Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Tomasz Otłowski: Wytyczne dla talibów


08 styczeń 2010
A A A

Sample Image

Ogłoszenie ram czasowych operacji w Afganistanie to poważny błąd strategiczny Amerykanów.

Z Afganistanem oczywiście coś trzeba było zrobić. Pogarszająca się systematycznie od 2006 roku sytuacja strategiczna sił międzynarodowych osiągnęła obecnie poziom grożący już nie tylko niepowodzeniem całej misji, lecz także – przez stworzenie warunków odbudowy pozycji Al-Kaidy – odwróceniem całego dotychczasowego kierunku wojny z islamskim ekstremizmem. Wojny – przypomnę – podjętej po zamachach na World Trade Center i Pentagon.

Rok 2009 był ostatnim momentem na zahamowanie niekorzystnych trendów strategicznych i odzyskanie inicjatywy przez siły międzynarodowe. Aby koalicja mogła dokonać koniecznego przełomu w wojnie, niezbędne było nie tylko zwiększenie liczebności sił NATO i rozszerzenie amerykańskiej operacji „Enduring Freedom” (OEF), lecz także przyjęcie bardziej aktywnej strategii działania wobec rosnących w siłę talibów. Zwłaszcza dlatego, że zdecydowane działania militarne podjęte przez wojska ISAF/OEF latem 2009 roku pomimo początkowych sukcesów operacyjnych bardzo szybko straciły impet. Przyczyną był po prostu brak żołnierzy. Równie ważne okazały się powody natury politycznej, zwłaszcza obawy rządów państw zachodnich przed politycznymi skutkami strat wśród żołnierzy koalicji, nieuchronnych podczas prowadzenia intensywnych operacji ofensywnych.

Ambitna strategia

Miniony rok kończy się więc dla operacji afgańskiej niemal tak samo jak kilka poprzednich. Różnica na niekorzyść polega na tym, że oprócz dalszego umocnienia się talibów głośniej niż kiedyś mówi się na Zachodzie o zakończeniu operacji afgańskiej, bez oglądania się na potencjalne geopolityczne skutki takiego kroku.

Nowa strategia afgańska opracowana przez sztab dowódcy sił ISAF generała Stanleya McChrystala ma przebiegać w trzech zasadniczych fazach. W pierwszej wzmocnione liczebnie siły koalicyjne mają opanować tereny, na których koncentruje się większość populacji kraju, w tym także rejony o znacznej aktywności talibów (Kandahar, Helmand, Logar, Ghazni, Nangarhar). Na ich łaskę będą pozostawione te części kraju, które nie mają większego znaczenia strategicznego czy nawet operacyjnego (na przykład Nuristan). Prowadzone tam będą jedynie klasyczne operacje antyterrorystyczne.

Według założeń amerykańskich strategów, w drugiej fazie talibowie i wspierająca ich Al-Kaida podejmą wobec koalicjantów intensywne działania kontrofensywne. Będą dążyli do odzyskania części regionów kraju o krytycznym znaczeniu dla powodzenia rebelii oraz chcieli udowodnić, że siły ISAF/OEF nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa lokalnej ludności. Generał McChrystal nie ma wątpliwości, że jego siłom uda się  deprzeć ataki talibów, a równocześnie zniszczyć przy okazji ich formacje, utrzymać zajęty teren i ochronić zamieszkującą go ludność. W fazie trzeciej ma nastąpić przekucie sukcesu militarnego na korzyści natury politycznej, takie jak rozbicie jedności rebeliantów (włącznie z przechodzeniem lokalnych komendantów talibskich na stronę rządową), zawarcie porozumień z lokalnymi strukturami plemiennymi oraz pozbawienie talibów resztek poparcia w miejscowych społecznościach.

Są to bez wątpienia założenia śmiałe i ambitne, ale jednocześnie naiwne. Dotyczy to zwłaszcza pewności, z jaką Amerykanie przewidują odniesienie militarnego zwycięstwa nad talibami w drugiej – kluczowej – fazie wdrażania strategii. Nowe plany wojenne McChrystala są wyraźnie oparte na mechanizmach wypracowanych przez Amerykanów w Iraku w ciągu trzech ostatnich lat. Tymczasem doświadczenia irackie w większości nie nadają się do przeniesienia na grunt afgański.

Afganistan to nie Irak


Sukces w Iraku był możliwy dzięki zmianie sposobu postrzegania przez Amerykanów układu sił na scenie politycznej i swoistemu odwróceniu sojuszy: udzieleniu poparcia sunnitom (odpowiedzialnym za gros aktywności antyamerykańskiej partyzantki) i zmniejszeniu zaufania do szyitów powiązanych z Iranem.

W Afganistanie taka strategia jest nierealna. Historia i skomplikowany układ etniczny tego państwa skazują je na rządy Pasztunów. Społeczność międzynarodowa ma jedynie wybór między Pasztunem Hamidem Karzajem a innym pasztuńskim politykiem skłonnym współpracować z Zachodem. Gdyby sojuszu zaniechano, powrót talibów (również będących Pasztunami) do władzy w Kabulu byłby przesądzony. W Afganistanie nie da się więc „utrącić” rebelii przez działania polityczne polegające na zaoferowaniu rebeliantom koncesji politycznych i udziału w rządach. W dodatku, inaczej niż w Iraku, gdzie siły okupacyjne miały do czynienia niemal wyłącznie z klasyczną partyzantką, w Afganistanie rebelianci działają niemal jak konwencjonalna armia, operując w dużych, zwartych formacjach bojowych o liczebności odpowiadającej co  najmniej szczeblowi kompanii (a nierzadko i batalionu). Dążą też do trwałego opanowania – a następnie obrony – danego terytorium, na którym ustanawiają swoją administrację i prawa. W tym właśnie punkcie strategia McChrystala trafia na zasadniczy problem: silnie zaludnione tereny Afganistanu, które stają się głównym kierunkiem działań wojennych koalicji, są także pierwszoplanowym celem dla talibów.

Zajęcie i oczyszczenie tych obszarów będzie zatem wymagać użycia znacznych sił i dużego wysiłku operacyjnego. Intensywność działań spowoduje z pewnością wiele ofiar wśród ludności cywilnej, co raczej nie zwiększy sympatii Afgańczyków do wojsk koalicji. Wprowadzone już przez ISAF nowe regulacje odnośnie do ograniczenia stosowania wsparcia powietrznego i artyleryjskiego – mające zmniejszyć skalę przypadkowych ofiar cywilnych – mogą w realiach nowej strategii okazać się dodatkowym utrudnieniem. Przewaga koalicji, z czysto militarnego punktu widzenia, wynikała bowiem głównie z siły ognia (w praktyce: właśnie ze wsparcia z powietrza i artylerii) i jej ograniczenie w określonych sytuacjach zrekompensuje talibom ich słabszą pozycję operacyjną.

Czarny scenariusz

Kluczowe pytanie brzmi zatem: jak opanować i utrzymać strategiczne obszary, przekonując jednocześnie mieszkańców, że siły koalicji są obrońcami i gwarantami stabilizacji? Strategia McChrystala bazuje na założeniu, że Amerykanie i ich europejscy sojusznicy będą w stanie zapewnić pełne bezpieczeństwo Afgańczykom, zwłaszcza tym, którzy zdecydują się współpracować z siłami koalicji. Jest to zresztą jeden z ważniejszych powodów kontrowersyjnej decyzji o redyslokacji sił międzynarodowych stacjonujących w Afganistanie i rozmieszczeniu ich w pobliżu głównych skupisk ludności.

Niestety, założenia te już na starcie zostały podane w wątpliwość w wyniku zmiany amerykańskiego postępowania wobec Iraku, dokonanej zaraz po objęciu władzy przez nową administrację prezydenta Baracka Obamy. Przekonanie Afgańczyków, że zaangażowanie USA (i szerzej: Zachodu) będzie silne, pewne i trwające tak długo, jak to potrzebne, może okazać się teraz niezwykle trudne. Szczególnie po deklaracji Obamy, który w wystąpieniu w West Point na początku grudnia zapowiedział, że obecność sił amerykańskich w Afganistanie zacznie się zmniejszać od połowy 2011 roku. Mało tego: krążą słuchy, że przed kolejnymi wyborami prezydenckimi w USA (2012 rok) w Afganistanie ma stacjonować już jedynie niewielki kontyngent sił amerykańskich.

Jeśli to prawda, to należałoby stwierdzić, że Amerykanów niczego nie nauczyła wojna wietnamska, podczas której dowódcy wojskowi skazani byli na prowadzenie operacji militarnych pod dyktando polityków. Deklaracje określające dokładnie datę rozpoczęcia wycofywania wojsk są dodatkowym ułatwieniem dla przeciwnika, który zna już obecnie szczegółowe plany strategiczne koalicji.

W takiej sytuacji jedyne, co talibowie powinni zrobić, to przeczekać najbliższe 17 miesięcy i uderzyć z całą mocą na przełomie sierpnia i wrześniu 2011 roku. Gdyby taki scenariusz się ziścił, Islamski Emirat Afganistanu zostałby odrestaurowany niemal dokładnie w dziesiątą rocznicę zamachów terrorystycznych na World Trade Center i Pentagon. Trudno byłoby o bardziej wymowną symbolikę klęski Zachodu w wojnie z islamskim ekstremizmem.

Artykuł ukazał się w Polska Zbrojna . Przedruk za zgodą Redakcji. 

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.