynikami firm czy zwiększonym bezrobociem. W Chinach ceną za nieumiejętność zminimalizowania jego skutków będą co najmniej społeczne niepokoje, które łatwo mogą się przerodzić otwarty protest przeciw rządzącym.

Samo wspieranie eksportu może okazać się niewystarczające, gdyż arsenał środków członka WTO jest ograniczony, a Chiny nie mogą też ryzykować wzniecenia nastrojów protekcjonistycznych. Tym bardziej, że postulowana od lat przez Amerykanów znaczna aprecjacja juana w obecnej sytuacji z pewnością nie dojdzie do skutku. Taki ruch spowodowałby jedynie jeszcze większe kłopoty eksporterów oraz spadek dochodów mieszkańców wsi – dokładnie to, czego chińskie władze chcą uniknąć.

Jedynym ratunkiem wydaje się być to, o czym Pekin myśli już od dawna – pobudzenie popytu wewnętrznego. Taka polityka realizowana jest już od jakiegoś czasu, a jej celem jest przeistoczenie go w trzecią siłę napędową gospodarki. W istocie, sprzedaż detaliczna w III kwartale wzrosła przeszło o jedną czwartą, jednak jak na możliwości liczącego 1,3 mld konsumentów rynku, wydajność tego silnika jest wciąż za mała.

Pobudzenie popytu wcale nie jest takie proste, gdyż Chińczycy wcale nie są skłonni do wydatków konsumpcyjnych. Stopa oszczędności sięga nawet 50 proc., co z jednej strony wynika z konfucjańskiej tradycji, ale przede wszystkim z braku systemu emerytalnego, konieczności samodzielnego opłacania edukacji czy służby zdrowia. A zatem, aby pobudzić popyt wewnętrzny chińskie władze powinny w większym stopniu inwestować w tworzenie coraz bardziej powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych.

Rzecz jasna nie może być to ruch zbyt gwałtowny, by nie zdusić inwestycji pochodzących właśnie z oszczędności Chińczyków, jednak powinno to uwolnić środki potrzebne do zdrowszego i bardziej zrównoważonego rozwoju gospodarczego. Aby zachować władzę w dłuższym okresie, rządzący i tak musieliby w końcu podjąć tego rodzaju działania. Może zatem okazać się, że kryzys będzie katalizatorem dla zmian, które musiały nadejść, by podtrzymać chiński wzrost przez najbliższe lata.
{mospagebreak}
Kryzys gospodarczy w Indiach: Bombaj upada, Delhi milczy

Indyjski kapitalizm jest młody. Wystarczy powiedzieć, że jego ojcem jest obecny premier Manmohan Singh. Jako minister finansów w latach dziewięćdziesiątych przy krzykach protestów zliberalizował gospodarkę. Teraz Indie płacą za tamten błąd, grzmi lewica, ale szef rządu jest zaskakująco spokojny. Może nie ma czego się obawiać? Architekt dobrze zna swój projekt, więc powinien to wiedzieć. W czasie kryzysu trudno mu jednak uwierzyć.

Panika w Bombaju

24 października indeks Sensex zanotował spadek o 10 proc. i był to najwyższa strata zanotowana w ciągu jednego dnia od 2005 roku. Czarny piątek na giełdzie w indyjskiej stolicy biznesu. Tak dramatycznej sytuacji nie było na bombajskiej giełdzie od 5 lat. Zagraniczni inwestorzy wycofują się coraz szybciej. Od początku roku Indie straciły 11 z 66,5 mld. dol. ulokowanych w Indiach.

Przerażenie wywołuje też ogromny spadek wartości indyjskiej waluty, która przekroczyła niewyobrażalna jeszcze niedawno granicę 50 rupii za dolara i wciąż tanieje. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy rupia straciła na wartości 25 proc. Spadek powinien cieszyć eksporterów, którzy będą mogli sprzedawać taniej. Nie tym razem. Ogarnięte kryzysem Stany Zjednoczone i Europa nie chcą kupować indyjskich towarów. Na rynkach światowych spadają ceny towarów przemysłowych i żywności, w które bogate są Indie.

Tymczasem póki co zwykli Hindusi śpią spokojnie. Przynajmniej większość z nich. Tylko jedna trzecia indyjskich obywateli ma konto w banku, a w 80 proc. ich oszczędności ulokowane są w bankach sektora publicznego. Przy 80 proc. gwarancji depozytów nikt się nie martwi o stratę majątku. Obawiają się jedynie zadłużeni. Kredyty, szczególnie konsumpcyjne, stały się ostatnio bardzo popularne. Teraz Hindusi będą musieli nieco dołożyć, by je spłacić. Mimo wszystko jednak sektor bankowy jest stabilny, ponieważ najwolniej wchodził on na drogę liberalizacji lat dziewięćdziesiątych i wciąż jest głównie domeną państwa.

Wzrost gospodarczy zagrożony

Dzień przez krachem na bombajskiej giełdzie indyjski bank centralny ogłosił optymistyczną prognozę, według której gospodarka nie wyhamuje i osiągnie wzrost na poziomie 7,7 proc w roku finansowym 2008-2009. Wtórował mu minister finansów zapewniając opinię publiczną, że mimo kryzysu światowego 8-procentowy wzrost jest możliwy do osiągnięcia. Czy rzeczywiście?

Kryzys światowy już jest odczuwalny w sektorach, którym Indie zawdzięczają wspaniałe wyniki gospodarcze. Branża informatyczna pracowała do tej pory w dużej mierze nastawiona na zagranicznych klientów. 60 proc. produktów sprzedawanych było na rynek amerykański. Problem dotyczy nie tylko przemysłu. Także prężnie działający sektor usług outsourcingowych może przestać istnieć. Nikt nie ma wątpliwości, że w czasach kryzysu kraje będą się koncentrować na ochronie własnej gospodarki. Przy rosnącym bezrobociu w USA jest bardzo prawdopodobne, że usługi wykonywane jeszcze niedawno przez Hindusów, teraz będą atrakcyjnym miejscem pracy dla Amerykanów.

Groźba zapaści gospodarczej jest znaczna. Indie tracą zagranicznych inwestorów, a indyjscy producenci rynki zbytu w ogarniętej kryzysem Europie i Stanach Zjednoczonych. Eksperci wskazują, że Indie może czekać długotrwała stagnacja. Na kryzysie traci bowiem głównie szeroko pojmowana klasa średnia, która do tej pory była żyłą złota dla producentów wielu dóbr postrzeganych jako bardziej luksusowe (m.in. samochodów, elektroniki czy sprzętów AGD). Banki ograniczyły już dostęp do kredytów, szczególnie konsumpcyjnych, a branże, w których pracują lepiej wykształceni Hindusi, powoli dotykają masowe zwolnienia. W połowie października największe prywatne linie lotnicze Jet Airways zwolniły 800 pracowników. Ich największy konkurent zaczął rozważać podobne oszczędności.

Kryzys nie dotknie jedynie wsi, co jednak nie wpłynie w żaden sposób na wyniki gospodarcze. Mocno dotowane przez państwo i bardzo przestarzałe rolnictwo, które zatrudnia 60 proc. aktywnych zawodowo, jest największą bolączką indyjskiej gospodarki. To ono sprawia, że wzrost gospodarczy nie jest tak szybki, jak chcieliby Hindusi.

Delhi śpi spokojnie

Ojciec indyjskiego liberalizmu premier Singh zachowuje się, jakby kryzys Indii w ogóle nie dotknął. Ani on ani minister finansów nie zdecydowali się na podjęcie jakichkolwiek kroków. Co więcej Manmohan Singh stwierdził nawet, że najważniejszym zagrożeniem dla państwa jest obecnie terroryzm i to tej kwestii chce poświęcić najwięcej uwagi. Bez bezpieczeństwa i porządku rozwój kraju nie jest według niego możliwy. Czy jest on możliwy w czasie kryzysu światowego, premier nie wspomniał.

Eksperci nie szczędzą krytyki rządowi. Zarzucając mu całkowitą pasywność porównują Manmohana Singha do lekarza, który myśli, że można wyleczyć pacjenta, nie lecząc go albo wręcz potęgując jego chorobę. Ci bardziej przychyli wskazują, że rząd powinien wspierać lokalny rynek, żeby utrzymać jak najwyższy popyt na rynku wewnętrznym, wtedy efekt wycofania zagranicznego kapitału będzie mniejszy. Nie zmienia to faktu, że zdecydowanego stanowiska rządu, jak nie było, tak nie ma.

Wygrają najwięksi

Indyjska biedota może spokojnie popijać herbatę z dala od bombajskiego zgiełku, bo ich sytuacji nie zmieni nawet wielki krach. Ale oprócz tych, którzy kryzys przeczekają, są też tacy, którzy wydawali się tylko na niego czekać. Indyjski mocarz Ratan Tata kupił konkurencyjną firmę na rynku stali i Tata Steel umocniło swoją pozycję w tym kluczowym dla rozwijającej się gospodarki sektorze. Podobnie postąpiła druga dynastia indyjskiego biznesu Birla. Aditya Birla Group od razu przejęła kilka mniejszych przedsiębiorstw.

Kryzys przetrwają więc najwięksi i najmniejsi. Premier Singh wydaje się zapominać, że siłę gospodarki kreuje klasa średnia, która jest wiąż w Indiach słaba, a teraz zapewne osłabnie jeszcze bardziej. Wspieranie konkurencyjności, małych i średnich przedsiębiorstw zapewniłoby długofalową stabilność, ale władze wolą wyraźnie szybkie efekty i dobre wskaźniki wzrostu gospodarczego. Nikt nie zapomina, że trwa wyścig azjatyckich gigantów i Indie nie zamierzają pozostawać zbyt daleko za Chinami.

Premier Singh myśli też już zapewne o następnych wyborach parlamentarnych. Rządzący Kongres wygrał cztery lata temu głosami biednych i mieszkańców wsi. Ich kryzys nie dotyka. Czy pasywność rządu to więc część strategii? Oczywiście lepiej nie straszyć obywateli, bo panika wróży niepewny wynik wyborów. A klasa średnia może powoli ginąć. W końcu demokracja to tyrania większości, biednej większości. I tych paru potentatów, których żaden kryzys nie dotyka.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.