Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Trump zniechęcił Bliski Wschód

08 styczeń 2020
A A A

Iraccy Arabowie bez względu na przynależność religijną czy klanową nigdy nie pałali szczególną miłością do Stanów Zjednoczonych, ale ostatnie działania prezydenta Donalda Trumpa zjednoczyły nawet krytyków uzależniania Iraku od wpływów Iranu. Dodatkowo wydaje się, że za politykę amerykańskiego przywódcy nie chcą umierać nawet jego regionalni sojusznicy.  

Sekretarz stanu USA Mike Pompeo, po udanej operacji wymierzonej w irańskiego generała Gahema Solejmaniego, opublikował na Twitterze film przedstawiający rzekomo Irakijczyków manifestujących radość z powodu śmierci dowódcy jednostek Al-Kuds. Ten materiał może i był wiarygodny dla wyborców samego Trumpa, ale w żaden sposób nie odzwierciedlał rzeczywistych nastrojów panujących w Iraku. Następnego dnia na ulicach Bagdadu pojawiły się bowiem tysiące żałobników, którzy uczestniczyli w uroczystościach żałobnych ku czci Solejmaniego. Wśród nich znaleźli się tez czołowi iraccy politycy na czele z premierem Adelem Abdulem al-Mahdim.

Nigdy nie wielbieni

Trzeba sobie uświadomić, że obecność Stanów Zjednoczonych na terytorium Iraku nigdy nie cieszyła się dużym społecznym poparciem. Obalenie prezydenta Saddama Husajna ucieszyło co prawda szyicką większość, która była rządzona przez mniejszość wyznawców sunnickiego odłamu islamu, ale z powodów religijnych od początku spoglądała ona w stronę Iranu. USA tym bardziej nie mogły liczyć oczywiście na stronników obalonego dyktatora, a jedyną grupą rzeczywiście popierającą amerykańską obecność byli Kurdowie, najbardziej ciemiężeni przez rządy irackiej Partii Baas.

Już w 2004 roku w Iraku wybuchło zresztą już nieco zapomniane szyickie powstanie. Zwolennicy szyickiego duchownego Muktady as-Sadra skupieni w Armii Mahdiego atakowali wówczas obiekty wojskowe należące do międzynarodowej koalicji pod auspicjami Ameryki. Z tego powodu jednym z ich celów stali się polscy żołnierze, a najgłośniejszą bitwą z ich udziałem były walki o ratusz w Karbali. Rebelia zakończyła się jednak niepowodzeniem i dużymi stratami sił skupionych wokół as-Sadra, dlatego zgodził się on na zawieszenie broni oraz podjęcie normalnej działalności politycznej.

Pierwsze po obaleniu Husajna wybory parlamentarne w Iraku z 2005 roku pokazały wyraźnie, że to szyicki duchowny cieszy się prawdziwym poparciem społeczeństwa. Jego Ruch  Sadrystowski zwyciężył w głosowaniu jako część Zjednoczonego Sojuszu Irackiego, a jego przedstawiciele weszli w skład rządu Nuriego al-Malikiego. Od tego czasu Irak znajduje się w permanentnym kryzysie polityczno-ekonomicznym, zaś poszczególne siły polityczne wielokrotnie zmieniały swoje sojusze. Przede wszystkim cały czas trwają konflikty na tle wyznaniowym i narodowościowym, które paraliżują normalne funkcjonowanie irackiego państwa.

Niedocenieni bojownicy

Głębokie podziały oraz rozpoczęcie wojny domowej w Syrii przyczyniły się do powstania samozwańczego Państwa Islamskiego, w którym kluczową rolę poza islamskimi ekstremistami odegrali byli członkowie administracji Iraku z czasów Husajna. Faktyczna dezercja irackiego wojska, której symbolem było zajęcie Mosulu przez ISIS, stworzyła poważne zagrożenie dla całego państwa. W najgroźniejszym momencie konfliktu bojownicy kalifatu znajdowali się już 30 kilometrów od Bagdadu, a powstrzymały ich dopiero Siły Mobilizacji Ludowej (PMU).

Z pewnością pokonanie kalifatu nie byłoby możliwe bez udziału międzynarodowej koalicji pod auspicjami USA, która prowadziła przede wszystkim naloty na pozycje ISIS oraz wspierała kurdyjską Peszmergę. Jednocześnie największe postępy w wojnie z terrorystami nie byłyby możliwe bez operacji lądowej, przeprowadzonej w Syrii przez tamtejsze wojsko oraz w Iraku właśnie przez wspomniany sojusz szyickich milicji.

Prezydent USA Donald Trump podczas wizyty w Arabii Saudyjskiej w maju 2017 roku. Zdjęcie: Wikimedia Commons

Można jednak odnieść wrażenie, że udział PMU w walce z ISIS jest niedoceniany w światowych mediach, koncentrujących się właśnie na nalotach międzynarodowej koalicji oraz walce syryjskich i irackich Kurdów. Tymczasem dla irackich szyitów głównymi bohaterami tej wojny są właśnie tworzone przez nich milicje, a także wspierający ich irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Właśnie dlatego naloty na obiekty PMU na iracko-syryjskim pograniczu spowodowały wzrost antyamerykańskich nastrojów, których kulminacją było wtargnięcie bojowników i zwolenników milicji na teren ambasady USA w Bagdadzie. Zabicie Solejmaniego i wicedowódcy PMU, będące faktycznym odwetem za wydarzenia w tej placówce, można więc uznać za klasyczne gaszenie pożaru benzyną.

Nie każdy popiera Iran

Uznanie wszystkich irackich szyitów za bezkrytycznych zwolenników Iranu byłoby zbyt daleko posuniętym uproszczeniem, a to najbardziej kardynalny błąd jaki można popełnić analizując Bliski Wschód. Szyici spoza Iranu bardzo często podkreślają, że kraj ten jest dla nich odpowiednikiem Watykanu dla katolików. Właśnie dlatego nie każdy wyznawca tego odłamu islamu musi być zwolennikiem politycznych koncepcji irańskich ajatollahów, będących przede wszystkim autorytetami religijnymi. Z tego powodu nie wszyscy iraccy szyici popierają większe uzależnienie swojego kraju od wschodniego sąsiada.

Przykładem może być poprzedni premier Iraku, Hajdar al-Abadi, wywodzący się zakazanej w czasach Husajna szyickiej partii Zew Islamu. Obawiając się zbyt dużej samodzielności PMU wydał on w ubiegłym roku dekret zobowiązujący te siły do połączenia się z irackim wojskiem. W ten sposób chciał zwiększyć wpływ irackiego państwa na pro-irańskie milicje, co zakończyło się jednak fiaskiem. Decyzji władz w Bagdadzie podporządkowały się bowiem tylko niektóre jednostki, na czele z grupami kontrolowanymi przez wspomnianego as-Sadra.

Szyicki duchowny wydaje się być zresztą najlepszym potwierdzeniem tezy, że bycie konserwatywnym fundamentalistą nie oznacza podporządkowania się Iranowi. As-Sadr co prawda jest wciąż głównym przeciwnikiem amerykańskiej obecności w Iraku, ale należy także do krytyków zbyt dużego uzależnienia Iraku od Iranu. Już w 2017 roku wzywał on do ustąpienia syryjskiego prezydenta Baszara al-Assada, będącego głównym sojusznikiem irańskich władz w regionie, a w tym samym roku spotkał się z saudyjskim księciem Mohammadem bin Salmanem. Rok później chciał natomiast pełnić rolę mediatora w sporach Iranu z Arabią Saudyjską. Jednocześnie regularnie przyjeżdża on do irańskiego Kom, które jest świętym miejscem dla szyitów dodatkowo zamieszkiwanym przez jego rodzinę.

Zjednoczeni

Nie wiadomo dokładnie od kiedy as-Sadr przebywa w Iranie, ale w sobotę miał odwiedzić rodzinę Solejmaniego, choć nie uczynił tego razem z przedstawicielami irańskich władz. Ponadto duchowny z Iraku nie uczestniczył w uroczystościach żałobnych ku czci wojskowego w Teheranie, czyli zapewne na potrzeby polityki wewnętrznej nie chciał pokazywać się w towarzystwie przywódców Iranu.

To jednak nie zmienia faktu, że as-Sadr już samymi odwiedzinami u rodziny Solejmaniego opowiedział się po konkretnej stronie obecnego konfliktu. Dodatkowo dzień po zabiciu irańskiego dowódcy wezwał on wszystkich „szyitów i irackich patriotów” do mobilizacji na wypadek konfliktu z Amerykanami. Ponadto as-Sadr zapowiedział reaktywowanie swojej Armii Mahdiego (w ostatnich latach podporządkowane mu milicje nie używały tej nazwy), która jest jednoznacznie kojarzona z antyamerykańskim oporem. W niedzielę skrytykował on z kolei amerykańskiego prezydenta, zapowiadając użycie siły w przypadku realizacji przez Trumpa gróźb dotyczących nałożenia sankcji na Irak w odpowiedzi na wyproszenie z tego kraju amerykańskiego wojska.

Groźby administracji USA jedynie dolały oliwy do ognia i spowodowały, że iracka Rada Reprezentantów przyjęła antyamerykańską rezolucję, czyniąc to pomimo prób zablokowania głosowania w tej sprawie. Decyzja nie jest co prawda wiążąca dla rządu, ale po pierwsze to właśnie premier nawoływał parlamentarzystów do zwołania nadzwyczajnej sesji, a po drugie znamienny jest sam fakt jej uchwalenia. Głosowanie potwierdziło bowiem, że mając do wyboru dalszą współpracę z Amerykanami albo wzrost wpływów Iranu, czołowi iraccy politycy są skłonni wybrać swojego wschodniego sąsiada.

Powściągliwi

Po wyeliminowaniu Solejmaniego korki od szampana powinny wystrzelić przede wszystkim u regionalnych przeciwników Iranu. Wpływy irańskiego dowódcy wydają się być przeceniane, co jest tematem na inną historię, jednak był on kojarzony zwłaszcza ze współpracą z pro-irańskimi grupami w całym regionie. Wspomagał więc irackie milicje, syryjskie wojsko, libański Hezbollah, a według niektórych doniesień również jemeńskich Hutich.

Ostatnia z tych grup walczy w Jemenie z siłami Arabii Saudyjskiej i jej sojuszników, zaś poparcie dla Hutich ze strony Iranu spowodowało oskarżenie tego kraju o udział w ataku na saudyjskie instalacje naftowe. Operacja przeprowadzona przy pomocy dronów we wrześniu ubiegłego roku spowodowała dalszy wzrost napięć między Irańczykami a Saudyjczykami. Właśnie z tego powodu śmierć jednego z najważniejszych irańskich wojskowych powinna spotkać się z pozytywnym odzewem saudyjskich władz, lecz tak się jednak nie stało.

Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie zajęły bardzo zachowawcze stanowisko, odcinając się dodatkowo od jakiejkolwiek wiedzy na temat planów dotyczących wyeliminowania Solejmaniego. Oba państwa uważane, obok Izraela za głównych sojuszników Ameryki na Bliskim Wschodzie, opowiedziały się wręcz za deeskalacją napięcia i za roztropnością w podejściu do ostatnich wydarzeń. Trzeba bowiem uświadomić sobie, że Emiraty od wielu miesięcy starają się o normalizację stosunków z Iranem, natomiast od pewnego czasu zabiega o to również Arabia Saudyjska.

Jeśli wierzyć irackiemu premierowi, irański wojskowy miał zresztą przyjechać do Bagdadu właśnie w tej sprawie. Al-Mahdi twierdzi, że Solejmani miał przekazać mu irańską odpowiedź na saudyjską wiadomość przekazaną wcześniej właśnie poprzez irackie władze. Rijad i Abu Zabi zdają sobie doskonale sprawę z wpływów Teheranu w regionie, dlatego awanturnicza polityka obecnej administracji w Waszyngtonie może okazać się zabójcza właśnie dla obydwu stolic. Z tego powodu trudno nie zauważyć zdystansowania się bliskowschodnich państw od obecnej amerykańskiej polityki.

Maurycy Mietelski