Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Magdalena Górnicka: Koniec z "No Drama Obama"?

Magdalena Górnicka: Koniec z "No Drama Obama"?


16 czerwiec 2010
A A A

Barack Obama wygłosił przemówienie, które miało zatrzeć złe wrażenie po opóźnionej reakcji prezydenta na wyciek ropy do wód Zatoki Meksykańskiej. Po raz pierwszy przemówienie Obamie się nie udało.
Obama nie jest cudotwórcą: nie może zatkać wycieku ropy. Zresztą: to obowiązek BP. Rząd – zgodnie z amerykańskim prawem – może tylko walczyć ze skutkami, a nie samym wyciekiem.
Prezydent jednak od początku tego kryzysu reagował źle. Najpierw – nie reagował w ogóle. Później, gdy sytuacja pogarszała się z godziny na godzinę, Obama ciągle wypowiadał się w sposób wywarzony, a później – bojowniczy („skopiemy tyłki winnym”).
Nie poleciał natychmiast w miejsce katastrofy. Oczywiście – niewiele by tam zdziałał, ale liczy się przecież przekaz medialny.

I właśnie na tym polega prezydencki problem: pragmatyka Białego Domu wymaga jednego: legislacyjnego uporządkowania sektora naftowego, a kreowanie obrazu – czegoś zupełnie przeciwnego  - sfotografowania w kaloszach.
Pierwsze przemówienie Obamy z Gabinetu Owalnego było bardziej przemówieniem polityka niż przywódcy narodu w kryzysie. Czy na ten wydźwięk miała wpływ krytyka ze strony liberalnych mediów, że Barack Obama jest nie dość lewicowy i coraz bardziej zawodzi swoich liberalnych wyborców (sztandarowy tekst ukazał się magazynie „New York Timesa”.
Także Thomas Friedman – wpływowy publicysta tego dziennika, prywatnie – w bezpośrednim otoczeniu prezydenta – w ciągu ostatnich dni apelował o przekucie narodowej klęski w wielką szansę na uniezależnienie Stanów Zjednoczonych od paliw tradycyjnych, z ropą naftową na czele. Katastrofa w Zatoce Meksykańskiej miała stać się, zdaniem Friedmana, impulsem do reform i wprowadzania zmian w gospodarce energetycznej USA.

Przestawianie się na „zieloną energię” to sprawa ważna – prawdziwe wyzwanie rozwojowe. Cały problem w tym, że powinno to zostać uzgodnione w dobie ogólnonarodowej debaty – mimo wszystko. Mimo tego, że wiemy, jak wyglądała taka „debata” przy reformie służby zdrowia – zamiast merytorycznej rozmowy były oskarżenia o komunizm i pyskówka.
O ile jednak każdy z Amerykanów jakoś rozumie problemy z kosztami służby zdrowia (nawet jeśli sam ma ubezpieczenie), to niewiele osób potrafi wymienić i wyjaśnić powody, które miałyby skłonić rząd do szerszej aktywności w zakresie tworzenia „zielonej energii’, ani określić potencjalnych przyszłych korzyści.

Oratorską maestrią nie przekona się ludzi do tego, o czym nie mają pojęcia: a tutaj – podskórnie nawet – czuć kwestię ekonomiczną, a nie światopoglądową (jak w przypadku służby zdrowia).
Na pewno jednak odwoływanie się do dalekowzrocznych haseł w tonie i duchu kampanii, a nie prezydentury, nie jest sposobem na wprowadzanie długotrwałych, wymagających reform. W tego typu sprawach Amerykanie są do bólu pragmatyczni. Chcą konkretów, rozwiązać, a nie górnolotnych deklaracji.

Apokaliptyczna retoryka („modlimy się o odwagę”) i porównanie reformy energetycznej do krucjaty, to wzbudzanie niepokoju akurat wtedy, gdy powinno się go koić.
Barack Obama podczas kryzysu związanego z wyciekiem ropy przeszedł z jednej skrajności w skrajność: z „no drama Obama” z początku kryzysu, stał się prezydentem –wojownikiem. Chociaż wygrał wybory właśnie dzięki sprzeciwianiu się wojnie.