Euro-Ameryka
W środowiskach prawicowych, a także w kręgach zainteresowanych geopolityką, próbuje się od pewnego czasu kreować Unię Europejską na lepszą alternatywę dla USA i orientacji proamerykańskiej, zwanej pogardliwie atlantyzmem. Czyni to zwłaszcza jeden z najważniejszych dziś polskich przedstawicieli Prawicy, wybitny pisarz polityczny i myśliciel geopolityczny p. Tomasz Gabiś, a z jego pism czerpią inspirację pomniejsi zwolennicy takiej optyki. Ale przeciwstawianie Ameryce - największemu światowemu rozsadnikowi demoliberalizmu - „prawicowego" obrazu Unii Europejskiej to czysta autosugestia, tworzenie sobie w wyobraźni sztucznych rajów. Unia Europejska bowiem sama jest atlantyzmem.
Decyzyjne jądro UE tworzą dwa państwa - Niemcy i Francja. Niemcy odgrywają rolę właściwego motoru politycznego „integracji europejskiej"; to one przede wszystkim wyznaczają cele oraz koordynują i finansują działania. Francja natomiast spełniała dotąd w procesie „integracji europejskiej" funkcję głównego, najgłośniej krzyczącego propagandzisty. Kiedy przedstawiciele Unii wzywali rządy innych państw do podporządkowania się przez nie „interesowi europejskiemu", żądali w ten sposób spełniania przez nie życzeń Niemiec, ale zazwyczaj to politycy francuscy najbardziej wrzaskliwie i najbezczelniej rugali państwa, które do „interesu europejskiego" nie chciały się dostosować dostatecznie szybko. Część badaczy i teoretyków „integracji europejskiej" otwarcie pisze o istnieniu „hegemona integracyjnego" w postaci Niemiec i Francji lub samych Niemiec. W praktyce wszystko jedno, jak dokładnie wygląda ów pakt hegemoniczny, bo i Niemcy, i Francja należą do obozu atlantyckiego, czyli amerykańskiego.
W pierwszej połowie poprzedniej dekady Unią Europejską tak naprawdę kierowali dwaj względnie antyamerykańscy politycy: kanclerz Gerhard Schröder i prezydent Jacques Chirac. Wtedy można jeszcze było się łudzić, że Unia dąży do emancypacji spod władzy USA i przekształcenia się w konkurencyjne względem Stanów centrum polityczne - i zauważmy, że właśnie w tym okresie (1999-2004) p. Gabiś propagował koncepcję rozwinięcia UE w Imperium Europejskie na łamach redagowanego przez siebie, znakomitego „postkonserwatywnego" pisma „Stańczyk". Nawiasem mówiąc, obaj ci politycy alternatywę dla orientacji amerykańskiej dostrzegali nie w Unii Europejskiej samej w sobie, ale w jej związku z Rosją. W swoich państwach obydwaj związani byli z orientacją rosyjską. Gerhard Schröder praktycznie od zawsze funkcjonował na niemieckiej scenie politycznej jako agent wpływu Moskwy. Będąc młodym prawnikiem, bronił lewackich terrorystów z Frakcji Czerwonej Armii, inspirowanych i szkolonych przez tajne służby państw bloku sowieckiego. W okresie swego kanclerstwa nie przegapił chyba żadnej okazji, by kordialnie wyściskać się przed kamerami z prezydentem Putinem. Po zakończeniu urzędowania w 2005 r. został przez tego ostatniego wynagrodzony synekurą w radzie nadzorczej konsorcjum Nord Stream, budującego Gazociąg Północny między Niemcami i Rosją. Jacques Chirac w dawniejszych czasach wizytował stolicę Związku Sowieckiego i fotografował się z Leonidem Breżniewem, w nowszych - podkreślał, że jego drugim językiem nie jest angielski, lecz rosyjski.
Ostatni numer „Stańczyka" ukazał się w roku 2004. Później antyamerykańscy Schröder i Chirac ustąpili miejsca tandemowi proamerykańskiemu - Angeli Merkel i Nicolasowi Sarkozy'emu. Kurs polityczny ich poprzedników szybko poszedł w odstawkę. W 2009 r., w pięćdziesiątą rocznicę zawiązania Paktu Północnoatlantyckiego, Francja z pompą powróciła do wojskowych struktur NATO, które opuściła za rządów gen. Charlesa de Gaulle'a. Dwa lata później objęła obok USA przywództwo nad krwawą, cynicznie uzasadnioną inwazją na „niedemokratyczną" Libię (swój drugoplanowy udział miały w niej też niestety władze państwa polskiego). Mniej więcej w tym samym czasie Niemiecka Republika Federalna z błogosławieństwem Waszyngtonu organizowała działania obliczone na wywrócenie rządu „niedemokratycznej" Białorusi. Zgodnie z podanymi do wiadomości publicznej ustaleniami organów tego państwa pierwszoplanową rolę w animowaniu nieproporcjonalnie nagłośnionych wystąpień białoruskiej „opozycji demokratycznej" rok temu odegrała BND, czyli niemiecka Federalna Służba Informacyjna (wspierana, niestety, przez polską Agencję Wywiadu). Ostatnie, lecz nie najmniej ważne: po utworzeniu stanowiska szefa wspólnej polityki zagranicznej UE powierzono je Catherine Ashton, członkini elity rządowej Wielkiej Brytanii - od I wojny światowej tradycyjnego europejskiego sojusznika Ameryki.
Jeszcze bardziej, niż na polu polityki zagranicznej, podporządkowanie Unii Europejskiej hegemonii Stanów Zjednoczonych uwyraźnia się na polu polityki obronnej i bezpieczeństwa, prowadzonej w poszczególnych państwach członkowskich pod amerykański strychulec. Przeprowadza się w nich tak zwaną szumnie „modernizację" sił zbrojnych, czyli systematyczną redukcję liczebności armii i zmniejszanie jej budżetu, a w konsekwencji - stopniowe rozbrojenie państwa. „Modernizacja" ma prosty cel: obniżenie zdolności obronnych państw europejskich, uzależnienie ich w ten sposób od pomocy militarnej USA, a tym samym utrzymanie i wzmocnienie ich politycznej wasalności wobec Waszyngtonu. Jako punkt dojścia procesu „modernizacji" podaje się narzucany odgórnie przez amerykańskich planistów model „małej, sprawnej armii zawodowej", czyli takiej, którą można w każdej chwili przerzucić szybko w najodleglejsze miejsca na ziemi, by tam mogła pełnić zadania sił pacyfikacyjnych, okupacyjnych i policyjnych w kolejnych neokolonialnych wojnach Stanów Zjednoczonych, jeśli zajdzie potrzeba. Taka „restrukturyzacja" armii odbywa się obecnie w Niemczech, państwie przywódczym Unii, gdzie pobór do wojska został zawieszony, jego budżet - poważnie zredukowany, a liczebność - na przeciągu minionych dwóch lat zmniejszona o ponad pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, przy czym zapowiada się jej dalsze ograniczanie. Niedawne wprowadzenie w Bundeswehrze możliwości podjęcia służby przez obywateli innych państw jeszcze bardziej upodobnia ją do bezideowej armii najemnej. Analogiczny schemat (redukcje i cięcia przy jednoczesnym wstrzymaniu poboru) realizuje się w Polsce. Nawet w Szwecji, państwie tradycyjnie neutralnym i nie zrzeszonym w NATO (ale zrzeszonym w UE), zlikwidowano model armii narodowej (oparty na powszechnym obowiązku służby wojskowej) na rzecz komercyjno-kontraktowego modelu „małej, sprawnej armii zawodowej". Poszczególne państwa członkowskie Unii Europejskiej posłusznie przebudowują swoje siły zbrojne tak, aby ich struktura była komplementarna z aktualnymi potrzebami USA. Narzucanej odgórnie „modernizacji" wojska stosunkowo najbardziej opiera się Francja. Nad Sekwaną wprawdzie też przeforsowano „uzawodowienie" armii (1996-2002), uzasadniając je, jak wszędzie, nowomową o „konieczności dostosowania się do nowych wyzwań", i zniesiono pobór, niemniej francuska młodzież wciąż podlega obowiązkowemu przeszkoleniu obronnemu, a pomimo kolejnych redukcji siły zbrojne tego państwa wciąż liczą „aż" ok. 350 tysięcy ludzi (czyli mniej więcej tyle, ile przy swoim obecnym zaludnieniu powinna posiadać mniejsza od Francji Polska).
Unię Europejską niekiedy przeciwstawia się Stanom Zjednoczonym w sferze kultury, akcentując w tej dziedzinie wyższość Europy nad Ameryką. Tymczasem w świetle badań socjologów najwyższy poziom zamerykanizowania w Europie wykazują społeczeństwa Niemiec i Francji, państw przewodzących Unii. Tożsamość ideowa samej Unii Europejskiej opiera się zaś na spuściźnie „oświecenia", demokracji, liberalizmie i ideologii „praw człowieka" - tych samych elementach, z których wyrosły USA. Wielkie tradycje kultury europejskiej są Ameryce obce i wstrętne, ale są też obce i wstrętne współczesnej Europie (Zachodniej). Państwa „starej Unii" w sferze najogólniej pojmowanych idei eksportują do pozaeuropejskich kręgów kulturowych ten sam wyrób, co Stany: konsumpcyjny styl życia (czyli „materializm praktyczny"), rozwiązłą, wulgarną i głupią popkulturę, papkę medialną, polityczną poprawność, pornografię i antykoncepcję. Na płaszczyźnie geokultury nie można dostrzec żadnej suwerenności UE względem USA.
Unia Europejska to nie żadne „imperium in statu nascendi", lecz narzędzie USA do kontroli i dyscyplinowania państw Europy, sprawowanych ze współudziałem Niemiec. W środowiskach niemieckiej Prawicy do 1990 r. Niemiecką Republikę Federalną nazywano pogardliwie „republiką bońską". Po zjednoczeniu (albo raczej wchłonięciu NRD) NRF pozostała tą samą, demoliberalną i zamerykanizowaną „republiką bońską", przesuniętą geograficznie nieco bardziej na Wschód. Z punktu widzenia geografii idei Niemcy na mapie Europy tworzą dziurę, z której nic wartościowego nie wychodzi - i nic nie pozwala sądzić, by stan ten miał w przewidywalnej przyszłości ulec zmianie. Unię Europejską można równie dobrze nazywać Euro-Ameryką. Konsekwentnie, zamiast o atlantyzmie powinno się mówić o euratlantyzmie.
Berlin i Bruksela nie oferują żadnej rzeczywistej alternatywy w stosunku do Waszyngtonu. Na razie nie oferuje jej też, niestety, Paryż, zapomniawszy o tradycji pozostawionej przez gen. de Gaulle'a. Jeżeli nie w Unii Europejskiej, to gdzie szukać wizji geopolitycznych odmiennych od amerykańsko-zachodnioeuropejskiego New World Order?
Część polskich środowisk prawicowych, nacjonalistycznych, czy w ogóle zainteresowanych geopolityką, spogląda w stronę Rosji. Ale Rosja sama zmaga się z wewnętrzną inwazją McŚwiata. Tam również westernizacja czyni spustoszenie w kulturze umysłowej, politycznej, ekonomicznej i obyczajowej, a narodowe tradycje przerabia się na dodatek do frytek. W polityce zagranicznej Rosja wyraźnie zmniejsza w ostatnich latach swój dystans do USA. W 2008 r. przyjęła amerykańską propozycję dokonania resetu dotychczasowych stosunków. Trzy lata później dyplomatycznie przymknęła oczy na agresję na Libię. Najgorszym scenariuszem przyszłości byłoby powstanie kordialnego trójkąta Stany Zjednoczone - Unia Europejska - Rosja. Dla krajów Europy Środkowej i Wschodniej mogłoby to oznaczać pułapkę bez wyjścia (chyba, że to wyjście prowadziłoby do Pekinu).
Wiele zależy więc od dalszego kształtowania się orientacji politycznej Rosji. Dopóki jednak nie wiadomo, jak ono pobiegnie - a nie da się wykluczyć, że górę weźmie tam orientacja zachodniacka - Polsce nie pozostaje chwilowo nic innego, niż dążyć do zacieśnienia kontaktów z pozostałymi państwami Europy Środkowej i Wschodniej, zaniedbywanych przez polskie rządy co najmniej od kilkunastu lat. Aby oprzeć je na gotowej infrastrukturze, można choćby reanimować Inicjatywę Środkowoeuropejską - zapomnianą ostatnio organizację międzynarodową, która formalnie nigdy nie przestała istnieć. Wbrew swej obecnej nazwie zrzesza ona nie tylko państwa Europy Środkowej, ale również Wschodniej i Południowo-Wschodniej, i to właściwie wszystkie, w tym nie należące do UE ani NATO. Zamiast wysługiwać się Ameryce na krańcach innych kontynentów, łudząc się, że w ten sposób uprawiają wielką politykę, polskie ośrodki dyspozycji powinny opracować i wdrożyć plan działań obliczonych na budowę poczucia solidarności politycznej państw tego obszaru. Wyrazem takiej solidarności byłoby na pewno wciąganie do współpracy z państwami regionu i w ogóle równouprawnienie w stosunkach międzynarodowych Białorusi, stanowiącej jeden z głównych obiektów ataku Euro-Ameryki. Granicząca z nią Polska mogłaby w ten sposób zainicjować ważne procesy polityczne - i tu też wypada dla niej widzieć wielkie zadanie na dziś.
Źródło: Xportal.pl


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz