Eurosceptycyzm, Europa w kryzysie, Europa podzielona – frazy, które od dłuższego czasu nie schodzą z ust polityków, obywateli, przede wszystkim mediów, które znane są dobrze nawet laikom. Państwa europejskie przeżywają nawałnicę protestów nacjonalistycznych, a partie prawicowe zyskują na popularności. Unia Europejska, uważana przez wielu za tonący okręt bez kapitana, wciąż dryfuje. Jednak w zderzeniu z rosnącym eurosceptycyzmem w niektórych państwach członkowskich grozi jej co najmniej utknięcie na mieliźnie. Skąd w państwach chęć nagłej zmiany sterów? Czy wzrost nastrojów eurosceptycznych jest przyczyną niewydolności Unii Europejskiej jako organizacji, czy problem tkwi w niezadowoleniu społeczeństwa z aktualnych partii rządzących? Czy źródłem eurosceptycyzmu jest w końcu tylko prawicowy populizm, chęć zredefiniowana interesu narodowego państw, czy może rozczarowanie Unią, która miała być „ziemi obiecaną”?
„Alternatywa dla Merkel”
Jeszcze w 2013 roku, gdy na niemieckiej scenie politycznej pojawiła się Alternatywa dla Niemiec (AfD), żaden z niemieckich polityków nie brał pod uwagę, iż bazująca jedynie na antyeuropejskich i antyimigracyjnych hasłach partia, zdobędzie znaczne poparcie i stanie się pretendentem do trzeciej siły politycznej w kraju.
AfD od razu określiła się jako eurosceptyczna. Mimo, że partia istnieje od trzech lat dopiero teraz przedstawiła konkretne postulaty i przyjęła swój pierwszy program. AfD całkowicie odcina się od merkelowskiej Willkommenspolitik. W swoim programie partia obrała politykę antyimigracyjną, odrzuca islam, wielokulturowe Niemcy oraz za wzór stawia państwo narodowe. Jednym z ważniejszych postulatów prawicowej partii jest odrzucenie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, którą do tej pory nieudolnie uprawia Unia Europejska. AfD określa się sama jako partia liberalna, konserwatywna i demokratyczna, pokazując tym samym, że konserwatyzm nie musi być skamieliną. Członkowie ugrupowania ze względu na swoje kontrowersyjne wypowiedzi lub postulaty wielokrotnie określani byli przez kluczowe media jako „nietolerancyjni”, „ksenofobiczni” i „rasistowscy” (Więcej na ten temat: AfD. Partia protestu i jej wyborcy).
Po rewelacyjnych wynikach wiosną br. w najnowszych sondażach partia przejawia tendencję schyłkową. Obecnie popiera ją 12,5% wyborców. Również partie koalicji rządzącej tracą jednak na poparciu. CDU/ CSU obecnie popiera 31%, a SPD 20,5% i jest to najniższy wynik tych partii od 2013 roku. Nie jest to niczym dziwnym biorąc pod uwagę, że na zjeździe swoich koalicyjnych partnerów w 2015 r. Angela Merkel jedyne, co miała do powiedzenia, aby obronić swoją politykę, to hasło: „damy radę!”. Co ciekawe, pani kanclerz zauważyła, że od I wojny światowej mamy do czynienia z tak wielką migracją i Europa musi wspólnie podołać temu historycznemu wyzwaniu. Ciekawe, kto spowodował owy wielki ruch migracyjny ponad pół wieku temu… Okazało się także, że Niemcy jednak „nie dadzą rady”. Polityka proimigracyjna wymknęła się Niemcom spod kontroli. Islam jest aktualnie na drugim miejscu wśród wyznawanych religii. W państwie żyje obecnie między 3,8 a 4,3 miliona muzułmanów, czyli ok. 5% społeczeństwa. Nic dziwnego że populistyczna partia, która w obawie przed zasiedleniem przez imigrantów i przed wyjałowieniem własnej kultury, odwołująca się do „niemieckich Niemiec”, zyskuje na popularności.
Kolejnym błędem rządzących, a pożywką dla eurosceptyków, jest układ kanclerz z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoganem, który ma zażegnać kryzys uchodźczy. Turcja zgodziła się nie przepuszczać do Europy nielegalnych imigrantów pod warunkiem zniesienia wiz dla tureckich obywateli do strefy Schengen. Żeby zachować jeszcze pozory demokracji, Komisja Europejska postawiła Turcji niemało, bo aż 75 punktów do spełnienia, aby uzyskać dostęp do bezwizowego ruchu. W nagrodę za wspaniałomyślność obiecano także dotacje w celu utrzymania uchodźców, którzy już są na jej terenie. Niestety zaostrzenie się sytuacji spowodowało, że Niemcy są w stanie zapomnieć o wcześniej postawionych warunkach, byleby tylko Turcja zahamowała napływ imigrantów.
Abstrahując od tego, że Turcja od kilku lat pretenduje do bycia członkiem Unii Europejskiej, co już samo w sobie jest absurdalnym pomysłem, to kwestia przyspieszonej akcesji do Schengen jest już jednym wielkim nieporozumieniem. Turcja jest aktualnie jednym z najlepiej zinstytucjonalizowanych krajów islamskich i na pierwszy rzut oka reformy, które wprowadził Mustafa Kemal Atatürk jeszcze za czasów Imperium Osmańskiego zachowały się po dzień dzisiejszy, to jednak nie da się nie zauważyć, że sposób sprawowania władzy przez Erdogana jest co najmniej niedemokratyczny: prześladowania Kurdów, brak wolności prasy czy ściganie nawet zagranicznych dziennikarzy. Należy jeszcze pamiętać, że na pozór świecka Turcja, odwróciła się od swojego dotychczasowego przyjaciela Syrii, gdy to właśnie ta, określiła się jako świecka i nie dopuściła Bractwa Muzułmańskiego do parlamentu, na co naciskał prezydent Erdogan.
Mimo wszystko Unia Europejska nadal uważa, że desperacko potrzebuje Turcji do rozwiązania kryzysu. Kryzys dopiero ulegnie pogłębieniu, jeśli Turcja wpuści do Europy miliony muzułmanów. Raczej nie będzie się zastanawiać, czy wpuszcza radykałów czy nie. W końcu gdzie bliżej Turcji? Do Islamu, który jest częścią jej kultury, czy do Europy, z którą łączy ją jedynie granica? Kanclerz Merkel chwyta się brzytwy, a niemieckie społeczeństwo traci cierpliwość.
Brexit - romantyczny nacjonalizm?
Chęć opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię nie powinna nikogo dziwić. Wystarczy cofnąć się do pierwszych lat integracji. Wielkiej Brytanii zawsze bliżej było za ocean niż do Europy. Dopiero gdy doszło do utworzenia Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA w 1960r.) Wielka Brytania zaczęła pretendować do członkowstwa w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej, obawiając się wykluczenia z Europy i widząc, że dotychczasowy partner, jakim były USA, staje się co raz mniej popularny na Starym Kontynencie. Zapędy integracyjne do lat 70. skutecznie ucinał generał De Gaulle, który obawiał się, że za Wielką Brytanią przyjdą Stany Zjednoczone, które zdominują Europę. Z biegiem czasu Wielka Brytania zaczęła rezygnować z polityki imperializmu i izolacjonizmu, jednocześnie stając się kolejnym członkiem Wspólnot.
Referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE prezydent Cameron zapowiedział w 2015 r., aby zdobyć konserwatywnych wyborców i ponownie zdobyć władzę. Słowo się rzekło, a referendum się odbyło. Cameron obiecał, że jeśli Wielka Brytania ma pozostać w Unii Europejskiej, to muszą zmienić się jej zasady. Premier domagał się rewizji traktatów założycielskich, zmniejszenia ingerencji Brukseli w politykę wewnętrzną Wielkiej Brytanii, ograniczenia imigracji, a także większej decyzyjności dla państwa w polityce zagranicznej. Romantyczne wizje nieinwazyjnej Unii szybko uciął przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, odpowiadając Cameronowi, że podstawowe zasady Unii nie podlegają renegocjacji.
Eurosceptyczna Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa pod przywództwem Nigela Farage’a, który jest znany głównie ze swoich bezceremonialnych wystąpień na forum Parlamentu Europejskiego, był głównym orędownikiem Brexitu. Przeciwnicy takiej polityki straszyli głównie pogorszeniem sytuacji gospodarczej, która po ewentualnym opuszczeniu Unii przez Wielką Brytanię, straci na potędze. Aktualnie gospodarka Zjednoczonego Królestwa plasuje się na czwartym wśród największych gospodarek świata i jest drugą gospodarką w UE. Według ekspertów taka polityka będzie miała wpływ nie tylko na samą Wielką Brytanię, ale także na państwa członkowskie, a nawet Stany Zjednoczone (spadek notowań akcji na Wall Street). Opuszczenie Unii spowoduje spadek importu do UE, wzrost ceł zgodnie z taryfą Światowej Organizacji Handlu. Istnieje także obawa o przesiedlenie się inwestorów do krajów sąsiednich.
Mimo wszystko zwolennicy „Brexitu” szli łeb w łeb ze zwolennikami obozu „remain”. Eurosceptycy, prąc z kampanią do przodu, rzucając hasła „We want our country back” i nie patrząc na ekonomiczne przesłanki, wygrali ostatecznie referendum. Za opuszczeniem Unii opowiedziało się 51,9% głosujących, a za pozostaniem 48,1%. Główną narracją kampanii, której zarzucano kłamstwo, rasizm i wszystko, co najgorsze, był problem imigracji. Jednak faktem jest, że od lat 90-tych liczba ludności muzułmańskiej w Wielkiej Brytanii urosła z około 3,8 do 8,3 miliona, podczas gdy z 2 milionów obcokrajowców zrobiło się ponad 5 milionów. Nic dziwnego, że eurosceptycy w UK mają swoje pięć minut, a obywatele chcą swój kraj z powrotem. Ciekawe tylko, jak dalej Wielka Brytania widzi swój kraj w Europie - na powrót do dawnej potęgi jest już kilka dekad za późno.
Francja w chaosie
Bezpośrednia demokracja ma szanse zaistnieć również we Francji. Przywódca prawicowej partii Frontu Narodowego, Marine Le Pen, jeszcze przed referendum w Wielkiej Brytanii zadeklarowała, że jeśli uda jej się wygrać wybory prezydenckie w 2017 roku, zorganizuje takie same referendum we Francji w 6 miesięcy. Co więcej, Le Pen uważa , że także inne kraje członkowskie powinny pójść tą drogą.
Obecny prezydent Francois Hollande nie cieszy się popularnością. Według sondaży w przyszłych wyborach 53% ankietowanych wyborców poparłoby kandydaturę Le Pen, podczas gdy kandydaturę Hollanda – 47%. Obywatelom nie podoba się polityka migracyjna obecnego rządu, a także reforma prawa pracy, która ma wydłużyć jej czas z 35 do 48 godzin tygodniowo. Według statystyk aż 61% ankietowanych obywateli wyraża się negatywnie o Unii Europejskiej. Jeśli Front Narodowy dojdzie do władzy, czego chcieć więcej, aby eurosceptycyzmu stało się zadość? Jeśli taki scenariusz sprawdziłby się, Unia Europejska pozostanie bez kluczowego trzonu założycielskiego. Na horyzoncie już wtedy zostaną tylko osamotnione Niemcy, które jeszcze niedawno razem z Francją były motorem integracji europejskiej.
Włochy spod „eurosceptycznej gwiazdy”
We Włoszech eurosceptyczny prym wiedzie Ruch Pięciu Gwiazd – partia, którą założył komik. Swój fenomen partia zawdzięcza Internetowi i stronie prowadzonej przez lidera, Beppe Grillo. Mimo, że w 2013 roku M5S udało się zdobyć ponad 50 mandatów w Senacie i prawie 110 w Izbie Deputowanych, to program polityczny partii jest dość ubogi. Ruch Pięciu Gwiazd bazuje głównie na hasłach powrócenia do rodzimej waluty – liry, oraz surowych kar za korupcję. Trudno dowiedzieć się, jaki ta partia ma pomysł na politykę zagraniczną Włoch, a nawet doszukać się spójnej wizji polityki wewnętrznej. Mimo wszystko w wyborach samorządowych w 2016 roku to właśnie kandydatka Ruchu Pięciu Gwiazd – Virginia Raggi została wybrana burmistrzem Rzymu. Popularność partii, która wyskoczyła jak przysłowiowy Filip z konopi, pokazuje tylko, jak społeczeństwa europejskie są sfrustrowane obecną polityką i łapią się każdej „eurosceptycznej” deski ratunki, jeśli widzą w niej możliwość zmiany.
Coraz więcej rozbieżności
Brexit niewątpliwie jest porażką Brukseli i integracji europejskiej. W świetle prawa referendum nie jest wiążące, ale byłoby to co najmniej nietaktem, jeśli rząd brytyjski nie uszanowałby woli większości obywateli. Do kolejnego rozłamu na linii UE – kraje członkowskie dochodzi przy negocjacjach umowy TTIP. Premier Francji Manuel Valls ogłosił, że nie widzi możliwości, aby Francja podpisała się pod sprawą, która nie uwzględnia interesów Wspólnoty. Do tej pory Komisja Europejska nie patrzyła poważnie na obiekcje krajów członkowskich, zdobyła się na wprowadzenie kilku poprawek w umowie, które mają stawiać UE w korzystniejszej sytuacji, jednak przez wielu ekspertów jej starania są określane jako niewystarczające.
Partnerstwo transatlantyckie w dziedzinach handlu i inwestycji jest negocjowane od 2013 r., jednak widać, że cierpliwość głównego partnera powoli się kończy. Barack Obama podczas wizyty w Wielkiej Brytanii, otwarcie powiedział, że jeśli David Cameron nie opowie się za umową, Zjednoczone Królestwo znajdzie się na „końcu kolejki” w relacjach gospodarczych z USA. Idąc dalej tropem gospodarki, różnicę zdań widać także w kwestii utrzymania sankcji wobec Rosji. Komisja Europejska i większość krajów członkowskich stoi na stanowisku, że należy je utrzymywać, ponieważ Rosja nie wypełnia mińskich zobowiązań. Opór wobec takiej polityki, m.in. we Francji, jednak rośnie.
Kolejną porażką UE jest wynik referendum w Holandii, w którym obywatele opowiedzieli się przeciw stowarzyszeniu Wspólnoty z Ukrainą. Dalej toczy się także spór o przyjmowanie imigrantów i uchodźców. Niektóre państwa członkowskie, jak nie chciały, tak dalej ich nie przyjmują i niestraszne są im kary, jakimi grozi się za tą nikczemną niesubordynację. Następna walka toczyła się będzie w kwestii reformy Unii. Jedni chcą rewizji Traktatu Lizbońskiego, inni jeszcze ściślejszych zależności wewnątrz organizacji. Jednym ostatnio zgodnym punktem jest stwierdzenie, że Unia wymaga Europy – ale jakiej, tego jeszcze nie wie nikt.
Monthy Python. Ciąg dalszy
Po referendum w Wielkiej Brytanii chciałoby się rzec z nadzieją, że Unia Europejska pozostanie przynajmniej głęboko zaniepokojona sytuacją i zaproponuje faktyczną reformę Unii, aby nie dopuścić do efektu domina. W poszczególnych krajach członkowskich rodzą się powoli oddolne inicjatywy zwołania referendum w tej samej sprawie głównie w środowiskach nacjonalistycznych. Washington Post przygotował nawet spekulacyjny ranking, kto będzie pierwszy. Dla przykładu, we Francji aż 61 % badanych ma niekorzystne zdanie o Unii Europejskiej. Nie trzeba przypominać, że to Francja razem z Niemcami dały impuls integracji europejskiej po II wojnie światowej, także ktoś mógłby pomyśleć, że ich historycznym obowiązkiem jest taka reforma Unii, aby zadowolić kraje członkowskie i ich obywateli.
Brexit to chyba najlepszy sygnał, że coś w tej Unii jednak nie gra. Niemcy i Francja postanowiły zinterpretować fakty po swojemu i niedawno przedstawiły oficjalnie projekt Unii Europejskiej 2.0 – „Superpaństwo”. Nowa koncepcja integracji miałaby ingerować jeszcze głębiej w sprawy krajów członkowskich. Zgodnie z pomysłem państwom narodowym nie potrzeba ani granic, ani wojska, ani służby wywiadowczej. Prowadzenie polityki zagranicznej przez państwa jest również zbędne, w końcu wspólnota na pewno posiada jeden interes „europejski”, który będzie szedł w parze z interesem narodowym krajów członkowskich. Wszystko ma spoczywać w gestii centrali…brzmi znajomo? Oczywiście w świetle prawa międzynarodowego nikt nikogo do niczego nie zmusza, bycie członkiem organizacji międzynarodowej jest wręcz oznaką suwerenności danego państwa, lecz co jeżeli dana organizacja wykracza znacznie poza swoje kompetencje, próbując tworzyć quasi państwo? Również nie trzeba przypominać, że ośrodki władzy i dziedziny życia, w które Unia lub nowe superpaństwo chce ingerować, zakrawa o autokratyzm: pełna kontrola sił zbrojnych, policji, ustawodawstwa, ingerencja w przekonania obywateli – wypisz wymaluj cechy państwa autorytarnego.
Europo, obudź się
Mimo, że pierwsi opamiętali się Brytyjczycy, to w Unii i w Europie jest coraz gorzej. Jak to mówią, nadzieja matką głupich, a iluzje i złudzenia to zajęcia dla magików, ale mimo wszystko przez chwile pojawiło się światełko w tunelu, że Bruksela również się opamięta. Niestety światełko zgasło w chwili, gdy strony niemiecka i francuska przedstawiły kolejny absurdalny pomysł stworzenia „superpaństwa”, które już nie tylko będzie implementować do krajowego prawodawstwa dyrektywy, ale zagarnie monopol na ustawodawstwo, wojsko, politykę zagraniczną i inne obszary, które powinny pozostać pod wyłączną kompetencją państw narodowych.
Świat przebolał już wiele dziwacznych koncepcji, za którymi stały idee, które wyrządziły więcej zła niż dobra. Druzgocące jest to, że z nas, obywateli, chce się zrobić ignorantów. W całej Europie trwają protesty o charakterze eurosceptycznym i nacjonalistycznym i wydawałoby się, że granica przyzwoitości przez polityków została już dawno przekroczona. W tym samym momencie serwuje się obywatelom projekt, który ma do reszty zwasalizować stosunki z krajami członkowskimi, a Unia chce „ugryźć” jeszcze więcej od państw członkowskich, a w efekcie zostawić same kości.
Mimo, że propozycja Niemiec i Francji jest absurdalna, to absolutnie nie dziwi wiara polityków w jej powodzenie – do tej pory robili, co chcą, może teraz też się uda? Biorąc pod uwagę szalone czasy, w jakich przyszło nam żyć, jeśli eurosceptyczne ugrupowania nie będą miały przebicia, to za kilkanaście lat na mapie pojawią się „Stany Zjednoczone Europy”, tym bardziej, że jednym z prekursorów pomysłu są Niemcy, których autorytarne zapędy są dobrze znane z historii. Nie wiadomo tylko, co skłoniło Francję do podpisania się pod tym projektem. Czyżby prezydent Holland marzył o swoich „100 dniach”? Na szczęście im bardziej wyrafinowane pomysły płyną z Brukseli, tym większe poparcie dla eurosceptyków.
Partie eurosceptyczne są świadome tego, że nie ma czegoś takiego, jak wspólny interes dobry dla wszystkich. Tylko państwo wie, co leży w jego interesie. Tylko państwo przy silnej armii może zapewnić sobie obronę. Partie eurosceptyczne są tego świadome i próbują ten tok myślenia zakorzenić w społeczeństwach, mówiąc: Jeżeli, Europejczyku, naprawdę wierzysz w „interes wspólnoty” to opamiętaj się, bo Unia nie jest już dłużej europejska.
Katarzyna Kozon
