Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Magdalena Górnicka: Promowanie demokracji czy jej przecena?


20 grudzień 2009
A A A

Administracja Baracka Obamy stawia na „pragmatyczną” dyplomację kija i marchewki. Z jednej strony: rozmowy z dyktatorami, a z drugiej – obrona praw człowieka.
Hillary Clinton wygłosiła na uniwersytecie Georgetown ważne przemówienie, w którym nakreśliła nowe podejście Stanów Zjednoczonych wobec praw człowieka, przedstawiła strategię w tej kwestii na najbliższe lata, redefiniując część utartych pojęć.

Wystąpienie Clinton o – mogłoby się wydawać – fundamentalnym znaczeniu dla amerykańskiej dyplomacji, przegrało w mediach z awanturą wokół porozumienia klimatycznego na szczycie w Kopenhadze.
Przemówienie szefowej dyplomacji było rozwinięciem tego, co zasygnalizował w wykładzie noblowskim Barack Obama. Obecny rząd proponuje „trzecią drogę”: między idealizmem i realizmem, między rozmawianiem z dyktatorami a zbrojną „promocją demokracji”.

Powrót hasła „promowania demokracji”, będącego dyżurnym sloganem George’a W. Busha, sygnalizuje zmianę, na jaką zdecydowała się administracja Obamy.

Początkowo – zarówno Obama, jak i Clinton, porzucili to hasło jako zdyskredytowane.
Więcej – „promocja demokracji” do dziś jest używana do prześmiewczego opisywania niepotrzebnej inwazji na Irak i innych kontrowersyjnych działań 43. prezydenta.

„Promocja demokracji” w wydaniu rządu Obamy ma być czymś zupełnie innym.

Zauważmy, że Hillary Clinton w niektórych kręgach jest nazywana „jastrzębiem” prezydenta Obamy: to właśnie ona ma najczęściej popierać „zdecydowane” działania, odradzając zbyt łagodną politykę wobec państw łamiących prawa człowieka.
To właśnie ona wygłosiła przed prawie piętnastu laty pamiętne przemówienie w na Światowej Konferencji w sprawie Kobiet Pekinie.
„Nadszedł najwyższy czas, aby powiedzieć to tu, w Pekinie tak, aby świat to usłyszał: nie można dłużej akceptować dyskusji nad prawami kobiet w oderwaniu od praw człowieka”.

Oto „jastrzębia” Clinton: wielka, ostra w swym wydźwięku mowa w symbolicznym miejscu. Kamery nagrały, poszło w świat.

Clinton mogła się tak stanowczo wypowiedzieć w obronie tych wartości tylko dlatego, że nie odwołała swojej podróży do Pekinu, pomimo aresztowania i oskarżenia o szpiegostwo przez chińskie władze znanego obrońcy praw człowieka, obywatela amerykańskiego, Harry’ego Wu.
W USA rozgorzała dyskusja, czy pierwsza dama w ogóle powinna w takim wypadku jechać do Chin. Hillary Clinton – na przekór – pojechała. I powiedziała to, co świat zapamiętał na bardzo długo.
Ale prawdziwy sposób działania Clinton pokazała kilka miesięcy wcześniej, gdy wraz ze swoją córką, Chelsea, odwiedzała lokalne kobiece spółdzielnie wytwórcze, a także te udzielające mikropożyczek w Indiach i Pakistanie.

Rozmawiając z tamtejszymi kobietami, zobaczyła ich bohaterstwo na skalę mikro – codzienne i bez wielkich słów: sprowadzające się do walki o godność, o edukację, o opiekę zdrowotną.
Kobiety z indyjskich spółdzielni najczęściej nie myślały o abstrakcyjności „demokracji” i „praw człowieka”. Rozumiały te terminy bardzo konkretnie: jako dostęp do lekarza, policję, która będzie na posterunku, by bronić ofiary przemocy domowej.

Dzisiaj Hillary Clinton – już jako sekretarz stanu – powraca do tego rozumienia demokracji i praw człowieka. Wspiera ją w tej wizji prezydent Obama, który jako dziecko mieszkał przez kilka lat w Indonezji, gdzie z bliska doświadczał tej codziennej walki o „demokrację” i „poszanowanie praw człowieka”.

Rząd Baracka Obamy chce dzisiaj walczyć razem z nimi. I o to, o co oni walczą.
To zasadnicza różnica: George W. Bush wciągał takich ludzi w swoje szeregi. Obama i Clinton – stają u ich boku.

Już w latach 50. Edward Hall, antropolog i specjalista od komunikacji międzykulturowej, udowodnił, że w celu skutecznego porozumiewania się z ludźmi zupełnie od nas innymi, musimy przyjąć ich punkt widzenia. Hall szkolił amerykańskich dyplomatów, którzy skarżyli się, że ich działania w obcych kulturowo środowiskach są mało skuteczne. Żadne broszury, prelekcje, odczyty, czy nawet programy radiowe i filmy, nie potrafią zmienić sposobu postępowania ludzi w dalekich krajach. Hall wskazał, by dyplomaci obserwowali w jaki sposób ludzie, z którymi mają się porozumieć, nabywają nowych umiejętności i w ten sposób próbowali do nich mówić.

Na tym polega prawdziwe partnerstwo: na mówieniu do ludzi ich językiem.

Tak dzisiaj chce mówić Hillary Clinton i Barack Obama. Clinton wielokrotnie podkreślała rolę dyplomacji publicznej, budowania porozumienia na poziomie społecznym.
„Dla niektórych osób prawa człowieka to po prostu codzienny posiłek” – wskazywała szefowa amerykańskiej dyplomacji w Georgetown. I miała rację.

W tym miejscu przypomnijmy jednak sobie przemówienie Baracka Obamy z Ghany: „Afryka musi zadbać sama o siebie”, „Afryka nie może być dłużej zależna tylko od pomocy Zachodu”.

Odpowiedzialność i zrozumienie – te dwa pojęcia wydają się dobrze oddawać nowy kierunek polityki praw człowieka Stanów Zjednoczonych.
Zamiast wielkich przemówień i gestów dla świata, więcej będzie małych działań dla tych, którzy tego najbardziej  potrzebują.

Najwidoczniej na tym polega nowy pragmatyzm amerykańskiej dyplomacji.