Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Styl Książka Wywiad z autorką książki Miasto ryb, Natalią Babiną

Wywiad z autorką książki Miasto ryb, Natalią Babiną


09 listopad 2010
A A A

Wywiad z autorką książki Miasto ryb , Natalią Babiną. 

Akcja Pani książki rozgrywa się nad Bugiem. Można odnieść wrażenie, że rzeka ta jest jednym z jej pełnoprawnych bohaterów. Jakie znaczenie ma dla Pani Bug?

- Rzeczywiście mam do Bugu ogromnie emocjonalny stosunek. Wychowałam się we wsi Zakazanka położonej bardzo blisko rzeki. Moja rodzina od zawsze żyła w jej cieniu, była ona elementem codziennego życia. Dawniej w Bugu łowiło się ryby, przez Bug przeprawiało się łodzią w odwiedziny do sąsiednich wsi, albo z towarem na handel. Odkąd w 1944 roku stała się rzeką graniczną, po białoruskiej stronie pojawiły się zasieki, a miejscowości położone nad samym Bugiem wysiedlono i przesunięto w głąb lądu. Między drutami a rzeką powstał pas ziemi niczyjej. Czuliśmy więc ciągle jej obecność, ona była w nas, ale nie mogliśmy się do niej zbliżyć. W domu rodzinnym ciągle słuchałam opowieści o Bugu, był on dla mnie jednak niedostępny. To zawsze była dla mnie rzeka magiczna.

Dla starszego pokolenia Polaków „za Bugiem” oznacza często miejsce sentymentalne, do którego się tęskni. Dla większości jest to już jednak granica światów, za którą jest jakby inna planeta, niekoniecznie pociągająca. Czy podobnie odczuwają to Białorusini?

- Ciężko mi wypowiadać się w imieniu wszystkich Białorusinów. Przytoczę osobistą historię. Moja kuzynka, Białorusinka, wyszła za mąż za Polaka z Siedlec. Kiedy rodzice pytali się jej, czy nie boi się wiązać z cudzoziemcem, z innym krajem, odpowiedziała, że jest to przecież jedna ziemia sztucznie podzielona granicą. Chociaż, gdyby zapytać kogoś z otoczenia Łukaszenki, pewnie zgodziłby się, że za Bugiem to jak na innej planecie.

Kiedy podróżuje się wzdłuż polskiego brzegu Bugu, oglądając wsie widać wyraźnie, że są one inne niż w Polsce centralnej. Wyglądem i charakterem są podobne do wsi białoruskich. Aż ma się ochotę wskoczyć do rzeki, przepłynąć na druga stronę, żeby przekonać się, czy tam świat wygląda tak samo.

Image- Zgadza się, kilka lat temu miałam okazję przejechać trasę wzdłuż polskiego brzegu Bugu od Terespola do Włodawy, a potem po stronie białoruskiej od Włodawy do Brześcia. Zaręczam, że twarze ludzi, ich ręce są identyczne. Tyle, że po polskiej stronie jest więcej kościołów a po białoruskiej cerkwi. Jednak na zakończenie mszy i tu i tu można było usłyszeć te same lokalne pieśni.

Czy pogranicze ma jakąś specyfikę, która wpływa na charaktery ludzi? Czy ta atmosfera otwiera na innych, czy przeciwnie – usztywnia i zamyka?

- Zdecydowanie tak. Pogranicze wpływa na to, jakimi są ludzie, którzy tam mieszkają. Ważne są jednak nie tylko granice polityczne. W mojej książce starałam się pokazać ludzi, którzy żyją na granicy epok. Są jeszcze częściowo w cywilizacji archaicznej, częściowo we współczesności. To zderzenie na granicy czasów odczuwa się tam dużo bardziej niż bliskość granicy państwowej.

No właśnie, bohaterka książki doznaje rodzaju halucynacji, w których widzi swoją miejscowość i miasto Brześć takimi, jakimi były przed dziesiątkami i setkami lat. Od razu skojarzyło mi się to z opisem Artura Klinaua w jego książce „Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca”, kiedy wspomina on swój pierwszy pobyt w Wilnie. Bohater wychowany wśród bloków doznaje na starych uliczkach jakiegoś olśnienia, czuje, jakby zapomniana część jego samego na nowo go wypełniała. Czy dla Białorusinów, którzy nie znali wcześniej swojej historii, pierwszy kontakt z nią jest przeżyciem mistycznym?

- Rzeczywiście dla naszego pokolenia, dzisiejszych 40-, 50-latków odkrywanie historii miało bardzo osobisty charakter i nasze doświadczenia są często podobnie. Książka Klinaua ukazała się zresztą mniej więcej w tym samym czasie co białoruskie wydanie „Miasta Ryb”, w tej samej serii wydawniczej „Naszej Niwy”. 

Czytając Pani książkę polski czytelnik może zdziwić się, że język białoruski, albo lokalne dialekty są dla wielu ludzi na Białorusi czymś wstydliwym. Dopiero po wielkiej katastrofie, do jakiej dochodzi pod koniec opowiadanej przez Panią historii, miejscowi zaczynają mówić ze sobą „po swojemu”. To bardzo pesymistyczny obraz. Czy widzi Pani jakąś nadzieję na zmiany na lepsze?

- W wielu krajach były w historii takie okresy, kiedy ludzie zapominali o swoim języku. We Włoszech były lata, kiedy tylko 2 procent ludności używało na co dzień swojej ojczystej mowy. Podobnie było w Czechach pod panowaniem austro-węgierskim. W tych krajach nastąpiło jednak w swoim czasie odrodzenie językowe. Prawda, że na Białorusi zmniejsza liczba osób, które deklarują, że białoruski jest ich językiem ojczystym. Według ostatniego spisu powszechnego uważa tak dziś tylko połowa moich rodaków, a zaledwie 20 procent z nich używa go w domu. Nikt nie wie co przyniesie przyszłość, ale jedno jest pewne: my, twórcy piszący po białorusku musimy dalej robić to, co do nas należy.

Pani książka została już przetłumaczona na polski i ukraiński. Czy w tych krajach czytelnicy odbierają ją inaczej niż na Białorusi?

- Na Ukrainie książka nie trafiła jeszcze do sprzedaży, a w Polsce dopiero zaczyna być promowana, więc za wcześnie na podsumowania. Po samych recenzjach widzę jednak, że tu w Polsce najbardziej ciekawią was rzeczy dotyczące ludzi i ducha miejsca. Czytelnicy i recenzenci białoruscy skupili się na wątkach politycznych. Są to w końcu rzeczy, którymi oni żyją na co dzień. Cieszę się, że Polacy dostrzegają prawdziwą głębię mojej książki, ich pierwsze reakcje były dla mnie bardzo wzruszające. Kiedy książka ukazała się na Białorusi, dostałam od czytelników wiele listów, w których wskazywali oni na nieścisłości, sugerowali, że pewne rzeczy nie mogły się zdarzyć. Te głosy na początku denerwowały mnie, potem jednak zaczęłam je doceniać. Znaczą one, że ludzie wnikliwie czytają „Miasto Ryb” i jest to dla nich książka ważna.

Nie uciekniemy jednak od wątków politycznych. Rzeczywistość w kraju pod rządami fikcyjnego prezydenta Tarasienki wygląda bardzo groźnie. Czy w książce wiernie opisywała Pani realia polityczne dzisiejszej Białorusi, czy specjalnie stosowała Pani przerysowania?

- Pod tym względem nie ma w mojej książce wyolbrzymień. Tak po prostu wygląda sytuacja na Białorusi. Ludzie są aresztowani, zdarzają się pobicia, nie tylko w więzieniach ale i na ulicach. Klimat polityczny został więc odwzorowany w sposób możliwie wierny.

Akcja książki toczy się w czasie kampanii prezydenckiej. Czy ta prawdziwa kampania, która teraz toczy się na Białorusi wygląda trochę lepiej niż książkowa?

- Rzeczywiście jest bardziej łagodna i ludzka. Czas jednak pokaże, czy liberalizacja nie jest tylko na pokaz. Przez 16 lat nasze społeczeństwo tyle już widziało i słyszało, że z dużą rezerwą podchodzi do sygnałów zmian. Jeśli jednak odprężenie utrzyma się, to będziemy się tylko z tego cieszyć.

Zaciekawił mnie fragment w którym pisze Pani o osiedlu letników w pobliżu swojej wsi. Ku zdumieniu starych mieszkańców wyrosły w nim wysokie płoty, na bramach pojawiły się kłódki. Czy krajobraz białoruskiej prowincji zmienia się aż tak szybko?

- Jeszcze kiedy byłam dzieckiem nigdy nie zamykaliśmy naszego domu na klucz. Po prostu kładło się pod drzwiami gałązkę na znak, że nikogo nie ma w środku. I to wystarczało. Wszystko zmieniło się z napływem letników z miast. Kiedy odwiedzam rejony, do których nie dotarli jeszcze wczasowicze, np. w odległe części Grodzieńszczyzny, zawsze jestem zbudowana otwartością i życzliwością ludzi. To jest właśnie ta różnica pomiędzy starą, archaiczną cywilizacją, o której już mówiłam, a ta nową.

W Pani książce moment śmierci babci wyraźnie symbolizuje koniec pewnej epoki. Jej wnuczki należą już do innego świata, a tamten dawny na zawsze odchodzi do przeszłości. Czy tak jednak nie było zawsze? Od wieków mówi się przecież: „Ach, ta dzisiejsza młodzież, nie to co kiedyś”.

- Nie, teraz naprawdę jest czas szczególny. Tak jak najstarsi mieszkańcy naszych wsi, żyli ich przodkowie sto, dwieście, trzysta lat temu. Zmiany o których piszę nie mają precedensu. Odwieczne tradycje bezpowrotnie odchodzą w niepamięć. W to, co było w naszej kulturze unikalne, bardzo mocno wgryza się nowoczesność. To ostatni moment, żeby uchwycić coś z tego dawnego świata. 

Dziękuje bardzo za rozmowę.