Aleksander Siemaszko: Silvio - państwo to ja
Na permanentnie niestabilnej włoskiej scenie politycznej Silvio Berlusconi stanowi wyjątek. Trzykrotny premier - jedyny w powojennej historii Italii, który przetrwał całą kadencję - teraz zmierza do osiągnięcia trwałej dominacji, łącząc ugrupowania centroprawicy w jedną partię.
Wśród nudnych i bezbarwnych europejskich przywódców włoski premier odznacza się niezwykłym kolorytem. Obcałowując rosyjskie robotnice, komplementując „opaleniznę” Obamy czy udając pirata, Berlusconi zawsze dba by było o nim głośno i co więcej, wygląda na to, że dobrze się przy tym bawi. Właściwie, jedynym punktem, w którym zgadzają się jego zwolennicy i krytycy jest fakt, że wobec Silvio nie można pozostać obojętnym.
Przeciwnicy, głównie lewicowej (a nierzadko i postkomunistycznej proweniencji) zarzucają mu niejasne konszachty z mafią, podatkowe kanty, wreszcie zaś wyrażają obawy, że połączenie funkcji szefa rządu i właściciela największego rodzimego koncernu medialnego może nieść ze sobą zagrożenie dla włoskiej demokracji. Trzeba przyznać, że sam Berlusconi wydał swym krytykom broń do ręki, nie mogąc w przekonywujący sposób wytłumaczyć się, ze ogromnego majątku, który zdobył. Wrażenie konfliktu interesów umacniają ponadto uchwalane przez rządzącą koalicję ustawy dotyczące przyznania premierowi i innym wysokim organom władzy wykonawczej immunitetu a także pośpiesznie przeprowadzona amnestia, gwarantująca Il Cavaliere bezkarność.
Potępienie, które spotyka Berlusconiego wśród rodzimych elit intelektualnych nie pozostaje bez wpływu na jego wizerunek w Europie. Renomowany brytyjski magazyn The Economist uważa włoskiego premiera za szkodnika. Od kiedy wdał się w słowne połajanki z socjalistycznym europosłem Martinem Schulzem szczerze nie cierpi go cała frakcja EPS. Być może Il Cavaliere spotykałby się z większym zrozumieniem na Starym Kontynencie gdyby nie poglądy, które wyznaje i głośno wyraża. Berlusconi, bynajmniej nie będąc wzorem cnót wszelakich, nierzadko wchodzi w aksjologiczny spór z lewicowo-liberalnymi spadkobiercami Marca 1968. W kwestiach bioetycznych wyraźnie wspiera konserwatywną linię Papieża Benedykta XVI, niechętnie podchodzi do kwestii rzekomej dyskryminacji homoseksualistów i głośno eksponuje swój antykomunizm, (co zresztą nie przeszkadza mu obnosić się z przyjaźnią Władimira Putina, było nie było, agenta KGB w stanie spoczynku). Ile jest w tym szczerego przekonania a ile kalkulacji, zgodnie, z którą konserwatyzm obyczajowy pozwala mu pilnować prawej ściany sceny politycznej - nie wiadomo. Jednak na tle „letniej światopoglądowo” włoskiej chadecji - będącej zresztą jedną z głównych sił opozycyjnych wobec obecnej koalicji - Silvio Berlusconi musi jawić się jako atrakcyjnych wybór dla wyborców katolickich.
Ani medialne wsparcie oferowane przez własny koncern, ani umiejętnie eksponowany konserwatyzm, który w stosunkowo zachowawczym włoskim społeczeństwie wciąż znajduje poklask nie tłumaczą, dlaczego Silvio Berlusconi odniósł najbardziej spektakularny sukces we włoskiej polityce ostatniego ćwierćwiecza. Tłumacząc jego fenomen analitycy zwykli sięgać pamięcią do antykorupcyjnego śledztwa Mani Pulite, prowadzonego przez Aleksandro di Pietro, które zmiotło ze sceny politycznej „wielkie ugrupowania”- socjalistów i chrześcijańskich demokratów. Włosi, rozczarowani tradycyjnymi formami politycznej partycypacji zwrócili się ku nowej sile- Forza Italia, ruchowi, który łączył egalitarny populizm z hasłami wzywającymi do walki z korupcją i obietnicami szybkiej wolnorynkowej modernizacji zaśniedziałej włoskiej gospodarki. Berlusconi stworzył idealny produkt postpolitycznego końca XX wieku- odwołujący się do emocji i resentymentów, bazujący na kryzysie masowych partii reprezentujących określone warstwy społeczne.
Pierwszy gabinet Forza Italia był jednak zjawiskiem efemerycznym i jego krótkotrwały żywot zakończyły spory na łonie koalicji. Berlusconi, obejmując urząd premiera po raz drugi włączył do koalicji dwie partie znajdujące się na marginesie dotychczasowej włoskiej polityki. Separatystyczna Liga Północna i oskarżany o związki z neofaszystami Sojusz Narodowy otrzymały szansę wejścia do wielkiej gry- Forza Italia uzyskała zaś w miarę stabilne zaplecze parlamentarne. Prawicowa koalicja dokonała politycznego cudu- utrzymała się przy władzy przez pełną kadencję, co w dziejach Republiki Włoskiej, która w ciągu 52 lat istnienia była świadkiem powstania i upadku osiemdziesięciu dwóch rządów, było wydarzeniem historycznym. Tym niemniej, osobisty sukces prasowego magnata nie przekładał się na osiągnięcia krajowe. Włochy, jedna z największych gospodarek świata znajdywały się z ciągłym kryzysie. Eksperci dywagowali o jego przyczynach- wskazując nadmierne obciążenia fiskalne, rozrośniętą szarą strefę i obszary gospodarki praktycznie w całości kontrolowane przez mafię czy też wysoki poziom korupcji.
Niezależnie od powodów stagnacji, rząd sprawowany przez Berlusconiego wykazał się zaskakującą biernością w walce ze spowolnieniem. Nieśmiałe reformy były wycofywane pod wpływem społecznego niezadowolenia lub protestów koalicjantów. Tym bardziej powinno więc dziwić, iż Włosi zdecydowali się dać Il Cavaliere trzecią szansę. Decydujący wpływ miały na to trzy czynniki- logika politycznego wahadła i zmęczenie wyborców jałowością rzymskiej polityki.
Lewicowa koalicja pod przewodnictwem Romano Prodiego akcentowała swoje doświadczenie i profesjonalizm, które miały ją odróżniać od „amatorów od Silvio”. W rzeczywistości był to jednak konglomerat wiecznie skłóconych kanapowych partyjek, obejmujący niezmiernie szerokie spektrum ideologiczne, od komunistów, w których parlamentarnych szeregach działali m.in. prostytutka i transwestyta, po lewicowych chadeków, opierających się na mocno „unowocześnionej” Społecznej Nauce Kościoła. Zarządzanie tą masą było zadaniem niezwykle trudnym i koalicja raz po raz trafiała na rafy w postaci zaognionych sporów o małżeństwa homoseksualne czy stosunki Rzym-Watykan. Prodi, nazywany przez włoskie media „Mortadelą”, był w tej sytuacji skazany na klęskę. Agonia trwała jednak dwa lata, a wyborcy zdążyli w międzyczasie zatęsknić za karną zgodnością prezentowaną przez Forza Italia, Ligę Północną i Sojusz Narodowy.
Trzecim i najważniejszym powodem sukcesów Il Cavaliere było powszechne przekonanie o degrengoladzie włoskiej klasy politycznej. Rządzący krajem geronci (średnia wieku we włoskim parlamencie należy do najwyższych w Europie) nie byli w stanie zaprezentować jakiejkolwiek spójnej wizji przyszłości Półwyspu Apenińskiego, wszystko jedno czy w duchu chadeckim, socjalnym czy liberalnym. Włosi bombardowani byli informacji potwierdzającymi ich jak najgorsze zdanie o kondycji państwa- w 2007 roku PKB per capita Hiszpanii przegoniło włoskie. Na tle dynamicznego rozwoju Madrytu, Italia zaczynała przypominać chorego człowieka Europy. Frustracja jest najlepszym gruntem dla wszelkiej maści populistów. Silvio Berlusconi, jeden z najbogatszych ludzi we Włoszech, dwukrotny premier potrafił ustawić się w pozycji kontry do klasy rządzącej, przekonać przeciętnego Giuseppe, że jest razem z nim. Wyborcom nie przeszkadzały epitety, które rzucał w stronę swoich przeciwników- więcej, z pewnością czuli, że wreszcie znalazł się polityk, który może i nie oferuje rozwiązania - ale przynajmniej czuje to samo co oni. Źródłem sukcesu Il Cavaliere jest słabość jego przeciwników i impotencja, którą dotknięte jest państwo włoskie.
Póki co Il Cavaliere pewnym krokiem kroczy ku kolejnemu sukcesowi- miażdżącemu zwycięstwu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Powstałe w wyniku połączenia Forza Italia i Sojuszu Narodowego ugrupowanie Lud Wolności w sondażach uzyskuje około 50 proc. Największa siła opozycyjna – Partia Demokratyczna, od zeszłorocznej klęski z wyborach lokalnych zmaga się z kryzysem przywództwa. Berlusconi robi wszystko by zdyskontować sukces i dowieść, że liczą się z nim na europejskich salonach. Po wyborach Lud Wolności może stać się jedną z największych frakcji w chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej, a co za tym idzie- ma szansę zawalczyć o najwyższe funkcje parlamentarne. Rzym rozpoczął intensywny lobbing za kandydaturą Mario Mauro na przewodniczącego Europarlamentu, zdobywając poparcie południowych stolic Unii. Tym samym zagroził on dotychczasowemu faworytowi, Jerzemu Buzkowi z Platformy Obywatelskiej popieranemu m.in. przez nowych członków UE i Niemcy. Zdobycie tego stanowiska przez Włocha, po raz pierwszy od lat siedemdziesiątych pozwoliłoby dowieść Berlusconiemu, że jest kimś więcej niż tylko sprawnym uwodzicielem mas.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy