Turcja: od petenta do kreatora
Polityka zagraniczna jest zawsze wypadkową rzeczywistości otaczającej dany kraj i jego ambicji. Rzadko się jednak zdarza, żeby proporcje pomiędzy tymi czynnikami były aż tak zaburzone jak w przypadku Turcji.
W najnowszej historii tego kraju możemy wyszczególnić dwa okresy o skrajnie różnym podejściu do polityki zagranicznej. Pierwszy – okres zimnowojenny – kiedy to Turcja była petentem w polityce zagranicznej. Wtłoczona pomiędzy układ dwóch imperialnych potęg, kierowana instynktem, który podpowiadał jej nieufność wobec długotrwałego geopolitycznego wroga – Rosji, zmuszona była szukać przyjaciół na Zachodzie. Oraz drugi – okres postzimnowojenny – kiedy uwolniona od konieczności legitymizowania swojej suwerenności silnym sojuszem, mogła zacząć niemal nieskrępowaną politykę zagraniczną.
Właściwie najważniejsze, dla zrozumienia relacji Turcja-NATO, pytanie brzmi: dlaczego Turcja jest członkiem paktu północnoatlantyckiego, skoro nie jest krajem atlantyckim? Wraz z zakończeniem drugiej wojny światowej cała Europa znalazła się w nowej rzeczywistości. Turcja ze swoim strategicznym położeniem stała się jednym z celów polityki zagranicznej ZSRR – wielkiego wygranego II wojny światowej. Dla Rosjan kontrolna nad Bosforem była kluczową kwestią dla potencjalnego realizowania ich militarnej dominacji na morzu – ponieważ w wypadku blokady cieśniny, ich ogromna Flota Czarnomorska zostałaby uwięziona w akwenie Morza Czarnego. Z tego powodu Moskwa zdecydowała się na podjęcie wysiłków, mających na celu obalenie porządku panującego w Turcji.
Z jednej strony Rosjanie napotkali jednak na silny opór wewnątrz Turcji, której niechęć wobec Rosji była silnie ugruntowana ciągnącymi sie przez lata konfliktami. Z drugiej strony „doktryna Trumana” ogłoszona w 1947 przez ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych zakładała pomoc Grecji i Turcji w oporze przeciwko ZSRR, a docelowo miała doprowadzić do utworzenia szerokiego pasa hamującego ambicje ZSRR, które miało ciągnąć się od Norwegii, przez Turcję, aż po Pakistan.
Od chwili podpisania Traktatu Północnoatlantyckiego, 4 kwietnia 1949 roku, rząd w Ankarze postawił sobie za cel wejście wstruktury NATO, co postawiło Turcję w roli petenta. Dopiero uczestnictwo wojsk tureckich w wojnie koreańskiej w latach 1950-1953 potwierdziło wiarygodność Turcji na tyle, że w 1952 roku wraz z Grecją została przyjęta w poczet członków Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Co istotne, w okresie zimnowojennym, stosunki Turcja-Stany Zjednoczone oraz Turcja-NATO miały zdecydowanie niesymetryczny charakter. Z perspektywy Turcji uczestnictwo w Sojuszu miało charakter egzystencjalny. Brak poparcia Stanów Zjednoczonych mógł owocować wydaniem kraju na łaskę i niełaskę sowieckiej Rosji. Z kolei dla Stanów Zjednoczonych Turcja była, co prawda bardzo ważnym, ale jednym z wielu elementów szachownicy, na której rozgrywała się walka o wpływy ze Związkiem Radzieckim. Instrumentalne podejście Amerykanów stało się szczególnie wyraźne w okresie kryzysu kubańskiego. Prezydent Kennedy zdecydował się wtedy na wycofanie amerykańskiego arsenału atomowego z terytorium Turcji, bez konsultacji z Ankarą.
Rok 1991 zaowocował jednak gwałtowną zmianą rzeczywistości. Rozpadł się Związek Radziecki i dawne republiki południowego Kaukazu stały się odrębnymi bytami państwowymi - tym samym utworzyło się coś na kształt strefy buforowej oddzielającej Turcję od Rosji. Powstała też niepodległa Ukraina, która na długie dekady zawiesiła w niepewności status rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Ponadto rosyjska armia została uwikłana w długoletnie walki po północnej stronie Kaukazu. Właściwie z dnia na dzień zniknęły czynniki, które przez niemal pół wieku definiowały cele polityki zagranicznej Ankary.
Pomimo, że okoliczności zmieniły się gwałtownie, priorytety w polityce zagranicznej czekała powolna ewolucje. Od tamtej pory turecka polityka zagraniczna przesuwała się w kolejne ekstremum. Po latach 1945-1991, gdy niemal każda decyzja w ramach stosunków międzynarodowych była z góry definiowana przez sytuację geopolityczną, nastąpił okres postzimnowojenny, w którym Ankara otrzymała niemal pełną swobodę realizowania swoich ambicji.
Punktem kulminacyjnym bylo odejście od współdziałania z Amerykanami. Turcja, decyzją parlamentu z 2003 roku , nie wzieła udziału w inwazji na Irak. Spotkało się to z negatywnym przyjęciem administracji Waszyngtonu, w której oczach Turcja zyskała status „frenemy” – nielojalnego sojusznika Stanów Zjednoczonych. Rozłam pogłębił fakt, że z perspektywy Azji Mniejszej, czas pokazał, że to władze tureckie miały rację sprzeciwiając się inwazji na Irak. Nie oznaczało to jednak wypowiedzenia przyjaźni turecko-amerykańskiej. Turcja zgodziła się bowiem na rozmieszczenie na swoim terytorium elementów natowskiej tarczy antyrakietowej.
Jak można zatem nakreślić przyszłość relacji Turcja-NATO? Przede wszystkich trzeba pamiętać o tym, że charakter sojuszu pozostaje współcześnie niedookreślony i w dużej mierze definiuje się poprzez lokalne interesy członków. Proces ten sprowadza się do tego, że coraz bardziej zrównani w prawach sygnatariusze Paktu traktują Sojusz jako de facto przedłużenie swoich wewnętrznych interesów. W przypadku Polski jest to zabezpieczenie przed wpadnięciem w rosyjską strefę wpływów. W przypadku USA – odciążenie z obowiązków „światowego żandarma”. Jaką rolę spełnia zaś Sojusz w przypadku Turcji?
Timothy Garton Ash w swoim niedawnym artykule „Marsz turecki" opublikowanym w tygodniku „Der Spiegel” rysuje wizję Ankary realizującej neoosmańskie ambicje lokalnej potęgi poprzez realizację doktryny „strategicznej głębi”. Trzeba przyznać, że ta diagnoza wydaje się być bardzo trafną, szczególnie w kontekście niedawnych działań tureckiego ministerstwa spraw zagranicznych. Ankara wyraziła poparcie dla projektu akcesji do NATO zaprzyjaźnionej Bośni. Zablokowała także udział Izraela w najbliższym natowskim szczycie w Chicago, w związku z przedłużającą się sprawą Floty Wolności Mavi Marmara. Arabska wiosna stała się zaś nie tylko doskonałą okazją do promowania tureckiego modelu, ale także pokazem ogromnej popularności rządu Erdoğan’a, który w iście ekstatyczny sposób był witany przez tłumy. Nie jest również tajemnicą, że turecką ambicją jest doprowadzenie do pojednania Fatah’u i Hamas’u za sprawą tureckich mediacji.
Dzialania te, w połączeniu z coraz większą biernością państw Zachodu, prowadzą do przewrotnej konkluzji. Dziś, dokładnie 60 lat po wstąpieniu Turcji do NATO, role się odwróciły. Kiedyś to Turcja byłą jednym z elementów planu blokowania ekspansji ZSRR. Dziś to NATO jest narzędziem w rękach Ankary, pozwalającym stopniowo rekonstytuować osmańską strefę wpływów.
Wielu chciałoby się zapytać: czy, z perspektywy Zachodu, to dobrze czy źle? Nie jest to najszczęśliwiej sformułowane pytanie, bowiem jak niedawno apelował Zbigniew Brzeziński na wykładzie w stambulskim Sabancı University: „Turcja jest częścią Zachodu, nawet pomimo różnicy religii. A ze swoją strategiczną pozycją, wielkim potencjałem i lojalnością w stosunku do NATO, jest ponadto krajem o znaczeniu kluczowym dla bezpieczeństwa Europy”.
Bibliografia:
1. Timothy Garton Ash, „Marsz turecki” w: „Forum” 17-18/2012
2. Stratfor: Turkey’s Strategy: http://www.stratfor.com/weekly/turkeys-strategy?utm_source=freelist-f&utm_medium=email&utm_campaign=20120417&utm_term=gweekly&utm_content=display&elq=bf660300d6a74c4d9d90757c49d2feea
3. Karol Wasilewski, Relacje Turcji i USA - od strategicznych sojuszników do modelowego partnerstwa: http://www.psz.pl/Relacje-Turcji-i-USA-od-strategicznych-sojusznikow-do-modelowego-partnerstwa
4. Brzezinski: Turkey part of West despite its religious diversity: http://www.todayszaman.com/news-279296-brzezinski-turkey-part-of-west-despite-its-religious-diversity.html



Wolność w szwedzkim modelu państwa opiekuńczego