Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję

Strefa wiedzy

Wykonanie: Delta Interactive
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Energia Rafał Andrzej Smentek: Przeszkody na niemieckiej drodze do zielonej energii

Rafał Andrzej Smentek: Przeszkody na niemieckiej drodze do zielonej energii

19 grudzień 2012
A A A

Kiedy Angela Merkel zapowiedziała zamknięcie do 2022 roku wszystkich elektrowni atomowym w Niemczech, nikt nie wątpił, że będzie to zadanie trudne. I tym cięższe do osiągnięcia, że RFN już wcześniej była związana szeregiem zobowiązań, które w bezpośredni lub pośredni sposób wpływają na realizację wyznaczonego przez kanclerz projektu. Berlin ma do 2020 roku zmniejszyć emisję dwutlenku węgla, zwiększyć udział energii odnawialnej (OZE) oraz wydajność energetyczną. Wszystko to o 20% w porównaniu do roku 1990. Warto przy tym odnotować, że Niemcy w opublikowanej we wrześniu 2010 roku Koncepcji Energetycznej wyznaczyły sobie jeszcze ambitniejsze cele, podbijając procent zmniejszenia emisji, czy udziału OZE. Przy realizacji tego planu energia atomowa miała pełnić istotną rolę, zapewniając bezpieczne dostawy energii do czasu stworzenia odpowiedniej infrastruktury dla energii odnawialnych. Decyzja Merkel podjęta po katastrofie w Fukushimie diametralnie zmieniła sytuację RFN, pozostawiając do dyspozycji tylko OZE i energię konwencjonalną.

Trzy filary zmian

Do tak diametralnej zmiany nieprzygotowane wydaje się zaplecze technologiczne. Przez lata Niemcy rozwijały technologię do produkcji energii atomowej, poprawiając jej wydajność i bezpieczeństwo. Choć Atomausstieg (rezygnacja z energii atomowej) był już wyraźnie sygnalizowany w 2000 roku, za czasów urzędowania Gerharda Schrödera, to sektor OZE jeszcze w 2010 roku pełnił rolę raczej drugoplanową. Niemcy robią teraz duże postępy w szybkim tempie. Nie ma co jednak ukrywać, że nawet jeśli uda się w wyznaczonym terminie zbudować infrastrukturę pod rozwój wydajnych OZE, to działania podjęte pod presją czasu i w pewien sposób spontanicznie będą kosztować zdecydowanie więcej wysiłków, w tym finansowych, niż to przewidywała Koncepcja Energetyczna.

Wciąż nierozwiązanym problemem, który może sprawiać ogromne kłopoty w przyszłości jest niepewność dostaw energii wiatrowej i słonecznej, które mają pełnić główną rolę w jej zapewnianiu. To, czy turbiny i instalacje solarne wyprodukują energię, czy nie, zależy wyłącznie od pogody. Może zdarzyć się tak, że przez kilka miesięcy będą generowały jej niewiele, by potem w ciągu kilku dni dostarczyć jej w nadmiarze. Problem rozwiązałyby magazyny na energię. Dotychczas nie znaleziono jednak pomysłu na efektywne gromadzenie energii. Te dostępne obecnie są najczęściej drogie i mało wydajne. Dlatego też rząd zdecydował o niewprowadzeniu zachęt finansowych na inwestycje w tym obszarze i przekierowaniu pieniędzy na dalsze badania.

Drugim filarem podtrzymującym dostawy energetyczne po Atomausstieg są elektrownie konwencjonalne. W planach jest budowa wielu małych, wydajnych i nowoczesnych elektrowni, przy czym w bliższej perspektywie (do 2015 roku) energetyka niemiecka ma ukierunkować się na węgiel, a w dłuższej na gaz. Pociąga to za sobą problem zanieczyszczenia środowiska. Węgiel brunatny, którego zasoby Niemcy posiadają jeszcze w dużej ilości, uwalnia przy spalaniu trujące tlenki siarki, nie mówiąc już o emisji gazów cieplarnianych. Na wychwytywanie CO2 i przechowywanie go następnie w postaci skroplonej nie zgadza się natomiast, reprezentujący landy, Bundesrat.

OZE i konwencjonalne elektrownie to dwa filary, które mają zapewnić dostawy energii dla największej gospodarki Europy. Dla sprawnego funkcjonowania potrzeba jeszcze sieci, która połączyłaby źródła energii z jej odbiorcami. Choć poparcie dla Atomausstieg i całej Energiewende (przejście na energię odnawialną) pozostaje w Niemczech niezmiennie na wysokim poziomie, to także tutaj obowiązuje zasada NIMB (Not In My Backyard). Wiąże się to z długotrwałymi procesami wywłaszczeniowymi i protestami obywatelskimi. Na wybudowanie linii energetycznej trzeba w takim wypadku liczyć kilka lat. Nawet jeśli jej część jest zbudowana, może się zdarzyć, że będzie ona nieprzydatna, bo inny odcinek nie został ukończony. Tak dzieje się ze stworzoną już linią energetyczną w Meklemburgii, która jest bezużyteczna, bo nie podłączono jej do źródeł energii w Szlezwiku-Holsztynie.

Między ideą, a materializmem

Podstawowy czynnik w realizacji Atomausstieg ma jednak podłoże psychologiczne. Dyskusja
w Niemczech przybrała bowiem zabarwienie ideologiczne, radykalizując tylko zwolenników i przeciwników atomu. Angela Merkel mówi o projekcie na miarę nowego zjednoczenia i zadaniu narodowym, w którym udział powinni wziąć wszyscy Niemcy. Podkreśla się też, że świat prędzej czy później też pójdzie tą drogą, a wtedy RFN będzie już miała na tyle rozwinięty „zielony” przemysł, że stanie się światowym liderem. Rola pioniera pokazującego słuszną drogę dla ratowania Ziemi wpisuje się zresztą doskonale w często powtarzaną przez niemieckich polityków „szczególną odpowiedzialność” Niemiec wobec Europy i świata za wywołanie II wojny światowej.

Przeciwnicy podkreślają przede wszystkim olbrzymie koszty związane ze zmianą polityki energetycznej. W okresie kryzysu finansowego jest to wyjątkowo istotny temat. W Internecie krąży całe mnóstwo tabelek, wykresów i statystyk mających wykazać, o ile euro więcej będzie musiał zapłacić za prąd przeciętny Niemiec, i jakie konsekwencje wyższa cena elektryczności będzie miała
na eksport, który jest podstawą gospodarki RFN. Według Karlsruher Institut für Technologie cena
za prąd do 2025 roku może wzrosnąć nawet o ok. 70%. Szczególne kontrowersje wywołują subwencje dla OZE oraz EEG-Umlage, czyli stale rosnący podatek na rozwój „zielonych” technologii wliczany w cenę prądu, który stanowił ostatnio 13,6%.

Rząd broni się argumentując, że owszem, cena poszła w górę, ale Energiewende stworzyła blisko
370 tys. nowych miejsc pracy, a inwestycji dokonano w dużej części we wschodnich landach, pobudzając tam wzrost gospodarczy. Rzeczywiście, kraje związkowe byłego NRD zdają się być najbardziej chętne do projektu. Szlezwik-Holsztyn zamierza stać się liderem w produkcji i eksporcie energii. Co prawda także Bawaria zapowiedziała, że chce być energetycznie samowystarczalna, ale jednocześnie przychylnie spogląda na rozbudowę elektrowni atomowych w pobliskich Czechach. Atomausstieg wyraźnie faworyzuje wschodnie landy, co budzi obawy na południu i zachodzie. Przy okazji dalszych postępów w jego realizacji może się więc zdarzyć, że z nową siłą odżyją stare resentymenty i podziały, a wszystko to wobec obowiązującego do 2020 roku Paktu Solidarności II, czyli pakietu finansowej pomocy dla wschodnich landów.

Odejściu od atomu nie pomagają też wspomniane już wcześniej subwencje, przeciw którym ostro protestował prezydent Joachim Gauck, porównując je do modelu gospodarki planowanej. Przed nowelizacją EEG połowa dotacji na źródła odnawialne szła na energię słoneczną. Doprowadziło to do powstania dużej ilości firm produkujących panele słoneczne. Podaż zdecydowanie przekroczyła popyt. Problemem stało się też pojawienie się, zachęconej pomocą finansową, konkurencji z Chin, która szybko opanowała blisko połowę rynku solarnego.

Pekin w perspektywie Atomausstieg stanie się zresztą jednym z najważniejszych partnerów RFN,
od którego w dużej mierze będzie uzależnione powodzenie całej operacji. W Państwie Środka wydobywa się bowiem metale rzadkie takie jak np. neodym, które są niezbędne do produkcji paneli słonecznych i turbin wiatrowych. Drugim państwem, od którego zależne będą Niemcy, jest Federacja Rosyjska, która ma być głównym dostarczycielem gazu. Berlin będzie musiał zapłacić wysoką cenę, jeśli marzy o sukcesie. Być może trzeba będzie złagodzić politykę na rzecz praw człowieka i udostępnić część technologii Chinom, a w stosunku do Rosji - złagodzić zapisy polityki energetycznej UE tak, by były korzystniejsze dla Gazpromu.

RFN czeka jeszcze jeden ważny krok, bez którego rewolucja energetyczna się nie uda, a mianowicie koniczność jej przeniesienia na poziom unijny. Polityka energetyczna jest niczym system naczyń połączonych i trudno sobie wyobrazić, aby Niemcy utrzymały się jako samotna „zielona” wyspa w UE. Berlin chce być pionierem, ale nie samotnikiem. Propagowanie niemieckiego modelu
ma pobudzić popyt na „zielone” technologie i zwiększyć tym samym ich rentowność. W Brukseli kanclerz Merkel może też walczyć o zaostrzenie kryteriów emisji dwutlenku węgla, czy narzucenie dodatkowych wymagań w kwestii bezpieczeństwa dla energii atomowej.

Konkludując, problem realizacji rezygnacji z energii atomowej do 2022 roku jest niezwykle złożony. Jej inicjatorzy nie muszą się co prawda martwić o nagły zwrot po ewentualnej zmianie rządu w 2013 roku (opozycja jest nawet za szybszą rezygnacją z atomu), ale pozostałe czynniki mogą ich przyprawić o ból głowy. Dla Berlina Atomausstieg stał się wielkim projektem politycznym, który nabrał znaczenia ideologicznego, sytuując Niemcy jako światowego pioniera, wskazującego reszcie świata słuszną drogę. Jeśli politykom uda się przekonać społeczeństwo, że za dzisiejsze wyrzeczenia czeka je lepsza przyszłość, a w międzyczasie nie nastąpi nagły regres gospodarczy, to cała operacja powinna się udać i już od 2022 roku RFN będzie wolna od atomu. Jednocześnie prawdopodobne jest, że nie zostaną wypełnione wszystkie założenia, w tym przede wszystkim te dotyczące emisji dwutlenku węgla.


Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Centrum Inicjatyw Międzynarodowych: http://blogcim.wordpress.com/2012/11/20/przeszkody-na-niemieckiej-drodze-do-zielonej-energii/