Bogdan Pliszka: Niech żyje bal! Drugi raz nie zaproszą nas wcale...
...śpiewała niegdyś Maryla Rodowicz. Patrząc zaś na pogrzeb polskiej polityki zagranicznej, fundowany nam przez premiera Tuska i ministra Zdrojewskiego, przy zapewne, szerokim poparciu ministra Sikorskiego, cytat ten sam ciśnie się na klawiaturę.
Oczywiście agonia polityki zagranicznej trwa już od jakiegoś czasu, ale „po długiej i ciężkiej chorobie” widać dokonała ona wreszcie swego żywota i 1 września odbędzie się huczny pogrzeb w międzynarodowej obsadzie. Mowa oczywiście o obchodach 70. rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Już fakt obchodów rocznicy wydarzenia, z którego – mimo że w obozie zwycięzców – Polska wyszła przegrana, co nieco dziwi. Czym innym bowiem jest oddanie hołdu tym, którzy z poświęceniem – często życia – bronili Ojczyzny, a czym innym obchodzenie wydarzenia, którego negatywne (!) skutki odczuwamy po dziś dzień. Zresztą, by godnie uczcić tych, którzy walczyli we wrześniu'39 czy później na niemal wszystkich frontach wojny nie trzeba wielkich uroczystości. Czas, niestety, zrobił swoje i ilość weteranów tych wydarzeń nie jest duża. Nawet gdyby wykorzystać rocznicę do zorganizowania, swoistej „lekcji wychowawczej”, wystarczą dobre filmy, rekonstrukcje historyczne, a nawet koncerty rockowe, bo i szwedzki Sabaton i niejedna polska kapela, nie stronią od tematyki wojennej. Rząd premiera Tuska wybrał jednak inny, „światowy” wariant.
Na obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej zaproszono bowiem przedstawicieli kilkunastu państw. Już tu rodzi się pytanie: po co? 1 września 1939 roku w działania wojenne zaangażowane były trzy państwa: Polska, Niemcy i walcząca u ich boku, Słowacja. Dwa dni później, formalnie, do wojny przystąpiły Francja i Wielka Brytania, te po stronie Polski. 17 września dołączył Związek Sowiecki, tyle że formalnie nadal pozostawał państwem nie biorącym udziału w wojnie.
Najbardziej oczywistym pomysłem na obchody międzynarodowe, byłaby impreza z udziałem ówczesnej koalicji antyniemieckiej. W końcu kto powinien świętować wspólnie jeśli nie sojusznicy? Problem jednak tkwi w tym, co istotnego mają do powiedzenia Polakom, Francuzi i Brytyjczycy? Pomijając kwestię traktatu lizbońskiego, na punkcie, którego wielki prezydent, jeszcze większego „mocarstwa”, Francji, ma wyraźną obsesję, stosunki polsko – francuskie są na ogół dobre. W ostatnim czasie nawet wiecznie na wszystkich, o wszystko obrażona Francja, wróciła do militarnych struktur NATO, a po zmianie rządów w Polsce, francuska prasa nie musi już szukać rozpełzającego się „faszyzmu”. Jeszcze lepiej wygląda sytuacja z Wielką Brytanią. Bodaj jedyne, poza Polską, tak jednoznacznie proamerykańskie państwo w tzw. UE, mimo ostrego kryzysu nie deportujące ze swego terytorium polskich pracowników, a przy tym nie mające szczególnie silnych więzi gospodarczych czy kulturowych z Polską. Obchody rocznicy w takim składzie mogły więc stać się prestiżowym acz nudnym wydarzeniem towarzysko – dyplomatycznym na lokalną skalę.
Jednak rząd premiera Tuska, z jakichś zupełnie niejasnych przyczyn, uznał, że obchody początku wojny powinny stać się okazją do zaproszenia „śmietanki” światowej polityki. Kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy polskich polityków wylał jako pierwszy, Barack Obama. Po prostu zignorował zaproszenie i nie tylko nie przyjedzie osobiście, ale nawet nie wyśle swego „vice” czy sekretarz stanu. Cóż, patrząc na karierę polityczną Obamy, trudno było spodziewać się innej reakcji. Dla Amerykanów wojna zaczęła się w grudniu '41. Obama, jako przedstawiciel „elity”, o mocno lewicowym „odchyleniu”, może i słyszał o jakiejś wojnie toczonej w Europie w 1939 roku? Jeśli jednak tak było, to na 99% słyszał o wojnie domowej w Hiszpanii, która wszak zakończyła się na początku 1939 roku. W „oświeconym” rządzie Obamy, katolicka, „antysemicka”, „nacjonalistyczna”, a przede wszystkim „homofobiczna”, Polska ma słabe notowania, a gospodarz Białego Domu, na każdym kroku daje to odczuć polskim politykom. Odmowy można się było spodziewać. Pytanie tylko, po co w takiej sytuacji wysyłać zaproszenie?
Niezgłębioną tajemnicą organizatorów pozostaje zaproszenie na obchody pani premier Julii Tymoszenko. Jej obecność może tłumaczyć, chyba tylko, nadzieja na poprawienie poziomu estetycznego całej imprezy. Ukraina nie napadła na Polskę w 1939 roku i nie stanęła w jej obronie. Głównie dlatego, że nie istniała! Owszem, całkiem sporo Ukraińców walczyło w tej wojnie, ale w szeregach Wojska Polskiego. Pułkownik dyplomowany Pawło Szandruk – późniejszy dowódca SS-Hałyczyna – zapisał nawet chwalebną kartę w swej wojskowej karierze, wyprowadzając z okrążenia pod Tomaszowem Lubelskim, 29. Brygadę Piechoty. Nie zmienia to faktu, że Ukraina w tej wojnie nie uczestniczyła... Ani w 1939 roku, ani później. Do tego stopnia, że Lew Rebet, zastępca Bandery, odmówił wywołania antypolskiego powstania w Galicji, choć naciski jego sojuszników z Abwehry były nader silne. Bandera, zresztą w pełni poparł decyzje swego zastępcy. Obaj uważali, że powstanie Polsce zaszkodzi, ale pomoże, przede wszystkim, Związkowi Sowieckiemu, a co gorsza ujawni struktury OUN. Szkoda, że dowódcy wileńskiej AK niczego się z tej lekcji nie nauczyli...
Kolejnym, jeszcze bardziej malowniczym, gościem premiera Tuska będzie premier Włoch, Silvio Berlusconi. Włochy to kolejne państwo, które w żaden sposób nie uczestniczyło w wojnie obronnej Polski '39. Co prawda, w przeciwieństwie do Ukrainy, jak najbardziej istniało, a nawet było związane sojuszem z Niemcami, ale w podboju Polski, sojusznikom nie pomogło. Co więcej mimo że oba (Polska i Włochy) państwa znalazły się w dwóch, wrogich sobie obozach, nigdy nie znalazły się w stanie wojny ze sobą. Zresztą poza, bodaj paroma przypadkami, kiedy doszło do walk polskich i włoskich okrętów, żołnierze obu państw nie musieli do siebie strzelać.
Innym „kluczem” na podstawie, którego organizatorzy obchodów rocznicy wybuchu wojny mogli przyjąć, był „klucz aktywności”. Innymi słowy, w obchodach uczestniczyłyby delegacje tych państw, które faktycznie brały udział w działaniach wojennych. Pomijając, słabo zaangażowaną, Słowację, oznaczałoby to udział delegacji Polski, Niemiec i prawnej spadkobierczyni Związku sowieckiego – Rosji. Problem, który pojawia się przy takim doborze uczestników jest jednak dość oczywisty: Polska była ofiarą, Niemcy i Związek Sowiecki – oprawcami. Przyjmując więc taki punkt widzenia, udział pani kanclerz Merkel i pana premiera Putina jest ze wszech miar, uzasadniony, ale... Wojna, którą rozpoczęli Niemcy napadając na Polskę 1 września 1939 roku, nie była „wojną, jak każda inna”. Niemcy nie rozpoczęły tej wojny, by odebrać – w ich mniemaniu – niemieckie: Pomorze, Śląsk, Wielkopolskę czy Gdańsk. Był to co prawda jeden z powodów, ale wcale nie najważniejszy. Rasowa doktryna narodowego socjalizmu dość wyraźnie wartościowała ludzi, dzieląc ich na lepszych lub gorszych z tak „istotnych” względów jak barwa włosów, oczu czy nawet szerokość „tyłka” u kobiet. Poza więc odzyskaniem „pradawnych, niemieckich ziem”, należało zagospodarować ziemie odebrane Słowianom. Samych zaś Słowian, eksterminować lub obrócić w niewolników. Że nie były to tylko teoretyczne przemyślenia mieli okazję przekonać się, niektórzy ze wspomnianych tu Ukraińców, gdy ogłosili się samozwańczo, sojusznikami Rzeszy.
Oczywiście zapraszając kanclerz Merkel, organizatorzy obchodów mogli w swojej naiwności liczyć na jakiś gest z jej strony, jasno pokazujący katów i ofiary w II wojnie światowej. Kłopot w tym, że to nie są już te Niemcy, które czuły się winne popełnionych zbrodni. Słowa o tym, że „nawet 1000 lat nie wystarczy, by odpokutować niemieckie winy” nie są już za Odrą „trendy”. Przeciwnie, niemal na każdym kroku, Niemcy podkreślają swoją martyrologię jako „ofiar nazizmu”! W ostatnich latach można wręcz odnieść wrażenie, że naród ten składał się z opozycji skupionej w organizacji „Weisse Rose”, pułkownika von Stauffenberga i skupionych wokół niego spiskowców oraz nieszczęsnych Niemek masowo gwałconych przez sowieckich żołnierzy. Hitlera, ostatnio również przedstawianego jako neurotyka pełnego rozterek, popierali tylko „naziści”. Zwycięzcy zaś zastosowali odpowiedzialność zbiorową i za zbrodnie „nazistów” pokarali wysiedleniami, miliony porządnych Niemców, którzy wszak nie mieli pojęcia o obozach koncentracyjnych, łapankach, masowych egzekucjach czy wysiedleniach Polaków. A jeśli nawet służyli w wojsku, to „w saperach” albo w szpitalach polowych. Erika Steinbach bryluje jako wysiedlona i jakoś nikomu do głowy nie przychodzi, by dociec skąd jej rodzice znaleźli się w Gdyni, gdzie się urodziła. Pojawiła się co prawda deklaracja niemieckich intelektualistów potępiająca pakt Ribbentrop – Mołotow, po której część polskich mediów nie posiadała się ze szczęścia, ale bardziej przypomina ona ochłap rzucony „naiwnym Polaczkom”, niż znaczący dokument polityczny. Żeby było jeszcze ciekawiej, kanclerz Merkel będzie reprezentowała na obchodach państwo, z którym Polska do dziś nie podpisała układu pokojowego! I którego Trybunał Konstytucyjny uznał, że istnieje ono w granicach z 1937 roku. Co więcej polski „as atutowy”, minister Bartoszewski, ze swoją oświęcimską kartą na nikim już w Niemczech nie robi wrażenia. Zresztą skoro Niemcy również są ofiarami „nazistów” i wojny, w ogóle, to w czym niby lepszy jest Bartoszewski od „wypędzonych” ze Śląska, Mazur czy Pomorza? Po ich ostatnim zjeździe padły, co prawda z ust Angeli Merkel słowa, że nie można rozmawiać o wypędzeniach w oderwaniu od faktów historycznych, ale bodaj tylko polskie media zinterpretowały je jako sygnał pamięci o, wcześniejszych, wypędzeniach Polaków? Dla każdego, choć trochę zorientowanego w świecie, jest chyba zresztą jasne, że na miesiąc przed wyborami pani Kanclerz nie zrobi i nie powie niczego, co mogłoby odebrać jej ugrupowaniu nawet 0,1% głosów!
Drugim z „wielkich” zaproszonych jest premier Rosji, Władimir Putin. Trudno zgadnąć, kto podszepnął Donaldowi Tuskowi pomysł jego zaproszenia, ale można mniemać, że osoba ta nie życzy dobrze polskiemu premierowi. Po usunięciu Jelcyna ludzie, którzy zadecydowali o zastąpieniu go Putinem, uznali – dokładnie odwrotnie jak polskie „elity” - iż pora, by naród rosyjski odzyskał swą dumę i odbudował tożsamość. Nietrudno zauważyć, że tożsamość Rosjan miała zostać odbudowana w oparciu o antykatolicyzm i antypolonizm, często – a do śmierci J.Św. Jana Pawła II, zawsze(!) - szły one ze sobą w parze. Putin jako prezydent, a teraz jako premier unika wizyt w Polsce i wyraźnie gra na zaostrzenie stosunków między obu państwami. Komisje historyków, w miarę sprawnie pracujące w latach '90 XX wieku, teraz najczęściej rozjeżdżają się bez jakichkolwiek ustaleń. Bez względu na to, kto jest w Polsce u władzy, Rosja niemal zawsze stara się ukazać polski rząd jako nieodpowiedzialny i awanturniczy, zaś soczewką skupiającą oraz Polski w rosyjskiej polityce jest historia czy raczej polityka historyczna. Trudno ocenić jako przypadek wybranie na święto Armii Rosyjskiej, rocznicy wypędzenia Polaków z Kremla. Tym bardziej, że Rosja ma w swej historii okupacje i dłuższe i brutalniejsze niż polska.
To jak Rosja widzi II wojnę światową i swoją w niej rolę od dłuższego czasu sygnalizują rosyjscy historycy, a ostatnio tamtejsze media. Upraszczając nieco sprawę, można przyjąć, że to Polska odpowiada za wybuch II wojny światowej, bo zawarła pakt o nieagresji z Niemcami, a potem nie zgodziła się na „pomoc” Związku Sowieckiego w celu odparcia niemieckiej agresji. Cóż, państwa bałtyckie przyjęły ową „pomoc” i najlepiej na tym nie wyszły, oględnie rzecz nazywając. Co więcej zawarcie układu pokojowego z Niemcami przez Związek Sowiecki i to w sytuacji, gdy nie miał on z tym państwem wspólnej granicy, nie tylko nie jest niczym złym, ale świadczy o przenikliwości ówczesnych władców sowieckich! Rosja- jako prawna kontynuatorka Związku Sowieckiego – do dziś nie uważa się za stronę konfliktu podczas wojny obronnej Polski w 1939 roku. Wykładnia o „wyzwalaniu ukraińskich i białoruskich chłopów” nadal ma się dobrze. Nawet jeśli po oszczerczych programach w rosyjskiej, państwowej telewizji pozwala się dziennikarzom zamieścić wywiad z polskim ambasadorem, prostujący „rewelacje” pokazane w filmie „dokumentalnym”, to niemal od razu zapowiadany jest kolejny program będący dziełem Służby Wywiadu Zagranicznego (czyżby istniał i wywiad krajowy?) Federacji Rosyjskiej. Jedyne rosyjskie medium starające się pokazać, że Związek Sowiecki nie był czy to wyczekiwanym wyzwolicielem, czy to nieszczęsną ofiarą „polskiego imperializmu” jest niszowa, za to chętnie w Polsce cytowana Nowaja Gazieta. W przeciwieństwie do Niemiec, które podkreślają, że oprócz – zapewne zdecydowanej większości (?) – dobrych Niemców, jacyś tam źli „naziści” jednak istnieli, Rosja nie bawi się w takie finezyjne gierki, Dufna w swą militarną i surowcową potęgę łaja Polskę przy każdej nadarzającej się okazji, wiedząc, że po odejściu republikanów od władzy w Waszyngtonie, nie ma na świecie takiej siły, która przyjęłaby polski punkt widzenia, narażając się Rosji. To o co w takiej sytuacji powinien żarliwie modlić się premier Tusk – i to bez względu na stopień swojej religijności – to sytuacja, w której premier Putin wypowie jakieś politycznie poprawne formułki o wspólnej walce czy niedoli obu narodów albo nie powie niczego! Może się bowiem zdarzyć, że Władimir Putin powtórzy niedorzeczne brednie rosyjskich mediów! Donaldowi Tuskowi zostanie wtedy udać, że nic się nie stało i - jak powiedzieliby mieszkańcy Dalekiego Wschodu – stracić twarz, albo...uznać Putina za persona non grata w Polsce! To oczywiście zniwelowałoby ruiny jakimi są obecnie stosunki polsko – rosyjskie do poziomu kupki gruzu. Kto wie czy właśnie o to nie chodzi premierowi Putinowi?
W przeciwieństwie bowiem do państw zachodnich, Rosji najwyraźniej nie wystarczyło odsunięcie od władzy w Polsce „faszystów” z PiS czy LPR. Rosja – zupełnie rozsądnie – uważa, że w tej części świata każde państwo uprawiające niezależną od niej politykę jest, w najlepszym wypadku, konkurentem. Co więcej ten właśnie punkt widzenia zdają się przyjmować, rozdające karty w Europie unijnej, Niemcy i Francja. Oraz spora część polskich mediów i wytresowanych przez nie „inteligentów”, zakładających, że najlepsze dla Polski jest to co dobre dla „europejskiej ojczyzny”.
Trudno doszukać się informacji czy w rocznicowych obchodach weźmie udział jakaś delegacja mającej powstać po ratyfikacji traktatu reformującego, za to już dziś zatrudniającej 170000 urzędników i rozdającej „po uznaniu” zabrane podatnikom pieniądze, Unii Europejskiej. Akurat ta delegacja byłaby w tym miejscu nader pożądana. Wszak jeden z głównych „aktorów” sceny politycznej przełomu lat '30 i '40 XX wieku, Adolf Hitler już w 1940 roku deklarował „moim celem jest zjednoczona Europa”, a biorąc pod uwagę fakt, że zrodzone wtedy pomysły dopłat bezpośrednich do rolnictwa (funkcjonujących nawet w Generalnej Guberni!) czy stworzony przez Reinhardta Heydricha dla Protektoratu Czech i Moraw, system ubezpieczeń społecznych funkcjonują w najlepsze i dziś, śmiało można postawić tezę, iż wkraczając do Polski 1 września 1939 roku, Wehrmacht rozpoczął żmudne dzieło jednoczenia Europy kontynuowane dziś przez -tak miłujących demokrację – europejskich „mężów stanu”...
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża jedynie prywatne poglądy autora.


Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy