Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Oskar Pietrewicz: USA - Półwysep Koreański: zagubienie i brak pomysłu

Oskar Pietrewicz: USA - Półwysep Koreański: zagubienie i brak pomysłu


11 luty 2011
A A A

W 2011 r. władze w Waszyngtonie stoją przed zadaniem wyciągnięcia wniosków z trudnej lekcji, jaką były wydarzenia ubiegłego roku na Półwyspie Koreańskim. Na półmetku kadencji administracja Baracka Obamy sprawia wrażenie zagubionej.

Ostatnie tygodnie 2009 roku w relacjach amerykańsko-koreańskich upłynęły pod znakiem pozorowanych kroków Korei Północnej. Podczas grudniowej wizyty specjalnego przedstawiciela USA Stephena Boswortha w Pjongjangu, północnokoreańskie władze przekonywały, że są otwarte na dialog z Waszyngtonem. Pomimo deklarowanej atmosfery serdeczności zauważalna była wyraźna różnica stanowisk. Koreańczycy dali do zrozumienia, że są najbardziej zainteresowani rozmowami na temat traktatu pokojowego i uzyskania pomocy gospodarczej. Natomiast Amerykanie podkreślali kluczowe znaczenie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego i wznowienia rozmów sześciostronnych. W rezultacie wizyta Boswortha zakończyła się przyjęciem ogólnikowych treści, które nie przyniosły żadnych zmian na linii Pjongjang-Waszyngton. Optymiści wyrażali jeszcze nadzieję na podtrzymanie atmosfery dialogu, lecz przeważały krytyczne głosy. Przedstawiciel Korei Południowej ds. nuklearnych Wi Sung-Lac stwierdził wręcz, że nie należy oczekiwać jakiegokolwiek przełomu w polityce Korei Północnej.

Pomimo krytycznych uwag na temat grudniowej wizyty Boswortha, w pierwszych tygodniach 2010 roku władze w Pjongjangu podtrzymywały wrażenie, że są skłonne do dialogu. W styczniu Korea Północna zwróciła się do USA z propozycją rozpoczęcia rozmów na rzecz zawarcia traktatu pokojowego, który zakończyłby wojnę koreańską. Północnokoreańska oferta została jednak natychmiast odrzucona zarówno przez USA, jak i Koreę Południową, które zgodnie orzekły, że działania Pjongjangu powinny być skierowane przede wszystkim na likwidację broni nuklearnej i powrót do mechanizmu sześciostronnego. W amerykańskim oświadczeniu nie zabrakło również uwag dotyczących kwestii łamania praw człowieka w Korei Północnej. Sprzeciw USA wobec północnokoreańskiego pomysłu sprawił, że pod koniec stycznia północnokoreańska artyleria przeprowadziła kilkudniowy ostrzał obszarów położonych w pobliżu spornej granicy morskiej na Morzu Żółtym  Południowokoreańskie władze oceniły wówczas, że kroki Pjongjangu  miały na celu wywarcie presji na Waszyngtonie w sprawie zawarcia traktatu pokojowego.

Chociaż styczniowy ostrzał pokazał, że Korea Północna nie zamierza rezygnować z polityki szantażu, to jednak pozory dialogu utrzymały się jeszcze w lutym. W deklaracji z obchodów 68. urodzin Kim Dzong Ila północnokoreańskie władze zapowiedziały zakończenie wrogich stosunków z USA, poprawę relacji z Koreą Południową i wznowienie rozmów na rzecz jak najszybszego zjednoczenia. Kilkanaście dni później Stephen Bosworth zawitał do Seulu, gdzie oznajmił, że USA są gotowe wznowić rozmowy z Koreą Północną. Oceniano, że pozytywna reakcja Waszyngtonu związana była z uzyskaniem domniemanych gwarancji ze strony Pekinu na rzecz jak najszybszego przekonania Pjongjangu do powrotu do rozmów sześciostronnych. Amerykański optymizm ponownie został sprowadzony na ziemię przez Koreańczyków z Południa. Jak później się okazało, Wi Sung-lac słusznie powątpiewał w szczerość północnokoreańskich słów. Ostatecznie nie doszło do żadnych rozmów, a wraz z nadejściem marca relacje amerykańsko-północnokoreańskie weszły w fazę trwającego do dziś konfliktu.

Niecały miesiąc po deklaracji o końcu wrogich relacji z Waszyngtonem, północnokoreańskie władze oświadczyły, że Koreańska Armia Ludowa jest „w pełni gotowa do wysadzenia” Korei Południowej i USA. Groźby Pjongjangu stanowiły reakcję na informacje o zbliżających się amerykańsko-południowokoreańskich  manewrach wojskowych. Pomimo przestróg Korei Północnej ćwiczenia zostały przeprowadzone zgodnie z planem i w ciągu 11 dni wzięło w nich udział 18 tys. amerykańskich i 20 tys. południowokoreańskich żołnierzy. Pjongjang uznał manewry za prowokację, a Seul i Waszyngton argumentowały, że ćwiczenia były wcześniej zaplanowane i miały charakter defensywny. Atmosfera wzajemnej wrogości pogłębiła się na tyle, że po kilku dniach Korea Północna oskarżyła USA i Koreę Południową o spiskowanie w celu obalenia północnokoreańskiego reżimu. Po kilku miesiącach do retoryki Korei Północnej powróciły groźby o użyciu broni nuklearnej. Jednak nie atak nuklearny, a inne wydarzenie na kilka miesięcy zmieniło sytuację na Półwyspie Koreańskim.

{mospagebreak}

26 marca w pobliżu wyspy Baengnyeong zatonęła południowokoreańska korweta Cheonan, a śmierć poniosło 46 marynarzy. W początkowych reakcjach Seul i Waszyngton zaprzeczały, jakoby Korea Północna miała coś wspólnego z incydentem. Jednakże z biegiem czasu stanowisko Korei Południowej i USA ewoluowało w kierunku obarczenia winą reżimu w Pjongjangu. Ostatecznie w maju komisja międzynarodowa, składająca się z ekspertów z Korei Południowej, USA, Australii, Wielkiej Brytanii i Szwecji, przedstawiła raport, w którym jednoznacznie stwierdzono, że korweta Cheonan zatonęła w wyniku północnokoreańskiego ataku torpedowego. W specjalnym oświadczeniu Barack Obama zdecydowanie potępił „akt agresji ze strony KRLD, który tylko pogłębia dotychczasową izolację tego kraju” i wyraził pełne poparcie dla rządu w Seulu. Ponadto, amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton wielokrotnie apelowała o zaangażowanie Chin w sprawie trudnej sytuacji na Półwyspie Koreańskim.

Na potwierdzenie słów Obamy o poparciu dla Korei Południowej, Waszyngton zintensyfikował współpracę militarną z Seulem. Przejawem tego były wspólne manewry wojskowe w następnych miesiącach. Napięta sytuacja na Półwyspie Koreańskim skłoniła również oba państwa do zmiany decyzji w sprawie uzyskania przez Koreę Południową samodzielności militarnej. Zgodnie z dotychczasowymi ustaleniami Seul miał przejąć pełną kontrolę nad siłami zbrojnymi w 2012 roku. Natomiast w oparciu o nowe postanowienia, przyjęte w czerwcu przez Lee i Obamę, Korea Południowa osiągnie niezależność militarną od USA dopiero pod koniec 2015 roku. W ocenie południowokoreańskich środowisk opozycyjnych podjęta decyzja podważa suwerenność Korei Południowej. Z drugiej strony nie ulega wątpliwości, że w obliczu zaognionej sytuacji w regionie, zarówno Seulowi, jak i Waszyngtonowi zależy na umocnieniu więzi sojuszniczych. Dla Koreańczyków z Południa amerykańskie wsparcie jest najwyższym gwarantem bezpieczeństwa. Zaś z punktu widzenia Amerykanów zagrożenie północnokoreańskie i sojusz z Koreą Południową stanowią jedno z uzasadnień amerykańskiej obecności militarnej w regionie.

Okres od lipca do listopada w relacjach USA z państwami koreańskimi upłynął pod znakiem zwiększonej krytyki północnokoreańskiego reżimu i udzielania stałego wsparcia władzom w Seulu. Najwyżsi przedstawiciele USA z jednej strony zapowiadali rewizję polityki wobec Korei Północnej, a z drugiej wystosowywali do władz w Pjongjangu apele o rezygnację z polityki prowokacji i samoizolacji. Słowa Amerykanów spotykały się z wrogą reakcją Korei Północnej, która regularnie groziła użyciem broni nuklearnej. Atmosfery nie zmieniła wizyta byłego prezydenta USA Jimmy’ego Cartera w Pjongjangu, w wyniku której został uwolniony 31-letni Amerykanin, skazany przez północnokoreański sąd na 8 lat ciężkich robót. Wrogość na linii Pjongjang-Waszyngton potęgowały kolejne ćwiczenia wojsk amerykańskich i południowokoreańskich oraz doniesienia na temat rozwoju potencjału nuklearnego Korei Północnej.

Swego rodzaju zwieńczeniem narastającego sporu były wydarzenia z listopada. Zanim jednak doszło do ostrzelania przez północnokoreańską artylerię wyspy Yeonpyeong, miał miejsce szczyt G-20 w Seulu. Głównym tematem spotkania Lee Myung-baka z Barackiem Obamą była dyskusja nad ratyfikacją umowy o wolnym handlu, podpisanej w 2007 roku. Pomimo optymistycznych zapowiedzi, przywódcy nie doszli do porozumienia i sprawa została po raz kolejny odłożona na „niedaleką przyszłość”. Jednak w związku z incydentem z 23 listopada trudności w relacjach handlowych zeszły na dalszy plan. Północnokoreański ostrzał artyleryjski został zdecydowanie potępiony przez prezydenta Obamę, który, podobnie jak po zatopieniu korwety Cheonan, zapowiedział pełne poparcie dla administracji Lee. Kilka dni po incydencie amerykańskie i południowokoreańskie wojska przeprowadziły manewry, którym przewodził lotniskowiec George Washington. W reakcji na ćwiczenia Korea Północna zapowiedziała zbrojną odpowiedź, lecz ostatecznie skończyło się na groźbach. Poza przeprowadzeniem wspólnych manewrów, USA wyraziły zadowolenie z pomysłów prezydenta Lee Myung-baka i nowego ministra obrony Kim Kwan-jina dotyczących bardziej zdecydowanej polityki Seulu wobec Pjongjangu. Ponadto, na fali listopadowych wydarzeń, na początku grudnia zespoły eksperckie z Korei Południowej i USA doszły do porozumienia w sprawie ostatecznego kształtu umowy o wolnym handlu.

{mospagebreak}

Ostatnim istotnym wydarzeniem w stosunkach USA z państwami Półwyspu Koreańskiego była grudniowa wizyta gubernatora stanu Nowy Meksyk Billa Richardsona w Pjongjangu. Chociaż sześciodniowy pobyt amerykańskiego gubernatora miał status nieoficjalnej wizyty, to z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że był on świadomym krokiem amerykańskiej dyplomacji. Po licznych próbach przekonania Korei Północnej do wznowienia rozmów sześciostronnych, amerykański gubernator uzyskał zgodę Koreańczyków na powrót międzynarodowej grupy inspektorów do ośrodków nuklearnych na terenie Korei Północnej. Północnokoreańscy przedstawiciele zadeklarowali również gotowość do pozbycia się prętów paliwowych, niezbędnych do produkcji broni nuklearnej. Wizyta Richardsona spotkała się z chłodnym przyjęciem Korei Południowej. Południowokoreański minister spraw zagranicznych Kim Sung-hwan podważył wręcz kompetencje amerykańskiego gubernatora do poruszania problemu nuklearnego w rozmowach z KRLD. Tym samym, powtórzyła się sytuacja z początku roku, kiedy przedstawiciele Korei Południowej z rezerwą podchodzili do działań dyplomacji USA.

Nie ulega wątpliwości, że miniony rok na Półwyspie Koreańskim był trudnym i skomplikowanym okresem dla USA. W ostatnich dwunastu miesiącach Amerykanie zarówno doświadczyli atmosfery pozornych negocjacji z Koreą Północną, jak i przekonali się o nieprzewidywalności północnokoreańskiego reżimu. Pomimo pewnych podobieństw do wydarzeń z 2009 roku, Amerykanie zwracają uwagę na niebezpieczną ewolucję działań Korei Północnej. O ile rok 2009 upłynął pod znakiem prób rakietowych i testu nuklearnego, o tyle rok 2010 zostanie z pewnością postrzegany przez pryzmat zatopienia Cheonan i ostrzelania Yeonpyeong. W reakcji na te wydarzenia USA podjęły kroki na rzecz pewnych zmian w stanowisku wobec wydarzeń na Półwyspie Koreańskim. Dotychczasowa polityka sankcji i krytyki w sferze retorycznej została wzmocniona intensyfikacją współpracy militarnej z Koreą Południową. Niejako przy okazji, udało się Amerykanom dojść do porozumienia w sprawie ostatecznego kształtu umowy o wolnym handlu z Koreą Południowej. Aktualne pozostaje jednak pytanie, czy ustalenia na szczeblu eksperckim zostaną zatwierdzone przez polityków.

O ile wzmocnienie powiązań militarnych z Seulem stanowi jasny przekaz Waszyngtonu pod adresem władz w Pjongjangu, o tyle trudno ocenić działania USA na poziomie negocjacji z północnokoreańskim reżimem. Warto zwrócić uwagę na podobieństwa ostatnich dwunastu miesięcy z 2009 rokiem – zarówno w jednym, jak i drugim przypadku początek i koniec roku związany był z mniej lub bardziej intensywnymi rozmowami na linii Pjongjang-Waszyngton. Po kilku tygodniach negocjacji następowało znaczne ochłodzenie relacji, czego zwieńczeniem były poważne kryzysy w regionie. Ponadto, próby rozmów USA z Koreą Północną za każdym razem spotykały się z co najmniej chłodnym stanowiskiem Korei Południowej. Mając na uwadze wydarzenia z ostatnich dwóch lat, można stwierdzić, że administracja Baracka Obamy ma spore problemy z ustaleniem konsekwentnej, a przede wszystkim skutecznej polityki wobec Korei Północnej. Oczywiście trudno oczekiwać od USA jednoznacznego opowiedzenia się za dialogiem lub zaostrzaniem sporu w relacjach z północnokoreańskim reżimem, który od wielu lat zmusza Amerykanów do lawirowania. Jednak na półmetku kadencji administracja Obamy sprawia wrażenie zagubionej. Na tle dotychczasowych działań słuszne, z punktu widzenia amerykańskich interesów, wydaje się wywieranie większej presji na Chiny. Waszyngton jest świadomy kluczowej roli Pekinu w rozwiązaniu kwestii koreańskiej, dlatego też stara się skłonić chińskie władze do większego zaangażowania. Jeśli amerykańskiej dyplomacji uda się przekonać Chińczyków do zajęcia bardziej odpowiedzialnej roli, to będzie można mówić o sukcesie USA. W przeciwnym wypadku obecna administracja będzie kolejną, która nie potrafiła rozwiązać problemu Korei Północnej.