Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Michał Kuź: Turcja - uśpiony islamski olbrzym

Michał Kuź: Turcja - uśpiony islamski olbrzym


01 grudzień 2004
A A A

Poniższy tekst ukazał się w Internecie we wrześniu br., jednak ze względu na toczącą się właśnie dyskusję nad rozpoczęciem negocjacji o członkostwie w Unii Europejskiej przez Turcję decydujemy się na jego przedruk. Artykuł może posłużyć jako kwintesencja spojrzenia na relacje turecko-unijne z perspektywy rządów państw mniej chętnych poszerzeniu UE /red./.


Do końca bieżącego roku Komisja Europejska ma w specjalnym raporcie ocenić, czy Turcja jest gotowa do rozpoczęcia negocjacji związanych z przystąpieniem do UE. Rząd turecki przez ostatnie dwa lata nie szczędził wielu starań, aby owa decyzja była pozytywna, jednak wizja członkostwa w Unii Europejskiej 65 milionowego kraju, którego ludność to w 97% muzułmanie, budzi liczne kontrowersje.

Wobec rosnących obaw premier przewodniczącej Unii w tym roku Holandii, Jan Peter Balkenende stwierdził niedawno: "Nie wolno nam się kierować strachem, na przykład przed islamem. Zagradzanie drogi którejś religii nie jest zgodne ze wspólnymi wartościami Europy. Powinniśmy sprzeciwiać się nie religii, ale ludziom i grupom ludzi nadużywającym religii, aby osiągnąć swoje cele siłą".

Tymczasem Kardynał Joseph Ratzinger w wywiadzie udzielonym w zeszłym tygodniu francuskiemu "Le Figaro" powiedział, iż wejście Turcji do UE "oznaczałoby by utratę bogactwa i zniknięcie elementu kulturowego na korzyść gospodarki" oraz, że "identyfikowanie Turcji i Europy byłoby błędem".

Obie te wypowiedzi symbolizują dwa skrajnie, szeroko reprezentowane stanowiska. Jedno zdaje się widzieć w członkostwie Turcji szansę na przełamanie kulturowych barier, drugie zagrożenie dla tradycyjnych europejskich wartości.
W licznych komentarzach dotyczących tych kwestii zbyt często brak jednak spojrzenia na turecką polityką wewnętrzną, a to w niej właśnie próba przystąpienie do Unii może wywrzeć najbardziej zaskakujące skutki.
Zważywszy pewne fakty, można bowiem dojść do wniosku, że premier Tayyip Erdogan oraz jego Partia Sprawiedliwości i Dobrobytu (turecki skrót APK) ma w integracji europejskiej ukryty interes. Dodajmy, że jest to interes, którego istnienie APK woli ukryć przed światem. Aby zrozumieć jego naturę należy nieco szerzej niż czynią to politycy i duchowni spojrzeć na turecką historię i kulturę.

DZIEDZICTWO ATATÜRKA

Islam u swoich podstaw był religią prawa i państwa. Do tego stopnia, że dopiero w 1908 roku w Azerbejdżanie na krotko powstało świeckie państwo zamieszkane przez muzułmanów. Jednak rok w roku 1923 (1301 od hidżry) powołane zostało do życia silne niezawisłe państwo, w którym większość obywateli stanowiliby wyznawcy Allaha, a władza państwowa byłaby faktycznie, a nie formalnie, oddzielona od religijnej.

Tym państwem byłą Republika Turecka i dla wielu turkologów jest ona do dziś koronnym przykładem postępowego islamu. Obecnie zwyczajowe prawo islamu wyznawane przez wielu imigrantów wchodzi często w jawny konflikt, z prawodawstwem Europejskim, przykład ów wydaje się wiec bardzo krzepiący.

Niestety często zapomina się, jak wielką cenę Turcy zapłacili za świeckość swego państwa. Mustafa Kemal (później K. Atatűrk - Ojciec Turków), zlikwidował sułtanat, lecz sam stał się dyktatorem, zaś jego Partia Republikańska przez wiele lat była jedyną legalną siłą polityczną.

Atatűrk nie zgodził się na demokrację, ponieważ zdawał sobie sprawę, że w pierwszych naprawdę wolnych wyborach zwyciężyłyby siły islamistyczne. Co oznaczałoby zawrócenie Turcji z drogi reform. Z tych samych względów wprowadził on represje anty-islamskie. Zniesiono wszelkie przywileje imamów, zabroniono noszenia tradycyjnych fezów i bród oraz zakazano modlitw w miejscach publicznych, zlikwidowano nawet alfabet arabski, zastępując go łacińskim. Oczywiście najłatwiej było wprowadzić te zmiany w dużych miastach, na rozległej tureckiej prowincji do dziś w praktyce rządzi szariat.

Mimo to generał Kemal Atatűrk wiedział jak utrwalić swoje dzieło. Uznał, iż jedynie wojskowi mogą pragnąć władzy bardziej od imamów, anty-religijność była więc szczególnie konsekwentnie egzekwowana w armii. Atatűrk, który umarł w 1938, nie zmienił więc wprawdzie przekonań swego narodu, wychował jednak wystarczająco liczną kastę bezwzględnych strażników swego dziedzictwa. To armia turecka miała w przyszłości stać na straży świeckości i "europejskości" tego kraju.

RODOWÓD ERDOGANA

Owa świeckość już wkrótce miała potrzebować obrony. W 1950 roku wybory parlamentarne wygrała Partia Demokratyczna. Nie głosiła ona bynajmniej haseł rewolucji islamskiej. Partia ta działała w ramach obowiązującej konstytucji i wspierała religijność muzułmańską jedynie nieoficjalnie. Lecz nawet to spowodowało jej delegalizację, wojskowy zamach stanu i stracenie premiera Menderesa!

Ten wypadek nauczył islamistów ostrożności. Mimo to, ich kolejne partie były wciąż delegalizowane, aż do teraz. W listopadzie 2002 roku wywodząca w prostej linii od Partii Demokratycznej, Partia Sprawiedliwości i Dobrobytu wygrała wybory, premierem został Abdullah Gul.

Przywódca partii i obecny premier Recep Tayyip Erdogan, był jeszcze wtedy pozbawiony przez sąd prawa do "za kwestionowanie konstytucyjnych zasad państwa świeckiego", udało mu się jednak już w lecie roku następnego odsunąć marionetkowego Gula. Dziś to właśnie Tayyip Erdogan zamierza wprowadzić Turcję do Europy.

Nie zawsze jednak głosił takie poglądy. Andrzej Talaga w opublikowanym dwa lata temu w "Nowym Pańswie" artykule "Turcja dla Allaha" przytacza wypowiedzi Erdogana z czasów kiedy był on jeszcze merem Stambułu: "Półtora miliarda muzułmanów na świecie czeka, aby Turcy powstali. Powstaniemy. Rebelia rozpocznie się z pomocą Allaha". A. Talaga zaznaczał również, że Erdogan "nawoływał wtedy także do wystąpienia z NATO, nazywając je - tak jak i UE - sługusem Ameryki."

OD BRUKSELI DO TEHERANU

Cóż więc sprawiło, że Tayyip Erdogan tak dramatycznie zmienił front? Być może pomny losu rozstrzelanego Adnana Menderesa, postanowił przed podjęciem bardziej zdecydowanych posunięć osłabić wpływy wojskowych. Zaś integracja europejska daje doskonała okazję do takich posunięć. Nie trzeba nawet szukać do tego pretekstu, przecież jak słusznie zauważył Peter Baldeneke "Zagradzanie drogi, którejś religii nie jest zgodne ze wspólnymi wartościami Europy". Pytanie brzmi, czy te słowa w odniesieniu do Turcji, nie oznaczają przypadkiem odmrożenia islamskiego olbrzyma?

Amnesty International w swoim ostatnio opublikowanym raporcie dotyczącym przemocy wobec kobiet jest nadal niezwykle krytycznie ocenia zwyczaje panujące w tureckiej wsi. Nadal dochodzi tam do licznych honorowych mordów, których rodziny dokonują na "wiarołomnych kobietach". Turcja to bowiem w gruncie rzeczy wciąż biedny rolniczy kraj, w którym ogromna większość ludność zamieszkuje niewielkie wioski.

Tymczasem powolna ofensywa islamistów trwa. Rok temu, pod pretekstem dostosowania się do Europejskich standardów, parlament turecki przyjął prawa, które wyraźnie redukują polityczną rolę armii. Podczas wojny z Irakiem rząd Erdogana odmówił udostępnienia swoich lotnisk i baz wojskom amerykańskim.

W tym samym czasie pojawiły się również doniesienia o poparciu jakiego tureckie placówki dyplomatyczne miały udzielać grupie Mili Gőrűş. Grupa ta jest podejrzewana przez niemiecką prokuraturę o wspieranie terroryzmu. Polecenia dla ambasad miał wydać sam minister spraw zagranicznych.

Oczywiście pomijając tego typu incydenty, wrogość wobec planów USA, musiała się w Brukseli bardzo podobać. Prezydenci Francji i Niemiec muszą się też liczyć z głosami tureckiej diaspory. Jednak ukryty cel APK wydaje się być jasny. Z pełnego członkostwa w Unii rząd Turcji będzie się mógł wycofać w trakcie negocjacji, na razie zaś dla premiera najważniejsze jest osłabienie antyislamskiego prawodawstwa.

Erdogan musi się spieszyć gdyż Hilmi Őzkők - Szef Sztabu Armii już rok temu stwierdził, że "tureckie siły zbrojne będą nadal pilnie zwracać uwagę na ochronę świeckości". Őzkők zagroził nawet możliwością odsunięcia APK od władzy przez wojsko.
Recep Tayyip Erdogan na razie nie szuka otwartego konfliktu z generalicją, unika kojarzenia z islamizmem i angażuje się głównie w rozmowy z Brukselą. W obecnej sytuacji to bardzo mądra strategia. Ewentualne rozpoczęcie negocjacji poprawiłoby jego postępowy wizerunek do tego stopnia, że ceną ewentualnego wojskowego puczu byłaby izolacja Turcji na arenie międzynarodowej. Oczywiście, Unia Europejska nigdy nie poprze pewnych posunięć, jednak Erdogan znacznie bardziej boi się własnych oficerów niż urzędników Brukseli.

To co w Unii uchodzi za podstawowe prawa obywatelskie, Turcję może silnie zdestabilizować. Optymiści twierdzą oczywiście, że ewentualne członkostwo w UE, trwale zdemokratyzuje ten kraj i zniesie dawny podział na Zachód oraz Świat Islamu. Cóż jednak, jeśli sami Turcy zadecydują inaczej? Cóż jeśli, mogąc już bez ingerencji wojska wybrać między państwem wyznaniowym a świeckim, sami wybiorą to pierwsze?

Wtedy przy wykorzystaniu zwykłych demokratycznych procesów Turcja może zacząć powoli dryfować w kierunku Republiki Islamskiej. Szczęśliwie, śledząc chłodne wypowiedzi przywódców Europejskich, można zaryzykować przypuszczenie, że negocjacje z Turcją nie rozpoczną się jeszcze w przyszłym roku. Jednak już samo zbliżenie z Unią może być przez islamistów wykorzystane do ich własnych celów.

Teza, że demokracja sama z siebie promuje pluralizm, jest bowiem zwodnicza. Gdyby w Pakistanie nie rządziła popierana przez Waszyngton junta wojskowa, zamieniłby się on w drugi Iran. Podobnie nie udanym eksperymentem za pewne okażą się próby wprowadzenia demokracji w Iraku.

Gdyby w Arabii Saudyjskiej absolutnej władzy nie sprawowała uzależniona od petrodolarów rodzina Saudów, kraj ten stałby się stolicą międzynarodowego terroryzmu. Wyjąwszy dalekowschodnią Indonezję z jej specyficzną (choć nie wolną od terroryzmu) odmianą Islamu, w większości państwa islamskich rządzą dyktatorzy, monarchowie lub przywódcy religijni.

Zaledwie 80-letni w 1382-letniej historii Islamu turecki eksperyment może się łatwo zakończyć fiaskiem. Paradoksalnie najkrótsza droga z Ankary do Teheranu, prowadzi przez Brukselę.


Tekst "Turcja - uśpiony islamski olbrzym" ukazał się w portalu www.prawica.net. Przedruk w PSZ.PL za zgodą ww. redakcji /pima/.

Artykuł jest wyrazem poglądów autora. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za publikowany materiał.