Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Świat Afryka Opinie Polityka Pół roku do klęski

Pół roku do klęski

28 październik 2017
A A A

Do wyborów parlamentarnych na Węgrzech pozostało pół roku, a tymczasem Viktor Orbán nie musi obawiać się o ich rezultat. Liberalno-lewicowa opozycja po raz kolejny na własne życzenie spycha samą siebie na margines tamtejszej polityki, zaś na początku października być może decydujący cios zadał jej socjalistyczny burmistrz uważany przez wielu za ostatnią nadzieję lewicy. 

Przed siedmioma laty węgierska lewica nie miała żadnego pola manewru. Po blisko ośmiu latach jej rządów państwo zmagało się z katastrofalnym stanem finansów publicznych, zaś wyborcy czuli się oszukani przez wieloletnią gwiazdę socjalistów, czyli byłego premiera Ferenca Gyurcsány’ego. Po czterech latach rządów centroprawicowego Fideszu sytuacja liberalno-lewicowej opozycji wręcz nie miała prawa się poprawić. Reformy Orbána doprowadziły bowiem do poprawy sytuacji gospodarczej kraju, w tym również do spadku bezrobocia, a skręcający w prawo elektorat nie był zainteresowany skargami przeciwników rządu słanymi do Brukseli. Trwająca właśnie kolejna kadencja rządów centroprawicy nie tylko nie obfituje już w podobne sukcesy, ale przede wszystkim mija pod znakiem umacniania się oligarchów związanych z Fideszem i mnożeniu się skandali związanych z niewłaściwym wydatkowaniem publicznych pieniędzy.

W takich warunkach wydawałoby się, że liderzy lewicowo-liberalnej opozycji muszą jedynie punktować rządzących na kolejnych konferencjach prasowych, obiecując oczywiście, że po przejęciu przez nich władzy z pewnością będzie lepiej. Problem polega jednak na tym, iż po tej stronie sceny politycznej przybywa kolejnych ugrupowań, za to z poparciem jest zupełnie inaczej. O ile w wyborach parlamentarnych w 2014 roku dwie opozycyjne listy otrzymały łącznie ponad 30 proc. poparcia, o tyle obecnie na podobną liczbę głosów może liczyć siedem skłóconych ze sobą partii. Tymczasem rządzący Fidesz wraz ze swoim chadeckim koalicjantem w zależności od sondażu może liczyć na od 40 do prawie 55 proc. głosów, czyli według najlepszego scenariusza nawet na więcej niż przed trzema laty.

Nadzieja umarła ostatnia

Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi lewicowo-liberalna opozycja była rozbita, lecz ostatecznie udało jej się wystawić tylko dwie listy wyborcze. Pierwsza z nich startowała pod szyldem „Zjednoczeni” i była koalicją Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSZP), Koalicji Demokratycznej (DK), Węgierskiej Partii Liberalnej (Liberálisok), Razem (Együtt) oraz partii Dialog dla Węgier (PM), natomiast drugą była liberalno-ekologiczna „konstruktywna opozycja” w postaci partii „Polityka Może Być Inna” (LMP). LMP nigdy nie cieszyło się sympatią pozostałych lewicowo-liberalnych ugrupowań upatrujących w niej „koncesjonowanej opozycji”, ale wzajemne niesnaski różniły także liderów największego bloku przeciwników rządu Orbána. Animozji nie dało się zepchnąć na dalszy plan nawet w trakcie kampanii wyborczej, dlatego już wtedy „Zjednoczeni” zadeklarowali, że po wyborach nie będą nawet tworzyć wspólnego klubu parlamentarnego i każdy z podmiotów zachowa swoją niezależność.

Nic więc dziwnego, że już wówczas pojawiały się złośliwe komentarze, iż lewicowo-liberalne partie nie są nawet zainteresowane odebraniem władzy Fideszowi, ale skupiają się po prostu na zachowaniu swoich miejsc w parlamencie. Jak się właśnie okazało, nie był to jedynie element propagandy partii rządzącej, ponieważ podobne zarzuty pod adresem swoich kolegów wyartykułował László Botka, który przed tygodniem postanowił wycofać się z kandydowania na urząd szefa rządu z ramienia najpopularniejszego lewicowego ugrupowania, a więc postkomunistycznej MSZP. Burmistrz Segedyna miał bowiem nadzieję na zjednoczenie opozycji, lecz w swoim oświadczeniu określił jej część mianem „politycznej mafii”, która jest tak naprawdę zainteresowana jedynie zachowaniem swoich miejsc w Zgromadzeniu Narodowym. MSZP nie chciało bowiem odstąpić części miejsc na swoich listach pozostałym partiom, a dodatkowo według Botki jego zjednoczeniowe działania torpedowała część partyjnych kolegów.

László Botka. Źródło: Wikimedia Commons/MSZP Kongresszus 2014

Ten cios może okazał się kluczowy, ponieważ Botka wyróżniał się na tle zupełnie niemedialnych liderów lewicowo-liberalnej opozycji, a dodatkowo jest jedynym socjalistą mającym jakikolwiek wpływ na funkcjonowanie węgierskiego państwa. Samorządowiec jest nie tylko burmistrzem trzeciego co do wielkości miasta w tym kraju, ale jest po prostu jedynym lewicowym prezydentem jednego z dwudziestu największych węgierskich miast. Od wyborów samorządowych w 2010 roku w rękach Fideszu znajduje się nawet Budapeszt, który od czasu upadku komunizmu przez dwadzieścia lat był rządzony przez liberała Gábora Demszky’ego, zaś obecnie dwie trzecie miejsc w jego miejskiej radzie zajmują właśnie samorządowcy centroprawicy. 

Cień Gyurcsány’ego

Słowa Botki o istnieniu „politycznej mafii” wewnątrz obozu lewicowo-liberalnego oznaczały poparcie dla tezy niektórych wspierających go środowisk, które wprost twierdzą, że Fidesz posiada swoich agentów wśród pozostałych węgierskich ugrupowań. Po rezygnacji burmistrza Segedyna takie obawy wyartykułował wprost nowy redaktor naczelny tygodnika „168 óra”, czyli jednego z najbardziej zaciekłych medialnych krytyków obecnej władzy. Według Ákosa Tótha, misja Botki nie powiodła się z powodu działalności „największych łajdaków reżimu Orbána”, którzy torpedowali jakiekolwiek próby budowy porozumienia po lewej stronie. Jednocześnie jednak naczelny lewicowego tygodnika wskazywał, iż także samorządowiec popełnił sporo błędów, co jednak nie usprawiedliwia szkodliwej aktywności niektórych polityków partii socjalistycznej.

Największym błędem Botki miała być bowiem zawziętość, z jaką sprzeciwiał się obecności na listach wyborczych wspomnianego już Gyurcsány’ego, który po odejściu z MSZP przed sześcioma laty założył własną partię. Samorządowiec był więc gotowy znaleźć porozumienie z pozostałymi politykami DK, ale nie z osobą byłego socjalistycznego premiera. Tymczasem Gyurcsány jest najbardziej medialnym politykiem lewicowo-liberalnego obozu, choć jednocześnie należy do niezwykle łatwych celów ataków ze strony rządzącej centroprawicy, bo to właśnie on de facto utorował jej drogę do władzy. Słowa Gyurcsány’ego z 2006 roku, kiedy przyznał się do kłamstw na temat prawdziwej kondycji węgierskiego państwa, nie muszą być nawet przypominane, bo nadal są doskonale pamiętane przez większość tamtejszego społeczeństwa. Jednocześnie jednak jego charyzma powoduje, że DK w chwili obecnej cieszy się największą popularnością w swojej historii i startując oddzielnie partia mogłaby uzyskać więcej mandatów niż w wyborach z 2014 roku.

Wzrost poparcia dla ugrupowania Gyurcsány’ego, które jak wskazuje sama jego nazwa miało zjednoczyć środowiska przeciwników władzy Orbána, nie oznacza jednak, że były premier ma jakiekolwiek szanse na przyciągnięcie do siebie większej grupy przeciwników centroprawicowego rządu, właśnie przez wyżej wspomniane czynniki. Sam Gyurcsány doskonale zdaje sobie z tego sprawę (trudno, aby nie słyszał o sondażach wskazujących na niego jako na najbardziej nielubianego polityka w kraju), a jego krytycy wewnątrz lewicy uważają, iż były premier i jednocześnie niezwykle bogaty biznesmen traktuje politykę jako hobby, z którego na dodatek nie chce zrezygnować dla „dobra sprawy”. Rzecz ma się zresztą podobnie z innymi czołowymi politykami węgierskiej opozycji, bowiem w podobny sposób zachowuje się lider liberałów Gábor Fodor, który zaczynał swoją karierę jako najbliższy współpracownik Orbána, zaś obecnie zajmuje się głównie jego personalną krytyką.

Gyurcsány jest więc poważnym, ale nie jedynym problemem węgierskiej lewicy, bo nie tylko on cierpi na narcystyczne zapędy. Tuż przed rezygnacją Botki swoją kandydaturę na szefa rządu przedstawiła liberalno-ekologiczna LMP, a w fotelu premiera widziałaby ona swoją przewodniczącą Bernadett Szél, mówiąc kolokwialnie mającą po prostu „parcie na szkło”. LMP nigdy jednak nie identyfikowała się z resztą lewicowo-liberalnej opozycji, zaś ostatnia oferta Botki została odrzucona przez partię, bowiem nie jest ona zainteresowana współpracą z jakąkolwiek z partii odpowiadających za prawie trzydzieści ostatnich lat rządów na Węgrzech. Na początku roku swoją kandydaturę na premiera rządu zgłosił znany specjalista od prawa międzynarodowego Tamás Lattmann, ale samozwańczy jednoczyciel środowisk przeciwnych Fideszowi nie mógł liczyć na poważne traktowanie ze strony którejkolwiek z lewicowych partii. Na tym tle wyróżnili się jedynie liberałowie Fodora, którzy wyrazili gotowość przyjęcia oferty Botki, lecz według większości sondaży mogą oni liczyć na poparcie w granicach błędu statystycznego.

Błędów nie wystrzegał się jednak sam Botka. Największe kontrowersje wzbudziła jego deklaracja dotycząca płotu zbudowanego przez rząd na granicy z Serbią. Socjalistyczny polityk parę tygodni temu zadeklarował, iż jako premier zdemontuje instalację, kiedy tylko uspokoi się sytuacja na Bliskim Wschodzie i Europa nie będzie musiała obawiać się napływu imigrantów. Już na starcie Botka zraził więc do siebie nie tylko przeciwników rządu akceptujących jednak jego politykę względem kryzysu migracyjnego, ale także niektórych starszych liderów MSZP chwalących przed dwoma laty Orbána za ten krok. Fiaskiem zakończyła się też sierpniowa próba zmobilizowania środowisk inteligenckich będących onegdaj głównym zapleczem socjalistów, bo na specjalną konferencję zorganizowaną przez Botkę w Segedynie przyjechało niewielu specjalistów, a większość z obecnych cały czas znajdowała się w orbicie MSZP.

Jeszcze przed opisanymi wyżej wydarzeniami poparcie dla Botki spadało, bowiem od ogłoszenia jego kandydatury w maju do sierpnia stracił on trzy punkty procentowe, zaś podobne straty odnotowali socjaliści. Dość szybko okazało się, że burmistrz Segedyna całkiem dobrze prezentuje się w telewizji, ale w trakcie dłuższych wystąpień powtarza w kółko te same hasła. To zresztą dobre podsumowanie programowej oferty węgierskiej lewicy, która poza postulatem odsunięcia Orbána od władzy nie proponuje żadnej realnej alternatywy. Bo podobnie jak w Polsce, tak i na Węgrzech trudno zmobilizować wyborców choćby pod hasłem poprawy sytuacji w służbie zdrowia, skoro nie zmienia się ona od lat...

Jednoczenie przez pączkowanie

Węgierska lewica przez siedem lat nie nauczyła się niczego na własnych błędach, stąd nie powinno dziwić ciągle powielanie tych samych schematów, a jednym z nich jest powstawanie kolejnych ugrupowań stawiających sobie za cel zjednoczenie całej opozycji. Wpierw powstała więc DK Gyurcsány’ego, niedługo potem ugrupowanie Razem byłego premiera Gordona Bajnaia, Ruch Nowoczesnych Węgier (MoMa) Lajosa Bokrosa (twórca gospodarczych reform z lat dziewięćdziesiątych, porównywany często do Leszka Balcerowicza ), a następnie PM, czyli grupa rozłamowa z LMP, opowiadająca się przed trzema laty za startem razem z pozostałymi lewicowymi partiami. Jeśli dodać do tego organizacje stojące chociażby za protestami w obronie węgierskiej konstytucji lub wolności mediów, ujrzymy wówczas całą paletę lewicowo-liberalnych ruchów nie mających wpływu nawet na kierunek, w jakim podąża ich własny obóz polityczny.

Najnowszą ofertą polityczną po lewej stronie jest natomiast Węgierski Ruch Postępu (MPM), którego założycielami są wspomniany Lattmann, były ekspert MSZP w sprawach bezpieczeństwa wewnętrznego Péter Tarjányi oraz adwokat, były kandydat liberałów na burmistrza Budapesztu, Zoltán Bodnár. Celem nowego ruchu jest oczywiście… zjednoczenie lewicowo-liberalnej opozycji, aby wystawiła ona wspólne listy wyborcze i przedstawiła swojego kandydata na szefa rządu. Twórcy MPM podkreślają, że nie planują masowych demonstracji przeciwko rządowi Orbána, ponieważ skupiają się na stworzeniu platformy porozumienia pomiędzy zwaśnionymi lewicowymi ugrupowaniami i chcą ożywić intelektualną dyskusję po tej stronie sceny politycznej.

Szybko przygasło z kolei zainteresowanie założonym w marcu ruchem Momentum, wzorowanym na nowoczesnej lewicy spod znaku hiszpańskiego Podemos i polskiej partii Razem. Ruch powstały na bazie udanej akcji przeciwko organizacji Igrzysk Olimpijskich przez Budapeszt dość szybko przekształcił się w partię, która odcina się od pozostałych ugrupowań lewicowo-liberalnych, ale podobnie jak i one nie może liczyć na masowe poparcie węgierskiego społeczeństwa. Ostatnie sondaże dają Momentum wsparcie na poziomie 2-3 proc. i według tamtejszych socjologów może liczyć głównie na głosy młodego pokolenia wielkomiejskich elit. Niechęć ugrupowania do współpracy z resztą lewicy spowodowało, iż ze sponsorowania Momentum wycofał się chociażby biznesmen Gábor Bojár, nie ukrywający rozczarowania postawą młodych lewicowców.
W badaniach opinii publicznej ujmowana jest również Węgierska Partia Psa o Dwóch Ogonach (MKKP) i jak nietrudno się domyślić ma ona charakter politycznego happeningu, który ośmiesza i krytykuje całą węgierską scenę polityczną. Tak czy inaczej ugrupowanie kojarzone z lewicą (podczas ubiegłorocznego referendum w sprawie relokacji uchodźców opowiadało się za ich przyjęciem) może liczyć na poparcie rzędu od 1 do 3 proc.

Wróg numer jeden

Spory i kłótnie po lewej stronie jasno wskazują, że Fidesz nie musi sobie zwracać głowy przetasowaniami wśród socjalistów i liberałów, stąd na najgroźniejszego przeciwnika centroprawicy wyrasta nacjonalistyczny Jobbik. Radykałowie od dłuższego czasu starają się zmienić swój wizerunek na umiarkowany, stąd od wielu miesięcy określają samych siebie jako „konserwatywną partię ludową”, której głównym celem jest walka z korupcją, oligarchią oraz zapaścią służby zdrowia. Coraz częściej Jobbik sięga też po retorykę związaną z obroną demokracji przed autorytarnymi zapędami Fideszu, co jak dotąd było domeną właśnie lewicy.

Do jej wyborców zwrócił się zresztą lider nacjonalistów. Gábor Vona miał odbyć debatę telewizyjną z Botką, ale w obliczu wycofania jego kandydatury cała sprawa stała się nieaktualna, zaś on sam wystosował specjalny list do zwolenników lewicy. Szef Jobbiku stwierdza w nim, że nacjonaliści stali się jedyną alternatywą wobec rządów centroprawicy, dlatego to właśnie na nich swój głos powinni oddać wszyscy przeciwnicy „oligarchicznych, autorytarnych i skorumpowanych” rządów Orbána. Vona podkreślił też brak zainteresowania statusem społecznym i poglądami politycznymi zwykłych Węgrów, bo odsunięcie Fideszu od władzy powinno stać się priorytetem dla wszystkich zwolenników „przejrzystości życia politycznego i zdrowego rozsądku”.

Nieprzypadkowo Fidesz rozdmuchał więc aferę związaną z finansowaniem Jobbiku, ponieważ w tym roku na kontrolę finansów węgierskich ugrupowań zdecydowało się Biuro Rachunkowe Państwa. Poinformowało ono, że nacjonaliści mieli odmówić współpracy z kontrolerami Biura, dlatego sprawę bada obecnie służba specjalna w postaci Narodowego Biura Śledczego (węgierskie media porównują je do amerykańskiego FBI), choć Jobbik oskarża Biuro o stworzenie sztucznego zamieszania. Partia miała bowiem najpierw dostarczyć wszystkie dokumenty drogą elektroniczną, zaś następnie Biuro Rachunkowe Państwa nagle zmieniło zdanie i zapowiedziało kontrolę w siedzibie skrajnej prawicy, aby… ponownie domagać się przesłania dokumentów za pośrednictwem maila. Wykorzystywanie służb państwowych do rozprawy z opozycją stało się głównym wątkiem krytyki Fideszu ze strony ugrupowań lewicowo-liberalnych, które w tej sprawie stanęły właśnie po stronie nacjonalistów.

Jobbik miał doprowadzić rządzących do wściekłości swoją ostatnią kampanią bilboardową, przedstawiającą Orbána i jego przyjaciela, a przede wszystkim oligarchę Lőrinca Mészárosa jako osoby okradające Węgrów z ich ciężko wypracowywanych pieniędzy. Fidesz jeszcze przed wakacjami przyjął w pośpiechu ustawę, która zakazuje sprzedaży miejsc na plakaty dla ugrupowań politycznych po cenie niższej niż rynkowa pod groźbą wysokich grzywien. Według twórców nowego prawa ma ono zwalczać nielegalne finansowanie partii politycznych, lecz tak naprawdę daje znaczącą przewagę propagandową rządzącym – od dawna Fidesz komunikuje się bowiem z wyborcami za pośrednictwem „informacji rządowej”, czyli reklam finansowanych z pieniędzy podatników.

W obecnej sytuacji trudno więc oczekiwać, aby Fidesz mógł stracić władzę, a najprawdopodobniej jeszcze zwiększy swój stan posiadania i to nie tylko dzięki korzystnej dla siebie ordynacji wyborczej. Węgierska opozycja jest zbyt podzielona i nie proponuje żadnej wiarygodnej alternatywy dla społeczeństwa, które doskonale pamięta, że korupcja i pomnażanie fortun oligarchów były również domeną rządów lewicowo-liberalnych.

Maurycy Mietelski