Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Jakub Woliński: Europejski fundusz ratujący. Tylko co?

Jakub Woliński: Europejski fundusz ratujący. Tylko co?


12 marzec 2010
A A A

Ale się porobiło. Grecka gospodarka tonie, jedynym ratownikiem na plaży jest Pamela Merkel i jej Słoneczny Bundespatrol, a tłumek zdezorientowanych gapiów zastanawia się, czy wzywać już Międzynarodowy Fundusz Wskrzeszający im. Doktora House’a, czy jeszcze trochę poczekać i założyć własną fundację ratunkową.
W trudnych sytuacjach drastycznie wzrasta wiara w rozwiązania cudowne i magiczne. Takie, które pozwolą zażegnać problem szybko i sprawnie, a jednocześnie nie będą wymagały zbyt dużego wysiłku. Za takie uchodzi obecnie pompowanie pieniędzy w kraje dotknięte przez kryzys. Dodać trzeba, że dotknięte z różnych powodów.

Państwo może paść ofiarą spekulacji, winę mogą ponosić rozbuchane oczekiwania obywateli, budżet zatopić mogą też ryzykowne transakcje niepewnymi instrumentami finansowymi. Ale najczęstszą przyczyną problemów jest po prostu błędna lub celowo nieodpowiedzialna polityka rządu. Każdy może się mylić, choć akurat w wypadku zarządzania krajem pomyłka to towar tak luksusowy, że obecnie chyba nikogo nie stać na niego bez poniesienia ciężkich strat. Jesteśmy jednak świadkami sytuacji, kiedy przywódcy polityczni nie są ofiarami wyłącznie nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Na Węgrzech, Łotwie, czy w Grecji wypracowywano obecny regres gospodarczy długo, systemowo i solidnie. Niektórzy komentatorzy obawiają się o los kolejnych krajów – krajów PIIGS (Portugal, Ireland, Italy, Greece – choć akurat problemy tej są już smutną rzeczywistością, Spain), Litwy, czy nawet Polski.

Paradoksem jest jednak to, że Europa nie może pozostawić nieodpowiedzialnych samym sobie. Sieć wzajemnych powiązań jest tak wielka, że jeden upadły kraj, np. Grecja, może pociągnąć za sobą kolejne bankructwa, nie mówiąc o problemach wynikających dla krajów strefy euro. Unijne konie pociągowe na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku – Niemcy i Francja – nie chcą dopuścić do zmiany obecnego ładu i kierunku, w jakim idzie Wspólnota. A wydaje się, że kierunek ten, to stworzenie jedności politycznej pod swoim przywództwem za pomocą środków gospodarczych.

Załamanie ekonomiczne i kryzys pieniądza pod tytułem „euro” to jedno. Wygląda na to - choć do potwierdzenia niniejszej tezy potrzeba szczegółowej analizy ekonomicznej – że dużo większym wstrząsem od problemów ściśle gospodarczych byłaby sytuacja, w której jakiś kraj porzuca wspólną walutę lub zostaje do takiego kroku zmuszony. Będzie to oznaczać poza katastrofą ekonomiczną przede wszystkim porażkę projektu Wspólnej Europy, bo taki krok będzie złamaniem rzekomej solidarności państw UE. Może nie raz na zawsze, ale na pewno na długo i boleśnie w skutkach.

Nigdy nie było tak blisko realizacji takiego scenariusza, jak obecnie. Żadne protesty i narzekania Włochów czy Niemców na drożyznę nie mogłyby nigdy doprowadzić nad skraj przepaści, co uczyniły kolejne rządy greckie. W tym świetle zadać sobie należy pytanie, jaki jest sens propozycji Wolfganga Schaeuble, który nawołuje do stworzenia europejskiego funduszu, który pełnić miałby rolę do tej pory zarezerwowaną dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

To Niemcy będą musiały wypić nawarzone przez Greków piwo. I zdają sobie sprawę, że w przewidywalnej przyszłości zawsze to one będą finansowym strażakiem Europy. Z punktu widzenia płatnika netto do budżetu Unii Europejskiej i do budżetu Grecji kusząca jest wizja wyeliminowania ryzyka pokrywania cudzych długów, a przynajmniej podzielenia się nim z kimś. Głównie z Francją.

Tak działający tandem, który od co najmniej kilku lat napędza proces integracji europejskiej, skutecznie kontrolowałby ewentualny fundusz ratunkowy. Jeżeli dobrze rozumiem obecny stan debaty na ten temat, miałby on służyć wyłącznie państwom strefy euro. Nie ma w nim wyniosłej Wielkiej Brytanii, upartej Polski, są za to zastraszone krachem Włochy i Hiszpania, a także takie gospodarcze giganty jak Cypr, Malta, Słowenia czy Luksemburg. Zależnie od uprawnień, jakie by otrzymał, miałby niewątpliwy wpływ na politykę gospodarczą całej strefy. Założyć można, że polityka ta w dużej mierze narzucana będzie przez Berlin i Paryż. De facto mogłaby zastąpić martwe już chyba kryteria konwergencji w utrzymywaniu równowagi gospodarczej. Inna sprawa, czy zainteresowanym taka sytuacja będzie przeszkadzać. Przypuszczać można, że niekoniecznie. Przynajmniej dużej większości. Pod wpływem kryzysu zwiększa się – poza wiarą w cuda – także wiara w moc regulacji i ręcznego sterowania. Szczególnie, jeśli u sterów są duże i odpowiedzialne państwa, które mają interes w tym, aby nie płacić za wybryki mniejszych braci.

Wreszcie potraktować taki fundusz będzie można jako kolejny przejaw….(chwila zawahania) politycznej zewnętrznej potęgi Unii Europejskiej. MFW jest kontrolowany finansowo głównie przez Waszyngton, a personalnie przez politycznego rywala Nicolasa Sarkozy’ego – Dominique Strauss-Kahna. Europejskim liderom zwyczajnie wygodniej by było prowadzić własną politykę bez oglądania się na życzenia Stanów Zjednoczonych. Poza tym niewątpliwe zwiększenie spójności wewnątrz Unii i próba uczynienia z niej rzeczywistego jednolitego obszaru gospodarczego  mogłoby zwiększyć jej rolę – a więc głównie Niemiec i Francji – na arenie międzynarodowej. Pytanie tylko, czy możliwe będzie prowadzenie w najbliższym czasie europejskiej polityki gospodarczej nie wikłając się w kolejne asymetryczne wstrząsy na następnych peryferiach Wspólnoty.

Jakkolwiek futurystycznie powyższa wizja wygląda, nie jest przypadkiem, że pomysł – choć nie nowy, korzeniami sięgający końca lat 70-tych – przypomniany został w Niemczech. I tak samo przypadkiem nie jest, że największym echem poza Grecją odbija się on właśnie u naszych zachodnich sąsiadów i pod dachami Paryża. Tak samo przypadkiem nie jest chyba też to, że kilka miesięcy po zakończeniu awantury związanej z przyjęciem Traktatu Lizbońskiego, Angela Merkel ośmiela się mówić zmęczonej tym problemem europejskiej opinii publicznej o potrzebie przyjęcia jeszcze nowszego i jeszcze lepszego traktatu. Tylko dzięki niemu możliwe stałoby się stworzenie Europejskiego Funduszu Walutowego. A poza tym publicystom wolno posnuć kontrowersyjne przypuszczenia. Żeby potem nie było, że rozwój przypadków nas czymś zaskoczy…
 
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.