Filip Topolewski: Zacofani Europejczycy
-
Filip Topolewski
Rok 2050:
- Wujku Sam, kim są Ci żebracy?
- To mieszkańcy Unii Europejskiej, John.
Choć taki dialog wydaje się dzisiaj rodem zupełnie z kosmicznej literatury sci-fi to nie sposób przejść obojętnie obok raportu Europejskiej Federacji Izb Handlowych Eurochambers, który w swojej wymowie nie napawa optymizmem. Raport opublikowany, nieprzypadkowo, w momencie poprzedzającym gorące dyskusje na temat priorytetów rozwoju UE (22 marca – szczyt przywódców państw UE) i co ważniejsze środków na te priorytety przekazanych budzi, szczególnie w Polsce mieszane uczucia.
25 lat za Amerykanami.
Opracowanie dosadnie obnaża gospodarczą słabość Unii Europejskiej w konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Ukazuje, że dzisiejsza Unia Europejska jest na poziomie rozwoju USA w latach 80-tych, czyli lat temu 25. Autorzy opracowania wzięli pod uwagę m.in. poziom zatrudnienia, nakłady na badania i rozwój, wydajność pracy i wysokość dochodu na mieszkańca. Co więcej raport jest całkowitą i druzgocącą krytyką strategii lizbońskiej, która przecież stawiała Unii Europejskiej cel objęcia światowego przywództwa w konkurencyjności gospodarek na świecie w 2010 r. Okazuje się, że dotychczasowe wysiłki na rzecz realizacji strategii nie tylko UE nie przybliżyły do tego przywództwa, ale z każdym mijającym rokiem Unię od niego oddalają.
Wnioski.
Co wynika z raportu? Najprościej rzecz ujmując: potrzeba zmian. By Unia weszła na ścieżkę szybkiego wzrostu, a właściwie stosowniej byłoby powiedzieć wzrostu szybszego niż USA należy dokonać szeregu zmian natury strukturalnej na organizmie unijnym. Eksperci Eurochambers wskazują m.in. na konieczność dalszego wdrażania i pogłębiania jednolitego rynku, tworzenia środowiska dla rozwoju przedsiębiorczości i nagradzania podejmujących ryzyko, inwestycji w badania i rozwój, edukację, konkurencyjność.
No i co?
Według raportu takie powinny być priorytety rozwoju UE. Oznaczałoby to przesunięcie wysiłków i środków na rzecz edukacji, badań i rozwoju, wzrostu konkurencyjności. Kierując się efektywnością wykorzystania tych środków należałoby lokować je tam, gdzie istnieją silne ośrodki badawcze-rozwojowe, konkurencyjne środowisko innowacyjnych przedsiębiorstw, silne i dynamiczne ośrodki edukacyjne. Bo tylko tam absorpcja i efektywność przeznaczonych na realizację celów środków będzie największa.
Raport a sprawa polska.
Niestety wspomniane wyżej ośrodki badawczo-rozwojowe, innowacyjne i edukacyjne są wszędzie, tylko nie w Polsce. Cel Polski jest jasny i wyraźny i zupełnie odmienny od celów raportu. Brzmi on: zwiększenie spójności ekonomicznej regionów UE. Co oznacza inwestycje, głównie w infrastrukturę, na obszarach zapóźnionych. Z definicji inwestycje w obszarach zapóźnionych nie mogą być tak efektywne (mieć takiej stopy zwrotu) jak w obszarach o najwyższej efektywności (wysokiej stopie zwrotu). Mówiąc wprost chodzi o to, czy UE ma wspierać laboratorium biotechnologiczne w Monachium, czy oczyszczalnie ścieków koło Lublina, czy program badań kosmicznych w Tuluzie, czy autostradę koło Krakowa.
Chłop potęgą jest i basta.
W zasadzie wszystkie te cele udałoby się zrealizować unikając bardzo trudnych dylematów. Zauważmy, że blisko połowa „unijnej kasy” idzie na wspieranie rolnictwa. Nie ma państwa w Unii Europejskiej, w którym rolnictwo byłoby najefektywniejszą branżą działalności. Poszukując efektywności wykorzystania pieniędzy unijnych tak by nadrabiać dystans do USA należałoby w końcu zapytać o sens dalszych gigantycznych inwestycji w unijne rolnictwo. Jednak w tym temacie przywódcy państw unijnych, również Polski, mówią, a w zasadzie milczą, jednym głosem.
- Wujku Sam, a co tu było zanim zasiali kukurydzę?
- Uniwersytet, John. Uniwersytet.


Politycy chwalą, rolnicy ganią. Umowa Unii Europejskiej z Australią wzbudza kontrowersje
Holandia chce się zbroić, ale bez unijnych planów
Europejscy rolnicy mierzą się z wieloma problemami
Zatrzymanie imigracji przez Tunezję to nie tylko koszt finansowy