Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Europa Polska Magdalena Górnicka: Biden w Polsce. Wiceprezydent, nie papież

Magdalena Górnicka: Biden w Polsce. Wiceprezydent, nie papież


23 październik 2009
A A A

Wizyta Joego Bidena w Polsce była „tylko” wizytą dyplomatyczną: wiceprezydenta USA witano jak wysokiej rangi przedstawiciela sojuszniczego państwa, a nie jak przywódcę duchowego.

Amerykański wiceprezydent przyjechał do Warszawy, aby pokazać, że administracja Baracka Obamy „nie zapomniała Polski” – jak John Kerry podczas debaty z Bushem (sławne: „You forgot Poland”).

Z założenia więc – misja Joego Bidena była bardziej symboliczna niż techniczna: miały być (i były) uśmiechy, okrągłe sformułowania, ściskanie dłoni przed aparatami fotoreporterów. Co ważne: ze wzajemnością.

O ile jednak Biden przyjechał do Polski z pewnymi idealistycznymi zamiarami zapewniania o przyjaźni i współpracy, polscy przywódcy (zarówno Lech Kaczyński, jak i Donald Tusk) – zaskoczyli postawą realistyczną i oczekiwaniami na konkret. Czyli nie do końca tak, jak spodziewać się mogła strona amerykańska.

Szybkie i chętne wyrażenie przez Polskę chęci uczestniczenia w nowym systemie obrony przeciwrakietowej wynika bardziej z interesu niż z ideologii. To prosta konsekwencja powiedzenia „A” przy wyrażeniu zgody na tarczę projektu George’a W.Busha.

Dąsając się, Polska wiele by nie ugrała – wujek Sam – owszem, miły i sympatyczny, ma wielu bratanków do obdzielenia podarkami (Czechy i Rumunia były następne  w kolejce i  czekały na hojnego  wujka). Nie ma więc co grymasić. Oczywiście, nie oznacza to przesady w drugą stronę i akceptowania wszystkiego, co tylko USA zaproponują (nawet nie do końca zgodnego z polskimi interesami). Oznacza to tylko, a może – aż – odideologizowanie stosunków z Ameryką.

Gdyby Barack Obama na początku swojej kadencji przyjechał do Warszawy zamiast do Pragi, w Polsce przywitano by go niemal jak papieża. Tabloidy zamieściłby pełne prezydenckie menu – koniecznie z komentarzem szefa kuchni. „GW” zorganizowałaby debatę: najlepiej o tematyce ideowej, otwarcie zadając jedno z „Wielkich Pytań o Charakterze Egzystencjalnym".

„Rzeczpospolita” natomiast przeprowadziłaby polityczną analizę, czy nawet – przy łucie szczęścia – zamieściła wywiad z prezydentem USA.

Nie mówiąc o relacji na wszystkich portalach internetowych „Obama w Polsce – minuta po minucie” i specjalnych wydaniach zarówno tygodników opinii, jak i magazynów plotkarskich. Tłum dyżurnych ekspertów dawałby zarobić taksówkarzom wożących ich między TVP Info a Tvn24. Pewnie byłyby dzieci w krakowskich strojach, ludzie z amerykańskimi flagami na ulicach i przemówienie Obamy przerywane skandowaniem „Zostań z nami”.

Czy to wszystko nie przypomina bardziej elementów organizacyjnych papieskich pielgrzymek, niż wizyty głowy państwa? Jednak wtedy amerykański prezydent nie byłby „tylko” głową państwa. Mając na względzie polską sympatię  do USA i charyzmę Baracka Obamy, jego wizyta w Warszawie przypominałaby bardziej wizytę przywódcy duchowego.

Tłumy gwarantowane – może nawet większe niż w Berlinie. I chociaż  może słuchacze nie do końca zrozumieliby plan rozbrojenia nuklearnego (z idei Jana Pawła II najlepiej zapamiętano przecież cytat o kremówkach), każde słowo prezydenta spotkałoby się z aplauzem, jak gdyby była to prawda objawiona.

Tymczasem Joe Biden był witany zupełnie „normalnie” – jak jakiś inny ważny reprezentant państwa - nawet nie jak Benedykt XVI. Biden uśmiechał się i zapewniał Polaków o ich wyjątkowości. Owszem, jako Polacy, jesteśmy łasi na takie komplementy. W końcu cała awantura o tarczę miała podłoże ideologiczne: historyczna trauma zmieszana z zazdrością zdradzonej narzeczonej.

Jeśli Polska „wiedziała”, że poprzednia tarcza nie była wymierzona przeciw Rosji i przyjęła ją tylko ze względu na sympatię wobec USA, to logiczne jest, że rezygnacja z tamtego projektu, została odczytana również w kategoriach ideologicznych. I jeszcze ten nieszczęsny 17 września!

Pragmatycznym Amerykanom zajęło trochę czasu odnalezienie się w meandrach romantycznej polskiej duszy politycznej. Joe Biden przyjechał więc przemawiać w takich romantycznym stylu. Chwalił dzielność naszych wojsk, wspomniał o „specjalnym miejscu Polski w amerykańskich sercach”, zapewnił o trwałej przyjaźni.

Polskie władze jednak – choć pewnie zbudowane tymi zapewnieniami (a Donald Tusk – mianowany „prezydentem” zbudowany przejęzyczeniem Bidena) – zachowały się wyjątkowo powściągliwie. Nie ma co się oszukiwać – USA nie będą traktować Polski jako równorzędnego partnera, z którym będą dyskutować kwestie strategiczne.

„Realistyczne” przyjęcie Joego Bidena miało jednak sprawić, by Stany Zjednoczone musiały czasami postarać się w stosunku do naszego kraju choćby o taką „dyplomację uśmiechów”.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.