Grzegorz Mazurczak: Moralność, wojna i trudne dorastanie
Organizacje obrony praw człowieka oraz media, które od lat informowały o wykorzystywaniu dzieci – żołnierzy w nieustającym somalijskim konflikcie, z zadowoleniem, chociaż i niedowierzaniem przyjęły wiadomość, że Prezydent Somalii Szejk Szarif Ahmed zarządził wreszcie dochodzenie w tej sprawie.
Angażowanie somalijskich dzieci do udziału w działaniach zbrojnych, szczególnie do walki z islamskimi rebeliantami na południu kraju, nieustannie rośnie. Kraj, w którym poziom przemocy od lat utrzymuje się na wysokim poziomie, ciągle potrzebuje nowych bojowników. Rekrutacja dzieci jest więc prostym sposobem na uzupełnienie niedoborów, szczególnie, że pozyskani w ten sposób młodociani żołnierze są tani, podatni na wpływy i łatwo ulegają indoktrynacji.
W ubiegłym roku odbiła się dużym echem, przynajmniej w organizacjach walczących o prawa człowieka, akcja rządu somalijskiego, który w obozach dla uchodźców z Somalii umiejscowionych w Kenii (np. Dadaab), prowadził rekrutacje dzieci oraz młodych mężczyzn do armii. Władze oraz armia Kenii chętnie pomagały w tym procederze. Zwerbowano i wywieziono do Somalii kilkuset chętnych.
W maju, Agencja Associated Press podała, że bojownicy islamscy z dominującej na tym terenie grupy al – Shabab (ściśle powiązanej z al - Kaidą), zwiększają nabór dzieci - żołnierzy do swoich szeregów. Jednak i siły rządowe nie pozostają w tyle w tym względzie, korzystając z każdej okazji by wcielać małoletnich w szeregi armii. Ocenia się, że tysiące dzieci - żołnierzy jest wykorzystywanych zarówno przez rząd jak i bojówki islamskie. Według danych ONZ, dzieci stanowią w tym kraju ok. 20% wojsk rządowych i aż 80% sił „powstańczych”.
New York Times zwrócił ostatnio uwagę na inny aspekt tej sprawy. Powołując się na pracowników ONZ oraz przedstawicieli somalijskich organizacji praw człowieka, skupił się na finansowaniu tego przedsięwzięcia zarówno przez rząd Somalii jak i tych wszystkich, którzy go wspierają. Odpowiedzialnością za propagowanie takich praktyk obciążył również samych Amerykanów, którzy wspomagając władze Somalii, pośrednio finansują utrzymanie dziecięcej armii. Wielu uważa, że tego rodzaju pomoc jest moralnie dwuznaczna i niewłaściwa.
Wydaje się jednak, że w tym konkretnym wypadku można odwoływać się wyłącznie do moralności i zdrowego rozsądku, bowiem zarówno USA jak i Somalia przezornie nie ratyfikowały Międzynarodowej Konwencji o Prawach Dziecka, zabraniającej miedzy innymi rekrutowania żołnierzy poniżej 15 roku życia. Jak widać, nie wszystko co jest nagannie moralnie, bywa nieprzydatne politycznie.
Pomimo braku specjalnej presji politycznej, nie licząc nacisków ONZ oraz organizacji NGO, Prezydent Somalii Szejk Szarif Ahmed wydał jednak rozkaz przeprowadzenia dochodzenia w sprawie wykorzystywania dzieci-żołnierzy. Zażądał przedstawienia mu sprawozdania w ciągu miesiąca. Jest to oczywiście pewna forma obłudy, bo sam prezydent doskonale wie o takich praktykach i nieoficjalnie nic nie ma przeciwko wykorzystywaniu bardzo przydatnych i przede wszystkim posłusznych i tanich w „eksploatacji” dzieci - żołnierzy.
Prezydent polecił również niezwłocznie dokonać demobilizacji młodocianych rekrutów, jeśli tacy faktycznie funkcjonują w somalijskiej armii. Czy jednak faktycznie dojdzie do tego, można mieć duże wątpliwości, szczególnie, że władza prezydenta nie jest zbyt mocna a on sam nie jest przekonany o konieczności podjęcia takich działań. Redukcja armii o 20 % też nie ma racji bytu. Tak wiec wszystko zaczyna się i kończy na słowach, które nie maja tu, jak dzieci, żadnej wartości.
Niewątpliwie to młodociani, w różnym wieku, ponoszą ciężar niekończącego się konfliktu, stając się, często z braku innej alternatywy, poważną siłą militarną. Dzieci bowiem stanowią znaczną część zdziesiątkowanej populacji Somalii szacowanej wg danych ONZ z 2009 r. na 9, 1 miliona mieszkańców. Lata walk między rywalizującymi klanami i lokalnymi watażkami, niezdolność do radzenia sobie z głodem i chorobami, doprowadziły do śmierci co najmniej miliona osób. Proces degradacji tego narodu ciągle trwa.
Ciągła rekrutacja dzieci wynika nie tylko z mniejszych kosztów ich utrzymania, ale i z braku chętnych dorosłych, których wielu już odwróciło się od głoszonych przez grupy ekstremistyczne poglądów. Absurd bowiem sięgnął tak daleko, że islamiści somalijscy zakazali nawet oglądania Mundialu, za co grozi chłosta lub nawet śmierć. Rozrywki w zachodnim stylu, są tu uważane za demoralizujące i zupełnie bezwartościowe.
W ubiegłą środę Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła oświadczenie wzywające do nałożenia sankcji na kraje jak i wszelkie grupy zbrojne, które rekrutują małoletnich żołnierzy i naruszają tym samym prawo międzynarodowe mówiące o szczególnej ochronie dzieci w konfliktach zbrojnych. Również w niedawnym wystąpieniu, sekretarz generalny ONZ, Ban Ki Mun oskarżył zarówno rząd Somalii jak i jego wrogów, bojowników islamskich, o świadome okaleczanie lub zabijanie dzieci, umieszczając je na pierwszej linii ognia lub zlecając im szczególnie niebezpieczne zadania.
W Somalii nie funkcjonuje rząd centralny z prawdziwego zdarzenia od 1991 r., czyli od czasu obalenia komunistycznego dyktatora Mohameda Siad Barre. Od tego czasu, pomimo istnienia słabej władzy państwowej, głownie umiejscowionej na północy kraju, Somalia jest pogrążona w ciągłym chaosie a świat przypomina sobie o jej istnieniu tylko przy okazji pirackich porwań statków płynących blisko jej wybrzeży. Nie są to jednak romantyczne opowieści o piratach, tak jak nie jest zabawą w wojnę codzienne życie tysięcy somalijskich dzieci – żołnierzy.



Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje