Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Magdalena Górnicka: Gaza klasówką dla Obamy


11 styczeń 2009
A A A

Konflikt w Strefie Gazy jest dla Baracka Obamy ostatnią szansą, na przywrócenie pozycji USA jako światowego apostoła pokoju i demokracji.

Miało być łatwiej. Barack Obama zwyciężył w wyborach w znacznej mierze dzięki kryzysowi finansowemu, który na wielką skalę wybuchł jesienią 2008.

Obama – wykorzystując nieprzygotowanie administracji Busha, a co za tym idzie – wpisując się w ogólny nurt dyskredytacji ekonomicznych planów Republikanów – zyskał poparcie społeczeństwa, które przecież najbardziej ucierpiało wskutek kryzysu. Polityk otoczył się więc gronem szanowanych ekonomistów – ze świeżo opromienionym blaskiem chwały laureatem nagrody Nobla, Paulem Krugmanem, na czele.

Prace nad planem gospodarczym, o którego jak najszybsze uchwalenie w tej chwili walczy Obama w Kongresie, trwały na dobrą sprawę, zanim jeszcze wygrał on wybory. 60 proc. Amerykanów twierdziło przy tym, że chce, aby nowy prezydent zajął się przede wszystkim polityką wewnętrzną.

Barackowi Obamie, nie mającemu doświadczenia w polityce międzynarodowej, było w to graj. Na szefową dyplomacji mianował więc swoją niedawną konkurentkę – Hillary Clinton.

Z jednej strony – pozbył się części odpowiedzialności za dyplomację, składając ją w „kompetentne” ręce, a z drugiej – wyraźnie trzymał Clinton na dystans od – jak planował – zasadniczego prądu jego prezydentury – walki z kryzysem finansowym.

Hillary Clinton upomniała się więc o uprawnienia swojego departamentu, który miałby koordynować globalną walkę ze spowolnieniem gospodarczym. „Gospodarka, głupcze” – ale powiedziane w różnych językach – tak miała wyglądać de facto misja pani Clinton, nadzorowana oczywiście przez ekonomicznych specjalistów z bliskiego otoczenia prezydenta.

Wydarzenia w Strefie Gazy kazały jednak zrewidować plany nowej administracji.

Barack Obama – który jeszcze jako kandydat na prezydenta – opublikował w „Foreign Affairs” artykuł, w którym postulował przywrócenie amerykańskiego przywództwa. Jednak USA nie miały być światowym policjantem, ale liderem opinii, kształtującym globalny dialog – którego, tak  na dobrą sprawę, nie można przecież uniknąć.

Ostatnim pokłosiem tego podejścia są pogłoski o zezwoleniu przez Obamę na negocjacje z Hamasem – oczywiście, na początku na możliwie niskim stopniu, uważając przy tym, by nie być oskarżonym o „rozmawianie z terrorystami”.

Sam Barack Obama – zaskoczony takim, a nie innym obrotem spraw na arenie międzynarodowej – ma coraz mniej czasu na obmyślenie strategii. Nad planem ratunkowym dla gospodarki pracował – wraz z gronem ekspertów – kilka miesięcy. W kwestii konfliktu Izrael – Hamas, nie ma tyle czasu.

Wyraźnie gra więc na zwłokę – podkreślając, że nie zajmuje oficjalnego stanowiska ze względu na ciągle urzędującego George’a W. Busha – co jednak wcześniej nie przeszkodziło mu żywo angażować się w politykę gospodarczą.

Cała nadzieja Obamy pewnie w Hillary Clinton. Ona jednak nie jest prezydentem i nie może prowadzić polityki zagranicznej według własnego uznania. Pani Clinton zresztą ciągle jest bardziej w fazie planowania strategicznego działania Departamentu Stanu pod jej kierownictwem, nie przełączyła się jeszcze na tryb szybkiego reagowania (Swoją drogą, brak szybkiego reagowania – podczas gdy polityka – tak, jak historia – znacznie przyśpieszyły, były jednymi z przyczyn, dla których Clinton nie jest w tej chwili prezydentem, tylko sekretarzem stanu).

Owszem, Clinton może czerpać z szerokich doświadczeń administracji swojego męża, który skutecznie – na ile to możliwe – mediował w konflikcie izraelsko – palestyńskim. Jednak zmieniły się czasy, zmienili się aktorzy polityczni i starą strategię – jeśli w ogóle można użyć, to trzeba dobrze wyremontować.

Barack Obama jest przez międzynarodową opinię publiczną zdecydowanie bardziej oczekiwany niż Hillary Clinton. Dlatego to on – dla własnego dobra – powinien być „twarzą” rokowań zmierzających do osiągnięcia porozumienia – taktycznego i strategicznego -  na Bliskim Wschodzie.

Obama zapewnił wprawdzie, że konflikt ów będzie jednym z priorytetów jego prezydentury –  choć – zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami, owych priorytetów jest już i tak wiele, a prezydencka lista przebojów zmienia się z minuty na minutę,

Dodatkowo, silnym wezwaniem dla powrotu USA na arenę międzynarodową – właśnie w charakterze lidera opinii, postulowanym przez Obamę – była niska skuteczność ONZ w obliczu konfliktu w Gazie.

Mimo uchwały Rady Bezpieczeństwa, walki nie zostały zakończone. Oprócz ram instytucyjnych, skuteczność działań Rady zależy od tego, jak postępują jej członkowie – z członkami stałymi na czele. Samo przegłosowanie wezwania do przerwania walk w czasach, gdy prawo międzynarodowe jest coraz częściej traktowane mocno relatywnie , nie prowadzi do wymiernych efektów.

USA, chociaż są najbliższym sojusznikiem Izraela, nie mogą udawać, że nic się nie dzieje.

Więcej – właśnie dlatego, że są sojusznikiem, muszą pomóc Izraelowi rozwiązać konflikt, i to nie metodą siłową, ale na drodze osiągnięcia jakiegoś kompromisu z Palestyńczykami (zwłaszcza Hamasem).

Udawanie przez Stany, że nic się nie dzieje i izolowanie Hamasu, jako ugrupowania terrorystycznego, jest tak naprawdę szkodzeniem Izraelowi.

Niezależnie od silnie proizraelskiej orientacji odchodzącej administracji, jak i czołowych postaci w nowej – z samym Obamą i Clinton na czele, włączenie się w proces rozwiązywania konfliktu na Bliskim Wschodzie jest konieczne i nie oznacza wcale wystawienia Izraela na jedynie „zgniłe kompromisy”.

Stany Zjednoczone miałyby przez to szansę – być może ostatnią zanim świat na dobre nie stanie się multilateralny  – odzyskania autorytetu nadszarpniętego przez wojnę w Iraku i prezydenta Busha.

Dziś wszystkie nadzieje społeczności międzynarodowej są kierowane w stronę Baracka Obamy, „prezydenta globalnej wioski”.

Jej mieszkańcy oczekują jednak, że zamiast być panem na włościach, Obama zostanie ich sołtysem.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.