Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Strefa wiedzy Unia Europejska Co z edukacją Europo?

Co z edukacją Europo?


18 październik 2011
A A A

Niezadowoleni przemaszerowali przez prawie 1000 miast. Wielu z nich, jeżeli nie większość to studenci, którzy narzekają na nierówny dostęp do edukacji i cięcia w wydatkach. Co to oznacza w dłuższej perspektywie dla Starego Kontynentu?

Bezkonkurencyjnymi mistrzami w kategorii okupacji kampusów są Włosi. Rzymska La Sapienza praktycznie nigdy nie rozpoczyna roku akademickiego w październiku, ponieważ zawsze można znaleźć powód na strajk. W tym roku młodzi atakowali system w związku z kryzysem, od lat protestują przeciwko nierównym szansom, a w 2008 roku włoskie uczelnie zostały sparaliżowane w związku z planowanymi reformami. Tajemnicą poliszynela jest, że wraz ze zbliżającym się listopadem, w najgorszym wypadku grudniem, sytuacja się stabilizuje i rozpoczynają się zajęcia. W Wielkiej Brytanii zapowiadane protesty studentów udało się uspokoić nim wybuchły, jednak w związku ze zbliżającym się wzrostem wysokości czesnego, zapewne głosy niezadowolenia pojawią się w przyszłym roku akademickim.

Strategia?

Europejskie uniwersytety zdały sobie sprawę z wagi tzw. ‘transferable skills’, czyli umiejętności, które mogą zostać wykorzystane nie tylko w dziedzinie studiów, ale łatwo przetransponować je na potrzeby innego pracodawcy. Z danych OECD wynika, że w Danii, Irlandii i Hiszpanii tylko 30% pracowników nie zmienia pracodawcy przez okres dłuższy niż 10 lat. Bardziej przyzwyczajeni do swojego biurka są Belgowie, Francuzi, Luksemburczycy, czy Portugalczycy, których połowa pracuje przez 10 lat i więcej w tym samym miejscu [1]. Brytyjskie uczelnie starają się balansować między kształceniem ekspertów, a dawaniem praktycznych umiejętności. Oprócz zajęć związanych stricte ze studiowanym kierunkiem student musi (choć nie na wszystkich uczelniach) brać udział w dodatkowych kursach. Od uchodzących za słabo zatrudnianych poza uczelnią doktorantów wymaga się co najmniej 40 godzin zajęć związanych z zarządzaniem grupą, badaniami statystycznymi czy dydaktyką. Oprócz tego przyszły naukowiec powinien umieć łatwo odnaleźć się w środowisku komputerowym znacznie bardziej zaawansowanym niż pakiet Office. Co więcej, jeżeli uczelnia nie zapewni studentom wyższych lat studiów magisterskich oraz doktorantom wymaganych szkoleń może stracić akredytację, a co za tym idzie fundusze na prowadzenie badań. Brytyjczycy są w tej materii pionierami, bowiem szybko zdali sobie sprawę z dużej fluktuacji praktycznie we wszystkich branżach. Kontynent ociąga się ze zmianami, chociaż coraz popularniejsze stają się makrokierunki, czy studia międzywydziałowe, które zakładają przede wszystkim wszechstronność i elastyczność.

Uznać, czy nie uznać?

Jeżeli obywatel Polski zamarzy sobie studiowanie zagranicą i znajdzie na ten cel środki może się zdziwić, jeżeli przyjdzie mu przeprowadzić proces nostryfikacji dyplomu, czyli zgodnie z definicją Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego „procedury prowadzącej do określenia polskiego odpowiednika zagranicznego świadectwa, dyplomu lub stopnia naukowego”. Ujednolicenie podziału studiów na licencjackie i magisterskie w całej Unii Europejskiej zgodnie z zasadami tzw. „Procesu Bolońskiego” oraz systemu przyznawania punktów ECTS (ECTS – European Credit Transfer and Accumulation System / Europejski System Transferu Punktów) za zaliczenie poszczególnych przedmiotów miał ułatwić zarówno proces uznawania dyplomów, jak i wyjazdów na stypendia. Proces rozpoczął się w 1999 roku i miał zakończyć się w 2010 r. W dużej mierze postulaty utworzenia Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego zostały spełnione, jednak wciąż nie wszystkie zasady są przestrzegane. Niektóre uczelnie sceptycznie podchodzą do „kredytów” przywiezionych z zagranicy. Oczywiste jest, że wyjeżdżając do innego państwa Europejskiego nie uda się odnaleźć przedmiotów, których nazwa brzmi tak samo, jak w Polsce, a sylabus stawia takie same wymagania. Jeżeli kursy nie pokrywają się, prowadzący zajęcia może nie uznać oceny i kurs po powrocie ze stypendium trzeba zaliczać jeszcze raz. Jeszcze gorsza sytuacja czeka na studentów kierunków, gdzie przedmioty są ściśle związane z charakterystyką danego kraju. Polski kodeks karny różni się bardzo od francuskiego czy włoskiego, a przedmioty takie jak Historia polskiej myśli politycznej czy Polska polityka zagraniczna są praktycznie nie możliwe do znalezienia na zagranicznych uczelniach. Podstawę programową należy jednak zrealizować, toteż do standardowych 60 punktów ECTS, po powrocie ze stypendium należy dodać do nich jeszcze kilkanaście, czasami kilkadziesiąt.

Procedura nostryfikacji jest tak skomplikowana, jak kosztowna. Nie prowadzi jej samo Ministerstwo, a należy się zwrócić do uczelni, która prowadzi podobne do zagranicznej placówki studia. Opłata za przeprowadzenie procesu wynosi maksymalnie „40% górnej stawki wynagrodzenia zasadniczego profesora zwyczajnego określonej w przepisach o warunkach wynagradzania za pracę i przyznawania innych świadczeń związanych z pracą dla pracowników zatrudnionych w uczelni publicznej” [2]. Jeżeli okaże się, że dyplomu uczelni zagranicznej nie można uznać w Polsce, opłata nie jest zwracana. Często, uczelnia prosi o przetłumaczenie rozprawy doktorskiej na język polski, a proces uznawania może trwać nawet ponad rok. Co gorsza, niektórych tytułów na Polski grunt nie da się przełożyć. Na przykład popularne zagranicą roczne studia dające tytuł Master of Science ze względu na ich okres trwania mogą nie zostać uznane za pełnoprawne studia magisterskie. Polska posiada jednak szereg umów dwustronnych, zgodnie z którymi nostryfikacja nie jest potrzebna, aby kontynuować studia, a dyplom uczelni zagranicznej traktuje się, tak jak gdyby wystawiony był w Polsce.

A może tylko na rok?

Studenci, którzy nie są przekonani do spędzenia całych studiów z dala od kraju mogą zdecydować się na wyjazdy stypendialne. Najpopularniejszym programem jest LLP Erasmus, który pozwala na studia na wybranej uczelni zagranicą przez okres nie dłuższy niż jednego roku akademickiego. Unia Europejska dotuje wyjeżdżających studentów oferując granty, które mają pokryć różnicę w kosztach życia między krajem, w którym student mieszka, a krajem, do którego się wybiera. Wysokość dotacji nie jest ustalana z góry i zależy od uczelni wysyłającej. Pewne ośrodki wolą wysłać więcej studentów z mniejszym grantem, natomiast inne stawiają na większe kwoty przy założeniu, że studentów wyjedzie mniej. Ponadto kraje podzielone są na różne kategorie – utrzymanie się w Olso kosztuje nieporównywalnie więcej niż na przykład w Budapeszcie. Inną kwotę otrzyma też jadący do Budapesztu Polak, a inną Belg, czy Brytyjczyk. Jednak ze względu na politykę uniwersytetów kwoty te mogą nie różnić się zbytnio od siebie.

Jak to robią na Wyspach?

Tegoroczni pierwszoroczni studenci powoli trzeźwieją po Freshers Week, zwanym również akademickimi Saturnaliami. Tydzień przed rozpoczęciem zajęć trwa wielkie rozpoczynanie roku akademickiego. Przebudzenie jest ciężkie, szczególnie jeżeli do ofiar Freshers Week zaczynają docierać koszty ich studiów. Wielka Brytania zdaje się przesuwać w kierunku amerykańskiego systemu, gdzie studia to przede wszystkim inwestycja mająca się zwrócić w przyszłości w postaci dobrze płatnej płacy. Czesne, które do tej pory wahało się w granicach 3000-4000 funtów rocznie wzrośnie niemal trzykrotnie. Górną granicę ustalono na 9000 funtów i gorzkie rozczarowanie czeka tych wszystkich, którzy liczyli na hojność uniwersytetów. Z rankingu sporządzonego przez Guardiana wynika jasno: większość uczelni będzie celować w górny próg. O ile Cambridge życzący sobie 9000 funtów rocznie nie dziwi, to już University of East London, numer 115 w Wielkiej Brytanii, wcale nie chce być gorszy i również korzysta z nowych przepisów podnoszących maksymalne czesne. Najtaniej w 2012 roku studiować będzie w Plymouth, gdzie czesne ma wynieść 7800 funtów [3].  Ci, których na studiowanie nie stać mogą starać się o stypendia, które pokrywają czesne oraz mieszkanie. Ze względu na cięcia budżetowe, dotowana grupa nie jest duża, toteż popularne są nisko oprocentowane kredyty studenckie. Podwyżki czesnego spotykają się zawsze z wielką debatą polityczną, która związana jest z systemem dotowania studentów. Dopóki absolwent nie zacznie zarabiać powyżej 21 000 funtów rocznie, rząd partycypuje w spłacie pożyczki. W przypadku, gdy czesne zostaje podniesione, gros kosztów ponosi właśnie państwo, ponieważ musi płacić uczelniom więcej. OECD już zwróciło uwagę na to, że Wielka Brytania z kraju, gdzie czesne było stosunkowo niewysokie wywindowała się do czołówki [4]. Od 2012 roku Wyspy prawdopodobnie będą trzecim po USA i Korei Południowej najdroższym krajem pod względem kosztów studiowania. Eksperci OECD podkreślają jednak, że poniesienie kosztów związanych z kształceniem jest w Wielkiej Brytanii opłacalne: mężczyzna z tytułem magistra lub równoważnym powinien zarobić w ciągu życia przeciętnie o 132 000 funtów więcej niż jego sąsiad, który postanowił nie studiować.

Po co nam uniwersytety?

Na mającym miejsce w ubiegłym tygodniu zjeździe Latour Party w Liverpoolu, lord Maurice Glasman oświadczył, że połowa brytyjskich uniwersytetów powinna zostać zamknięta, a na ich miejsce miałyby powstać szkoły zawodowe. „To pomogłoby rozwiązać problem klasowości społeczeństwa i kompleksu niższości”, twierdzi. Według danych OECD Wielka Brytania wydaje na edukację 11,1% wydatków publicznych i jest poniżej średniej OECD wynoszącej 12,9%, nawet średnia Unii Europejskiej z 2008 roku była wyższa i wyniosła 11,7% [5]. Mimo to na liście najlepszych uczelni świata Brytyjczycy trzymają się mocno. Cambridge University, University College London, Oxford czy Imperial Collage London są w czołówce i tylko od czasu do czasu wymieniają się z elitą amerykańskich uczelni pierwszymi lokatami. Brytyjczycy wypracowali system, który się sprawdza, a co więcej przyciąga studentów z zagranicy. Ci spoza Unii Europejskiej płacą czesne, które zwykle jest wielokrotnie wyższe niż to obowiązujące obywateli Starego Kontynentu. Co więcej, studentów przyciągają perspektywy lepszych zarobków dla posiadających prestiżowy dyplom w kieszeni.

Corrida hiszpańskiej akademii

Na Półwyspie Iberyjskim tysiące profesorów i nauczycieli ramię w ramię ze studentami i uczniami toczy od miesiąca batalię przeciwko reformom, które mają dotknąć hiszpański system edukacji w ramach walki z kryzysem gospodarczym. Ich znakami rozpoznawczymi są zielone koszulki z napisem „Szkoła publiczna wszystkich i dla wszystkich”.

Wrzesień i początek października można bez wątpienia nazwać jednym z najgorętszych początków roku szkolnego i akademickiego w Hiszpanii. Do największych manifestacji w obronie szkolnictwa publicznego doszło w rejonie Madrytu, Galicji i Castilli-La Manchy, gdzie uczniowie i nauczyciele szkół średnich wyrażali swój sprzeciw w kolejnej z serii strajków. Dołączyli tym samym do wielu innych grup społecznych, które od miesięcy okazują swoje niezadowolenie z kryzysowej sytuacji  w kraju. „Żegnaj szkolnictwo publiczne, witaj szkolnictwo prywatne” i „Edukacja to nie wydatek. To inwestycja. Nie dla cięć” to hasła, które najczęściej pojawiają się na ustach protestujących zwołanych przez związki studenckie, którzy walczą nie tylko o pracę dla nauczycieli, ale również o prawa uczniów i ich rodziców do odpowiedniego poziomu edukacji.

Nadziei na porozumienie nie widać

Liczby mówiące o 78 proc. średniej jeśli chodzi o udział nauczycieli w proteście nazywane są przez jego organizatorów „sukcesem bez precedensu” i „kroplą, która przelała czarę goryczy po latach zniewag i cięć”. Jednak w wypadku tych protestów nie można mówić o ogólnokrajowej mobilizacji, gdyż tylko w niektórych miastach (Madryt, Barcelona, Santiago de Compostela, Walencja) czynnie manifestowano swój sprzeciw, podczas gdy m.in. w kraju Basków strajki przeszły praktycznie bez większego echa. Jednak niekwestionowanym centrum protestów stał się ponownie madrycki plac Puerta del Sol, który w ostatnich dniach zgromadził około 40 tys. manifestujących, wśród których było 19 tys. nauczycieli z ponad 320 placówek. Jednak pomimo masowych wystąpień i piątej już serii protestów jak na razie nie ma nadziei na szybkie osiągnięcie porozumienia, gdyż strona rządowa nie zdecydowała się, jak do tej pory, na oficjalne rozmowy z protestującymi związkami. Kolejne ogólnokrajowe protesty zwołano na 19 i 20 października. Z kolei w Barcelonie strajk generalny środowiska uniwersyteckiego ogłoszony został na 17 listopada w dniu studenta, który w tym roku przypada na trzy dni przed krajowymi wyborami parlamentarnymi.

Mniej za więcej?

Cięcia w sektorze edukacji dotykają szkolnictwa w całym kraju, poczynając od pierwszego od trzech dekad zmniejszenia wydatków na edukację o 1,5 proc. w przeciągu dwóch najbliższych lat, aż po propozycje zwiększenia liczby godzin pracy nauczycieli, co wiąże się z masowymi zwolnieniami kadry szkolnictwa publicznego. Planowane na ten rok zmniejszenie liczby pracowników naukowych o 3300 nauczycieli akademickich, którzy dołączą do grupy 2 tys. pozbawionych pracy w zeszłym roku daje o ponad pięć tysięcy profesorów mniej. Oznacza to, że każda szkoła średnia zatrudni 10-12 nauczycieli mniej. Kolejnym powodem do niezadowolenia jest zwiększenie czasu pracy z 18 do 20 godzin, co według ministerstwa edukacji ma przynieść oszczędności rzędu 80 milionów euro, a dodatkowe godziny mają być zrekompensowane podwyżką płac w wysokości 75-220 euro. Protestujący nie zgadzając się na te propozycje używają argumentu, że zwiększanie jednostek godzinowych uniemożliwi nauczycielom pracę na dyżurach czy prowadzenie zajęć wyrównawczych, przez co najbardziej ucierpią uczniowie z największymi trudnościami w nauce. Obawiają się oni również pogorszenia się warunków pracy oraz zwiększenia się nawet do 30 liczby uczniów w klasie. W ramach cięć finansowych spaść ma również ilość przyznawanych stypendiów, bo choć suma na nie przeznaczona pozostanie bez zmian, to o 27 tys. zwiększy się liczba uczniów. Zlikwidowane lub zmniejszone mają także zostać środki finansowe przeznaczone na dofinansowanie zakupu podręczników dla uczniów szkół podstawowych. 

Transformacja czyli demontaż

Z jednej strony słyszy się zapowiedzi, iż strajki nie skończą się aż kontrowersyjne zapisy nie zostaną wycofane, gdyż w innym przypadku grozi to końcem dzielonych zajęć, dyżurów nauczycieli oraz masowymi zwolnieniami, co doprowadzi do demontażu edukacji publicznej.
Z drugiej strony protestujący, a w szczególności związki zawodowe, są oskarżane przez rządzących o pobudki stricte polityczne oraz fakt, że wcale nie chodzi im o dobro uczniów i nauczycieli, ale wyłącznie o zachowanie własnych przywilejów. 

Zestawianie europejskich systemów szkolnictwa wyższego wydaje się mijać z celem. Niezwykle ciężko byłoby przeszczepić rozwiązania związane z finansowaniem studiów, ponieważ różne są potrzeby i tradycje. O dziwo think-tanki nie są zainteresowane opracowywaniem długofalowych strategii, a Unia Europejska ogranicza się do ułatwiania mobilności studentów i dbania o spójność systemów. Proces boloński okazał się strzałem w dziesiątkę, ale obecnie brakuje bardziej holistycznego podejścia do uniwersytetów na Starym Kontynencie. Jeżeli mają one zagwarantować rozwój gospodarki opartej na wiedzy, na pewno potrzebują zastrzyku pieniędzy. Prawdopodobnie większego niż z podniesionego czesnego w Wielkiej Brytanii. Cięcia, takie jak w Hiszpanii rozwiązaniem na pewno nie są.

Przypisy:

[1]  OECD: Trends shaping education 2010, s. 52, raport dostępny on-line: http://www.keepeek.com/Digital-Asset-Management/oecd/education/trends-shaping-education-2010_trends_edu-2010-en
[2]  Rozporządzenie Ministra Nauki z dnia 24 lutego 2006 r. w sprawie nostryfikacji dyplomów ukończenia studiów wyższych uzyskanych za granicą, §10 ust.1
[3]  ‘Tuition fees 2012: what are the universities charging?’ Tekst dostępny on-line: http://www.guardian.co.uk/news/datablog/2011/mar/25/higher-education-universityfunding#data
[4]  Education at a Glance 2011: OECD Indicators, raport dostępny online: http://www.oecd.org/document/2/0,3746,en_2649_39263238_48634114_1_1_1_1,00.html
[5]  Education at a Glance 2011: OECD Indicators, raport dostępny online: http://www.oecd.org/document/2/0,3746,en_2649_39263238_48634114_1_1_1_1,00.html