Niemiecki pomysł na Afganistan
Rozpoczynająca się konferencja w Londynie dotycząca strategii wojsk zachodnich w Afganistanie budziła w Niemczech zainteresowanie od dawna. Głównie z powodu braku własnej strategii.
Kiedy kilka tygodni temu przewodnicząca kościoła protestanckiego w Niemczech, Margot Käßman, powiedziała z ambony, że polityka rządu Merkel w Afganistanie jest niewłaściwa zawrzało. W zasadzie Niemcy podzieliły się na tych, którzy uważali, że wreszcie ktoś powiedział to o czym myśleli już od dawna, oraz na takich, dla których było to złamanie pewnego tabu.
Krytyka kościelna ma charakter szczególny. Nawet w Niemczech. Oficjalne przecież RFN nie jest z nikim w stanie wojny, wiec używanie tego określenia na „działania stabilizacyjne" jest czymś oryginalnym. Co prawda próbował już tego nowy minister obrony zu Guttenberg, ale posłużył się określeniem „warunki przypominające wojenne" - czyli nie wojna.
Niemiecki problem w Afganistanie powinien być postrzegany na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim dotyczy on państwa, które niechętnie uczestniczy w działaniach militarnych. Nie znajdują one poparcia w raczej pacyfistycznym społeczeństwie, które swoje różnorakie zaangażowanie widzi raczej w działaniach ekonomicznych niż militarnych. Takie zachowanie jest konsekwencją postrzegania siebie przez samych Niemców oraz przez społeczeństwa innych państw RFN jako agresora z II wojny światowej, a w związku z tym ich społeczna legitymizacja do udziału w misjach wojskowych wydaje się mniejsza. Jest kwestią dyskusyjną na ile jest to argument słuszny siedemdziesiąt lat po wybuchu wojny, a na ile próba nieangażowania własnych sił w trudne kwestie międzynarodowe.
Kolejną sprawą jest brak transparentności niemieckiej misji stabilizacyjnej w Afganistanie. Afera z atakiem na cysterny wypełnione paliwem dokonana z rozkazu niemieckiego oficera zmusiła polityków w Berlinie do dyskusji nt. słuszności samej obecności wojsk i perspektywy wycofania się z tego rejonu. Powołano komisję ds. ataku w Kunduz, ale jej wpływ na niemiecką misję będzie znikomy. Przez telewizję przetoczyła się debata o udziale Bundeswehry w Afganistanie a politycy wzajemnie się oskarżali o polityczną odpowiedzialność za tę akcję. Temat ożył.
W styczniu tematem Afganistanu zajęły się w zasadzie wszystkie partie polityczne i różne związki zawodowe. Die Linke opowiadają się tradycyjnie za natychmiastowym wycofaniem wojsk z regionu. Zieloni również chcą szybkiego powrotu Bundeswehry do Niemiec, który powinien się rozpocząć już w 2011 r. Główne partie przedstawiają bardziej realistyczne propozycje.
Pogrążona w głębokim kryzysie SPD zwołała nawet specjalne posiedzenie swojej partii. Gościem specjalnym był były kanclerz a obecnie jeden z niemieckich autorytetów Helmut Schmidt. Socjaldemokraci postulują jasne ramy dla wycofania wojsk 2013 - 2015 r. oraz wzmocnienie struktur cywilnych w Afganistanie. Jednocześnie należy oczekiwać, że w przypadku głosowania nad zwiększeniem niemieckiej obecności militarnej w regionie SPD zagłosuje za takim rozwiązaniem.
Koalicja rządząca CDU/CSU-FDP przedstawiła plany wzmocnienia udziału RFN w Afganistanie w środę (27.01) podczas wystąpienia Merkel w Bundestagu. Kanclerz zapowiedziała powiększenie militarnego kontyngentu o 850 żołnierzy (500 do waliki czynnej, a 350 utworzy rezerwę), wysłanie dodatkowych policjantów do szkolenia Afgańczyków (obecnie jest ich 123, będzie 200) oraz wsparcie finansowe w ramach pomocy rozwojowej w wysokości 430 mln euro rocznie, czyli dwa razy więcej niż obecnie. Jak przekonywała Merkel te środki przysłużą się do „zatrudnienia trzech milionów Afgańczyków", budowy dróg oraz pozwoli na naukę połowy dzieci w tym kraju.
Niemiecka propozycja zakłada także utworzenie specjalnego funduszu, którego środki mogłyby zostać przekazane na cele kupowania broni od talibów i płacenia im za rezygnację z działań zbrojnych. Berlin jest gotowy rocznie przekazywać 10 mln euro na ten cel. Propozycja ta wychodzi naprzeciw sygnalizowanym już wcześniej zamiarom afgańskiego prezydenta Karzaja, który wczoraj odwiedził Berlin.
Niemiecka koncepcja, szumnie przez rząd w Berlinie nazywana strategią jest raczej odpowiedzią na żądania Obamy zwiększenia wojsk w Afganistanie. Nie prezentuje ona nowatorskiego podejścia w misji stabilizacyjnej, a raczej zwiększa użycie dotychczasowych środków.
Zobacz również:


Wydarzenia na Ukrainie oczami naocznego świadka. O rewolucji na Majdanie i wojnie na wschodzie kraju opowiada Michał Kacewicz