Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Prezydent ostrzega przed Facebookiem

Prezydent ostrzega przed Facebookiem


09 wrzesień 2009
A A A

Barack Obama wygłosił we wtorek przemówienie do amerykańskich uczniów z okazji rozpoczęcia roku szkolnego: największą kontrowersją nie była  lewicowa indoktrynacja, ale ostrzeżenie przed nadużywaniem Facebooka.

Amerykański prezydent postanowił poświęcić ten tydzień na "politykę przemówień". Z czasów kampanii prezydenckiej Obama pewnie pamięta jeszcze, że odpowiednie przemówienie może dużo zdziałać, załagodzić wiele kontrowersji. Płomienne przemówienie o rasie wygłoszone w Filadelfii uratowało przecież kandydaturę Baracka Obamy po wybuchu afery z pastorem Jeremiahem Wrightem. Po wyborach dużo się zmieniło, ale wiara prezydenta w moc odpowiednich słów - najwyraźniej nie.

Między przemówieniem z okazji Święta Pracy (Labor Day) a apelem do połączonych izb Kongresu w sprawie reformy służby zdrowia, prezydent postanowił zwrócić się też do amerykańskich uczniów. Gdy ogłoszono tylko decyzję o wygłoszeniu takiej mowy, konserwatyści podnieśli alarm, że Obama chce indoktrynować dzieci i młodzież. Pojawiły się zupełnie nie na miejscu porównania z Hitler Jugend.

Poszczególne szkoły, cieszące się wielką niezależnością, niemal do ostatniej chwili zastanawiały się, czy zezwolić swoim uczniom na wysłuchanie przemówienia prezydenta. Żądano zgody rodziców, w części klas decyzję mieli podjąć nauczyciele. Nie pomagały przywoływania George'a H.W. Busha czy Ronalda Reagana, którzy także wygłaszali przemówienia skierowane do dzieci. Przemówienie Obamy miało być szczególnie "groźne" ze względu na...swoją dostępność. Dzięki nowym technologiom, zwłaszcza internetowi, mowa prezydenta jest dostępna dla każdego chętnego, i żadne zakazy rodziców czy szkoły nie mogą ostatecznie powstrzymać ucznia przed zapoznaniem się z jego treścią.

Tymczasem Barack Obama postąpił przewrotnie i zagrał na nosie swoim krytykom. Nie tylko wcześniej upublicznił tekst przemówienia, które wygłosił we wtorkowy poranek - nauczyciele, zobaczywszy, że nie ma w jego treści nic zdrożnego, byli bardziej skłonni do pozwolenia obejrzenia swoim uczniom transmisji na żywo.

Co więcej, podczas sesji "pytań od uczniów", Obama szczerze odniósł się do swojego dzieciństwa i braku ojca (pytał o to chłopiec, którego rodzice też się rozwiedli); nie krył też zaskoczenia pytaniem o to, z kim chciałby zjeść obiad (mógł wybrać dowolną osobę - żywą bądź już nie) - po krótkim zakłopotaniu, wskazał Mahatmę Gandhiego (a więc postać, do której absolutnie nikt nie może mieć zastrzeżeń - bohatera uniwersalnego).

Największą niespodzianką było jednak ostrzeżenie Baracka Obamy przed...Facebookiem. Powiedział uczniom, że powinni uważać na to, co zamieszczają w tym serwisie. Błędy młodości w internecie żyją niemal wiecznie.

Dwuznacznie odniósł się przy tym do Jona Favreau , swojego autora przemówień, który podczas kampanii zamieścił na Facebooku zdjęcie z imprezy, na której Favreau wygłupia się z tekturową podobizną  Hillary Clinton.

Ostrzeżenie przed nadużywaniem Facebooka było chyba ostatnią rzeczą, której można się było spodziewać po "doktrynalnym" przemówieniu prezydenta Obamy.

Krytycy straszący "nową Hitler Jugend" zostali pokonani własną bronią - przecież oni też ostrzegają swoje dzieci przed internetem jako narzędziem zła i (jak twierdzą ci bardziej radykalni) gniazdem zepsucia i liberalnej propagandy.

Kilkutygodniowa awantura okazała się, w gruncie rzeczy, niewiele warta.

 Z reformą służby zdrowia pewnie tak łatwo Obamie nie pójdzie. Jednak taktyka pokazywania, że de facto gra się w tej samej drużynie ze swoimi krytykami, może być nadzwyczaj skuteczna.

O regule konsekwencji w wywieraniu wpływu na ludzi, wiele pisał Robert Cialdini. Chodzi o to, że jeśli zaangażujemy się w jakąś - według nas słuszną ideę - to później, nawet jeśli nie będzie ona ostatecznie prowadziła do prognozowanych przez nas rezultatów, to chcąc zachować konsekwencję przed samymi sobą, jak i przed innymi, będziemy trzymać się tej pierwotnej idei i bronić jej słuszności.

Oprócz prezydenta najwyraźniej zrozumieli też to ludzie z ruchu "birthersów' i ci od "paneli śmierci".