Alicja Tomaszczyk: Niemcy skręcają w lewo
Przez wiele lat głos niemieckiej lewicy nie był słyszany ani nawet słuchany. Lewica za naszą zachodnią granicą pojawiła się w swojej współczesnej wersji dopiero w 2007 roku. I wówczas dzięki charyzmatycznym przywódcom – O. Lafontaine i G. Gysi – oraz populistyczno–socjalnemu programowi trafiła do wielu wyborców. Die Linke szturmem zdobyła scenę polityczną, w 2009 roku w wyborach do Bundestagu wywalczyli 76 mandatów, co stanowiło 11,9% poparcia wyborców. W wyborach regionalnych też wiedzie się partii całkiem dobrze.
Tradycyjnie niemiecka lewica najsilniejsza jest we wschodnich landach. Z pewnością wynika to z faktu, że właśnie stamtąd wywodzi się poprzedniczka Die Linke – Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED), późniejszej Partii Demokratycznego Socjalizmu (PDS). Może być również odpowiedzią na dywersyfikację ekonomiczną Niemiec, z tradycyjnie silnym przemysłem na zachodzie kraju i licznymi kłopotami gospodarczymi we wschodniej części państwa. Partia odpowiada również na wątpliwości i bolączki ludzi młodych, bezrobotnych, obiecując wolność i równość na zasadach socjalistycznego społeczeństwa.
Die Linke kształtowała swoją podstawę programową i organizacyjną, gdy Europa zmagała się z pierwszą falą kryzysu gospodarczego. Nic więc dziwnego, że w programie partii, który został przyjęty zaledwie kilka tygodni temu (w czasie zjazdu partii 22-24 października br.) tak dużo jest odwołań do kwestii ekonomicznych. Na jego kartach możemy spotkać się z konstatacją, że to kapitalizm jest winny obecnej sytuacji w Europie – problemów w Grecji, Włoszech, Hiszpanii etc. Jedyną realną alternatywą jest w tej sytuacji budowa nowoczesnego państwa socjalnego, które chroniłoby swoich obywateli przed różnego rodzaju sytuacjami kryzysowymi, jak np. bezrobociem czy biedą. Państwo powinno inwestować przede wszystkim w badania, oświatę i wychowanie, kulturę, a także ekologiczne środowisko. Koniecznością jest ponadto kontrola rynków finansowych, żeby w porę zapobiegać ekonomicznym zapaściom. Niezbędne jest uregulowanie polityki podatkowej, która w opinii lewicowego elektoratu powinna opierać się na tym, że duże koncerny i dobrze prosperujące przedsiębiorstwa powinny wpłacać więcej do państwowej kasy.
Parlamentarzyści z szeregów Die Linke bronią w Bundestagu interesów najsłabszych grup społecznych, jak ostatnio (10 listopada br.) gdy Klaus Ernst mówił o konieczności podniesienia płacy minimalnej. Zwrócił ponadto uwagę na zróżnicowaniu zarobków między mieszkańcami wschodnich i zachodnich Landów. Bardzo często ustawiają się też w roli krytyka rządu, co nie byłoby niczym nadzwyczajnym (wszak rolą opozycji jest krytyka partii rządzącej) gdyby nie fakt, że Die Linke krytykuje niemiecką politykę na forum Unii Europejskiej. Dotyczy to zwłaszcza wypracowywanych wspólnie przez kanclerz A. Merkel i francuskiego prezydenta N. Sarkozy’ego rozwiązań odnośnie rozwiązania greckiego kryzysu.
Jaka jest zatem przyszłość lewicy? Sprzeczności między nadzieją społeczeństwa pokładaną w tej partii a rzeczywistością w kraju, że partia ta w obecnej koniunkturze nie ma szans na odegranie większej roli na scenie politycznej. Być może jeśli skończy flirt z klasą robotniczą, tylko jednoznacznie opowie się za poprawą losu ludzi pracy, wzmocni swój elektorat. Ale jeśli, jak w czasie ostatniego zjazdu partii, będzie puszczała oko do narkomanów (łudząc ich nadzieją na zalegalizowanie miękkich narkotyków) czy mniejszości seksualnych, pozostanie jedynie partią niespełnionych obietnic bez silnego zaplecza. A przecież ma szansę w porozumieniu z SPD zbudować silną lewicę w Niemczech, na którą najwyraźniej zapotrzebowanie w Niemczech jest, zwłaszcza w obliczu niepewnej sytuacji ekonomicznej w strefie euro.


Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy