Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Podróże Notatki z podróży po subkontynencie indyjskim cz. I

Notatki z podróży po subkontynencie indyjskim cz. I

23 maj 2010
A A A

"Indie biorą cudzoziemca szturmem, chwytają za gardło i ściskają żołądek. Nie pozwalają tylko na jedno: na obojętność" - pisał Tiziano Terziani o swoich pierwszych doświadczeniach z Indiami. Po kilkudziesięciu latach – przy założeniu, że chce się Indie prawdziwie zobaczyć - niewiele się zmieniło. Doświadczając, obserwując i poznając ten kraj, także sąsiadujący z nim od północy Nepal, nie dało się uniknąć zarówno fascynacji, jak i frustracji związanej z tym ogromnie różnorodnym obszarem, na temat którego ktoś kiedyś powiedział, że rząd w Delhi administrując nim codziennie dokonuje cudu.

Zachwyt krajobrazem, barwami i ledwie przecież liźniętą w tak krótkiej podróży wielką kulturą, mieszał się z szokiem wywoływanym nędzą, brudem i cywilizacyjnym zapóźnieniem - często kontrastującym z próżnymi przejawami bogactwa. Jean-Claude Carriere pisze” (…) spektakl jakim są Indie, w tym czy innym momencie zmusza nas do wyjścia poza siebie. Nie sposób, czy prawie nie sposób, być tu zamkniętym, tkwić wciąż w kręgu własnych egzotycznych problemów, niespełnionych pragnień, obsesji, niezrozumienia. Indie nas dręczą, prowokują, uwodzą, odpychają, zdumiewają, hipnotyzują, krótko mówiąc – robią tyle i tak dobrze, że w końcu zapominamy o sobie, wyrzucamy z siebie to, co dotyczy tylko nas”.

Jeszcze teraz, po kilku tygodniach trudno jest ogarnąć szereg myśli związanych z wachlarzem doznań  nagromadzonych podczas wyjazdu. Mroczne ulice Varanasi z okresu karnawału Shivy z atmosferą tak gęstą i jednocześnie mistyczną - zwłaszcza po zmierzchu, kiedy w ghatach obrzędy miały swój moment kulminacji - że trudno było nie zastanawiać się, do którego momentu, to wszystko co dzieje się dookoła, jest realne. Powietrze Kalkuty tak ciężkie i zanieczyszczone, że po kilku godzinach krążenia po mieście, nie sposób  niemal oddychać. Mumbai, którego reprezentacyjna dzielnica skupiona w okolicy Gateway of India tak bardzo różni się od tej drugiej, wcale wbrew pozorom nie chowanej wstydliwie części miasta z Dharavi na czele. Ciągłe przerwy w dostawach  prądu w nepalskiej stolicy, czyniące to miasto po zmierzchu  szczególnym, dające wrażenie podróży w czasie o kilkaset lat wstecz. A jednocześnie bogactwo tak bardzo innych od znanych nam w Europie budowli, zgromadzonych w centrum miasta i wokół niego. Majestatyczne Himalaje i wschód słońca z widokiem na kilka wyłaniających się z czasem szczytów w okolicach Pokhary. Przepiękna przyroda parku Chitwan i jakże licznych, jakby stworzonych do trekkingu tras w różnych częściach Nepalu. Upał i plaża w Mamallapuram pozwalające zregenerować siły. Szeregi zabytków. Zupełnie inna kuchnia. I przede wszystkim ludzie, którzy tworzą ten kraj. Ludzie o zupełnie odmiennej mentalności i w swojej liczbie bardzo od siebie różni.

ImageMówiąc o Indiach należy przyjąć inną optykę. Porównywać winno się je raczej z Europą niż jej pojedynczymi krajami. Mówić o kuchni indyjskiej to jak mieszać spagheti z ziemniakami (choć istnieją teorie, iż właśnie jedzenie jest głównym spoiwem łączącym ten wielki kraj), o indyjskiej mentalności to jak zestawiać Greka ze Skandynawem, o klimacie to jak mieszać zimę z latem. Indie są bardzo różne. Ryszard Kapuściński pisał: "Bo Indie to w każdej dziedzinie nieskończoność, nieskończoność bogów i mitów, wierzeń i języków, ras i kultur, we wszystkim i wszędzie, gdzie spojrzeć i o czym pomyśleć, zaczyna się ta o zawrót głowy przyprawiająca nieskończoność."

Poniżej przedstawiam swoje notatki z blisko miesięcznej podróży.

Helsinki (Finlandia), środa 03.02.2010 r.

Dwie i pół godziny po planowanej porze odlotu do New Delhi, a na półtorej przed planowaną (znowu tylko planowaną!) porą kolejnego lotu, otrzymujemy z przyjaciółmi, z którymi wybrałem się do Indii, sms-a ze spóźnioną o kilka godzin informacją: "Arrive at check - in at latest 1 hour before estimated new departure line". Uśmiechamy się do siebie. Na szczęście bardzo wygodnie leży się na ustawionych tutaj leżakach- powinno się je obowiązkowo wprowadzić na każdym lotnisku. Voucher na 17 euro jest marnym pocieszeniem, tym bardziej, że dotyczy tylko jednej knajpki,  wybór z menu został ograniczony do 3 zestawów, a to co otrzymaliśmy nasunęło nam niepokojące przypuszczenie, iż ktoś w restauracji wpadł w ten sposób na doskonały pomysł pozbycia się starej żywności.

Wylecieliśmy z Warszawy przed piętnastą (półtorej godziny  opóźnienia), więc dzień, a właściwie doba zaczyna się niemiłosiernie dłużyć. Część z pasażerów drzemie, leżąc zajmują od trzech do pięciu - w zależności od wzrostu -  miejsc siedzących. Inni czytają. Gazety, książki, przewodniki. Przeglądają mapy nanosząc poprawki w planie podróży. Od Warszawy towarzyszy nam przebrany w tradycyjny buddyjski strój i odmawiający mantry młody Polak.

Tym co uderza na lotnisku jest ogromna cisza. Jakby tłum automatycznie zmieniał sposób swojego zachowania w zależności od miejsca pobytu. Teraz są to Helsinki - więc spokojnie czekamy. Zostało około osiemdziesięciu minut. Jasne, białe światło lotniska zaczyna być coraz bardziej drażniące. Po mojej prawej ręce wielki baner, na którym Kevin Costner uśmiecha się zawadiacko obok  logo Turkish Airlines i napisu "Flying with you can make anyone feel like a star". To co prawda niczemu dziś niewinne tureckie linie lotnicze, ale chyba FinnAir będzie mi się od teraz kojarzył właśnie z tym uśmieszkiem amerykańskiego gwiazdora, który zdaje się mówić, że wybraliśmy nie te linie co trzeba. To dopiero rozgrzewka w naszej podróży, a już jestem niepokojąco zmęczony. Ciekawe co będzie za  kilkanaście godzin? Na razie poszukam kawy licząc, że wraz z kofeiną przyjdzie zastrzyk energii.

Delhi (Indie) - Kathmandu (Nepal), czwartek-piątek 04-05.02.2010 r.

Wreszcie jest okazja do kontemplacji dnia, po odpoczynku w zaskakująco dobrym hotelu. Jest chłodno, ale można się przykryć ciepłym kocem i położyć w czystej pościeli. Piszę z Kathmandu - stolica Nepalu robi ogromne wrażenie, ale po kolei.

Pierwszy szok kulturowy przeżyliśmy w New Delhi, gdzie tak na dobrą sprawę, nie mieliśmy się tym razem nawet zatrzymywać. Spóźniliśmy się jednak na samolot, a kolejny odlatywał dopiero następnego dnia, więc pojechaliśmy na kilkanaście godzin do centrum stolicy. Dwanaście milionów ludzi, tysiąc pięćset kilometrów kwadratowych. Zapłaciliśmy 250 indyjskich rupii  za prepaid taxi - rozpadający się wrak samochodu i ruszyliśmy do miejskiej dżungli. Totalny chaos na ulicy. Wszyscy trąbią, ale raczej informacyjnie, jakby chcieli powiedzieć: "Uważaj! Jadę!". Bez złośliwości i wzajemnych pretensji. Totalny brak zasad, ciągłe zajeżdżanie sobie drogi. Odnoszę wrażenie, że jedynym sprawnym elementem naszego auta są hamulce - niezbędne, bo ciągle ktoś wjeżdża nam przed maskę. Dandewad - nasz kierowca, w którymś momencie drogi z lotniska zatrzymuje się i w szczerym polu wysiada z auta. Dokądś dzwoni z komórki. Zaczynamy się lekko niepokoić. W końcu jesteśmy nowi, sami, w zupełnie obcym kraju. Na pewno to widać. Nikt nie wie gdzie teraz jesteśmy. Dopiero po chwili okazuje się, że szukał dla nas hotelu, licząc na porządny napiwek, który zwyczajowo dostaje tu każdy taksówkarz za przywiezienie pod właściwy sklep, targ, hotel itp. Każemy zawieść się do taniego miejsca niedaleko centrum. Nasz kierowca cały czas kiwa głową powtarzając: "yes ,yes", ale wcale nie jesteśmy pewni czy nas rozumie. W końcu trafiamy do położonego niedaleko od centrum hoteliku, umawiamy się z Dandewadem  na ósmą rano następnego dnia i zostajemy w trójkę w pokoju za 1200 rupii. Po chwili wychodzimy z hotelu do miasta i łapiemy tuk-tuka  -  autorikszę, która jest jednym z najpopularniejszych  środków transportu w Indiach. Tym razem kierowca – Dheeru - już lepiej mówi po angielsku, więc decydujemy się na trasę objazdową. Zawozi nas do hinduskiej świątyni której nazwy niestety nie udało mi się zapamiętać, potem pod Indian Gate i do imperialnej  dzielnicy rządowej (Raj Path oraz Sansad Bhawan robią duże wrażenie). Delhi jest stolicą od 1911 roku kiedy to król JerzyV przeniósł ją tu z Kalkuty.  

W końcu trafiamy do Golden Temple  - taką przynajmniej nazwę wymienił nasz przewodnik, gdzie swój obrządek odbywali właśnie  sikhowie. Dheeru wprowadził nas tam, a potem musiał się z tego tłumaczyć, bo jeden z Sikhów wybiegł za nami z jakąś pretensją. Przez moment było dość nerwowo. W samej świątyni odbywała się w tym czasie ceremonia. Muzyka i modlitwa. Wcześniej jeszcze, w specjalnym pomieszczeniu przygotowanym dla pielgrzymów, okryliśmy głowy i zdjęliśmy obuwie. Miejsce, jego aura i atmosfera oraz ogromna charyzma bijąca od Sikhów robiły wielkie wrażenie. Później, gdy zbieraliśmy się już do wyjścia, jeden z Sikhów patrząc nieco fanatycznym wzrokiem, zaprosił nas tonem nie znoszącym sprzeciwu: "Please, take a seat" i patrząc prosto w oczy zaczął opowiadać o swojej religii. Można by powiedzieć - ewangelizować. Na koniec rozdali (liczba mnoga bo Sikhów było trzech w pomieszczeniu) nam informatory o sikhiźmie w języku ... polskim. Jest tam napisane m.in., że tym co najlepiej charakteryzuje wspólnotę jest odwaga (szaleńcza?) oraz zasada,  że "Sikh nie nastawia drugiego policzka". Dalej między deklaracjami o tolerancji i równouprawnieniu broszura oznajmia, że publiczne odkrywanie części ciała przez kobiety Sikh uważa za „haniebne”. Każdy Sikh nosi nazwisko Singh – „lew”. Na całym świecie jest ich obecnie ponad dwadzieścia milionów. Splot charyzmy wyznawców i pełna mistycznej powagi ceremonia wywarła na mnie wrażenie być może największe ze wszystkich, jakie miałem okazję obserwować przez kolejne tygodnie.

Jak na jedno popołudnie i jeden wieczór zobaczyliśmy myślę sporo. Ciągle trudno jednak pozbyć się wrażenia, że za mało. Nie widziałem, choćby nawet z perspektywy samochodu – starej części miasta. Ryszard Kapuściński pisał o nim: "Stare Delhi! Jego wąskie ulice w kurzu, w upiornym upale, w duszącym zapachu tropikalnej fermentacji. I ten tłum przesuwających się w milczeniu ludzi, ich pojawianie się i znikanie, ich twarze ciemne, wilgotne, anonimowe, zamknięte. Dzieci ciche, niewydające głosu, jakiś mężczyzna wpatrzony tępo w resztki roweru (...) "

Dopisek po podróży: Dziwna jest u Indusów tendencja do przekręcania niemal wszystkiego. Na początku podejrzewałem o tę przypadłość słabej maści przewodników turystycznych, ale dochodzę do wniosku, że dotyczy to zdecydowanie szerszej - trudno mi powiedzieć jak szerokiej - grupy. Zapytani o drogę, o jakiekolwiek liczby, dane  – nigdy nie odpowiedzą nie wiem. Wolą powiedzieć cokolwiek, choćby coś kompletnie nieprawdziwego. Właściciel hotelu w Pokharze zapytany o ilość mieszkańców stolicy mówi o ośmiu milionach (w rzeczywistości przy szerokich szacunkach dotyczących aglomeracji jest to milion sześćset tysięcy), a o Pokharę, mówi o milionie (dane z encyklopedii podają dwieście tysięcy osób). Kierowca taksówki zapytany o pojemność największego w jego opinii stadionu (w Delhi) rzuca śmieszną liczbę pięciu tysięcy osób. Często jest to wręcz komiczne. Pytani o kierunek odpowiadają: „yes, yes”, zapytani o cenę najczęściej odpowiedzą: „no problem”. W wyniku tego traci się zaufanie do niemal każdej informacji od nich pochodzącej. Do tej pory nie wiem czy wierzyć w to, że w Benares powstał trzeci na świecie i pierwszy w Azji uniwersytet. Głupieje się w obliczu natłoku i poplątania informacji na temat ich wierzeń (czy oni sami to ogarniają?). Zdaje się też czasami, że do nazwania tych co najmniej kilku tysięcy świątyń hinduskich potrzebują zaledwie czterech słów - Shiva, Kryszna, Golden, Monkey - jako przedrostka do temple. Czy w ten sposób chcą ułatwić życie turystom nie narażając ich na konieczność zapamiętywania trudnych nazw? Kolejny przykład z hotelu w Chennai. Cztery razy prosiliśmy o nóż, kiwali głową nic nie rozumiejąc, zanim wreszcie, po kilkunastu minutach jeden z nich się połapał i rozpoczęło się wielkie poszukiwanie długo oczekiwanego sztućca.

Kathmandu (Nepal), sobota 06.02.2010 r.

Mam mały poślizg w opisie, więc dopiero teraz opowiem o wczorajszym popołudniu w stolicy Nepalu. Jedna  z koleżanek ma tutaj znajomego Hindusa, Rahula. Nie ma jeszcze trzydziestki, od dwudziestu czterech lat mieszka w Kathmandu (z przerwą na studia w Mumbaju). Pomaga nam organizować czas w stolicy. Wczoraj woził po mieście część dziewczyn, z którymi ruszamy w dalszą podróż, a które przyjechały tu dzień wcześniej. Na dziś rano załatwił nam taksówkę do Swayambhu, Budhnilkantu i Lalitpur oraz Sub Metropolitan City - całość od godziny dziewiątej do szesnastej kosztowała naszą trójkę 1300 rupii nepalskich. Rahul pomaga nam też zorganizować nocny transport do Pokhary. Wczoraj wieczorem zabrał nas też do bardzo przyjemnej knajpy. Pojedliśmy lokalnie - kaczka w miejscowym sosie, różne zupy i cała masa innych specjałów, których nazw nie pamiętam. Wcześniej, jeszcze w Delhi, razem z naszym kierowcą próbowaliśmy odważnie hinduskiej kuchni. Trochę nas bawiło, że piwo podają tak wolno i z taką celebracją jakby było to co najmniej dobre wino. Dla kontrastu, wieczorem udaliśmy się razem do klubu, zaskakująco nowoczesnego, gdzie grano koncert rockowy, a my napiliśmy się miejscowych drinków. Schodząc na niższe piętra (nasz pub był na samej górze) właściciele otwierali zaryglowane dla miejscowych drzwi, kłaniali się nam i zapraszali: „Sir, please come”.

ImageCzęstym problemem są przewodnicy. Na początku zdecydowaliśmy się ich wynajmować. Niemal zawsze jednak odbywa się to bardzo nieformalnie i potem bywa, że powstają niekomfortowe sytuacje. Pierwszy pan otrzymał ode mnie 100 rupii nepalskich (chciał 5 euro). Przewodniczka w Budhanilkanta – młoda Nepalka Sharmila – bardzo starała się zrobić dobre wrażenie, ale po otrzymaniu 100 rupii powiedziała z promiennym uśmiechem, że za to nie kupi sobie przecież nawet nowego ubrania i że prosi o 500 (ostatecznie kolega dał jej 200). W pewnym momencie byliśmy już mocno zmęczeni natłokiem informacji na temat hinduskich wierzeń, zwyczajów i legend. Nie mieliśmy też przekonania co do wiarygodności wszystkich przekazywanych nam informacji. Ponadto męczącym stawało się ciągłe odpędzanie od kolejnych oferujących- wszystko-przyjaciół. Niektórzy byli potem oburzeni tym, że nie chcemy słuchać tego co mówią.

Kilka spostrzeżeń. Niesamowita bieda. Mnóstwo tu żebraków. Brudu. Głodnych, obdartych dzieci. Wychodząc rano po chleb zapłaciłem za niego 30 rupii nepalskich (0,7 PLN) płacąc banknotem pięciuset-rupiowym co wywołało na tym małym stoisku wielkie poruszenie.

ImageWszyscy handlują, prawie nikt nie kupuje. Wszystkie dziewczyny w wieku powyżej dwudziestu lat noszą na rękach kilkuletnie już dzieci. Wielu ludzi wegetuje wykonując drobne, przekraczające nasze wyobrażenia czynności. Tu przypomina mi się opowieść mojego znajomego Duńczyka, o tym, że w toalecie zastał człowieka, którego jedyną rolą było odkręcanie kurka w kranie i regulowanie odpowiedniej temperatury wody. Większość ulic ciągle pozbawiana jest elektryczności, a wygląda tak, że w Polsce prawdopodobnie mało kto odważyłby się w nie wejść. Mimo to, po dwóch dniach spacerów – zaskakująco szybko, wydaje mi się – zaczynam się czuć zdecydowanie pewniej.

Przed chwilą wróciłem z kolegą ze do sklepu, w którym wczoraj poznaliśmy Rahula. Dziewczyny, które pojechały z nim na wycieczkę nie pojawiły się w hotelu na 18, co było umówioną porą. Nie odbierały telefonu, nie odpowiadały na sms-y. Sklep był niestety zamknięty, ale od taksówkarzy z postoju udało nam się uzyskać numer telefonu jego ojca. Zadzwoniliśmy do niego z hotelu, dał nam numer Rahula, dopiero po rozmowie z nim w końcu się uspokoiliśmy, bo okazało się, że jedzie i będzie z dziewczynami za piętnaście minut (od tego czasu do teraz minęło już ponad czterdzieści – to dobry obraz tego jak pracuje czas indyjski). Mamy tu element hinduskiej logiki. Hindus nie organizuje. Planuje fatalnie. Wczoraj np. zamiast pojechać ze sklepu prosto na obiad, najpierw mieliśmy dziwny, kilkunastominutowy spacer do domu Rahula po jego samochód, a po przejechaniu nim kilkuset metrów w siedem osób zatrzymała nas policja i trzeba było brać taksówkę. Generalnie zamiast kilku minut, trasa zajęła nam półtora godziny.

ImageZabawnie było także, gdy jechaliśmy taksą na lotnisko w Delhi. Nie tylko dlatego, że nasz kierowca miał rozpadające się auto i słabo mówił po angielsku. Czekaliśmy np. około dwudziestu minut, żeby zatankować. Zapytany o figurki ustawione na desce rozdzielczej stwierdził, że się do nich modli, ale zaraz potem oznajmił, że nie jest „hindu” tylko „muslim” (co z uwagi na figurki jest bardzo ciekawe). Po moich pytaniach  zaniepokoił się nieco. Nastała cisza po której zapytał: - „Any problem?” – „Not at all” – odpowiedziałem. Zapytał nas o wyznanie, na co odpowiedziałem mu, że pochodzę z chrześcijańskiego kraju, po czym, już do końca podróży byliśmy dla niego Żydami z Izraela.
{mospagebreak}
Pokhara (Nepal), niedziela - wtorek 07-09.02.2010 r., godz.19:40

Chcąc oszczędzić i czas i pieniądze, zdecydowaliśmy, że sensownie byłoby z Kathmandu do Pokhary przejechać nocą, dotrzeć tam jeszcze przed świtem i zobaczyć wschód słońca nad Himalajami zaraz po przyjeździe. Okazało się jednak, że pewne sprawy przerosły nasze europejskie wyobrażenia o tym jak taki przejazd mógłby być zorganizowany. Znajomy z Kathmandu pomógł nam negocjować niektóre kwestie z jednym z nielicznych przewoźników, który na nocną podróż się zdecydował – za nie byłe jaką zresztą sumę dwunastu tysięcy nepalskich rupii. Zaskoczeniem był dla nas fakt, gdy o umówionej godzinie stawił się nie tylko on, ale grupa trzech osób, z których jako kierowca przedstawiony nam został co najwyżej siedemnastoletni (jak twierdził) chłopaczek. Rahul jeszcze przed odjazdem, po tym jak zjedliśmy wspólną kolację, poprosił mnie na bok i oznajmił, żebyśmy nie zgadzali się na żadne postoje poza dużymi miastami, bo to znak, że … mogą coś kombinować.  Ciekawe jak mielibyśmy się nie zgodzić – pomyślałem. W zasadzie przez cały przejazd zastanawiałem się, czy będziemy mieli jakieś problemy. Dodatkowo nasz młody kierowca już po trzech godzinach był zmęczony, chciał spać. Nie zgodziliśmy się na to i w dalszej części podróży widać było jak ze sobą walczy, ciągle ziewa i próbuje się cucić na różne sposoby. Na moje uwagi, żeby ze sobą rozmawiali, albo że jest zmęczony reagowali z pretensjonalnym oburzeniem, prawie agresją. Poczęstowałem ich gumą do żucia co na chwilę poprawiło sytuację.

ImageDroga była wąska i kręta, często dziurawa. Bardzo słabo, a często w ogóle nie oświetlona. Mogę się tylko domyślać jak strome były niektóre jej fragmenty, gdyż niemal ciągle jechaliśmy pod górę. Dodatkowo zdawało się, że tamtejsi kierowcy za punkt honoru obierali sobie najpierw zmieniać pas jazdy, potem przyspieszając najeżdżać na siebie, by w ostatniej chwili dynamicznie skręcając wymijać się już na swoich pasach. Po pierwszych kilku takich manewrach patrzyliśmy na siebie z niepokojem, potem nawet trochę przywykliśmy, chociaż do końca trasy każdy samochód z naprzeciwka dostarczał nowych emocji. W końcu zdecydowaliśmy się na postój, mieliśmy trochę zapasu czasu, a nasz kierowca był wykończony. O umówionej godzinie próbowaliśmy go dobudzić. Lekko zamroczony podniósł tylko głowę, a gdy nas zobaczył, znowu schował się pod kocem. Skonsternowani nie widzieliśmy co robić. Pomysłów było kilka, w końcu jednak udało nam się go dobudzić i namówić do dalszej jazdy. Teraz, z perspektywy czasu, wydaje się to nam nawet śmieszne, ale przed wyjazdem i w jego trakcie, naprawdę różne myśli przychodziły nam do głowy. A pole manewru mieliśmy naprawdę niewielkie. Sami, pośrodku niczego w kraju Trzeciego Świata, środek nocy i podpowiadająca różne scenariusze wyobraźnia.

Do Pokhary dotarliśmy około piątej rano. Większą część górskiej serpentyny pokonaliśmy samochodem, ale zostało jeszcze około czterdziestu minut pieszej wspinaczki. Po wypiciu herbaty w jednej z przydrożnych nepalskich chatek, dotarliśmy na górę około szóstej. Zmęczeni i zmarznięci po nieprzespanej (albo słabo przespanej) nocy. Słońce zaczęło wschodzić przed siódmą. Lekka mgła dość długo ograniczała widoczność, ale po chwili zaczęły się pojawiać pierwsze siedmiotysięczniki , potem wyłonił się szczyt najwyższy - mierzący 8167 m n.p.m. majestatyczny Dhaulagiri, do połowy XIX wieku uważany za najwyższą górę świata. Młody chłopaczek z którym przyjechaliśmy, twierdzący, że miał szesnaście lat, mimo iż wyglądał na co najmniej cztery lat mniej, pełnił rolę przewodnika wskazując nam szczyty i opowiadając od czasu do czasu o kolejnych elementach krajobrazu. Część turystów, głównie – jakżeby inaczej – Japończyków,  robiła zdjęcia. Kontemplacja. Chłodne powietrze. Jakby inny styl życia tutejszych. Dziwne uczucie – być tu, w Nepalu i obserwować wschód słońca w Himalajach. Kto by pomyślał kilka miesięcy temu?

ImagePopołudniu tego dnia urywając się z hotelu pozbawionego elektryczności i ciepłej wody, udaliśmy się do Starej Pokhary. W porównaniu do Kathmandu jest tu dużo ciszej, spokojniej. Ludzie są bardziej naturalni, jakby bardziej nas ciekawi. Sprzedawcy nie są nachalni. Praktycznie nikt nie wyciąga ręki po pieniądze. Jemy obiad w malutkiej, bardzo skromnej, zorganizowanej minimalnym nakładem sił i kosztów miejscowej knajpce. Płacimy 80 rupii nepalskich czyli około 8 zł za dwa duże obiady. Dużo spacerujemy. Rano kręciliśmy się jeszcze po turystycznej części Pokhary, przepłynęliśmy też łódką na wyspę, gdzie odbywał się aranżowany ślub. Młoda para sprawiała dość przygnębiające wrażenie.

Tutaj dygresja. Fakt aranżowanych ślubów, bardzo powszechny w Indiach i Nepalu, od początku był dla mnie czymś trudnym do przełknięcia. To jedna z bardziej zapamiętanych przeze mnie kwestii mówiących o różnicach kulturowych. Wcześniej sporo o tym czytałem, słyszałem opowieści, ale dopiero fakt zetknięcia się, obserwowania takiej ceremonii, daje prawdziwe poczucie zrozumienia o czym właściwie mówimy. Pierwszy raz spotkałem się z takim ślubem na malutkiej wysepce właśnie w Pokharze, gdzie odbywała się ceremonia. Jakby wyciszona atmosfera, rozmowy szeptem, brak muzyki i jakiejkolwiek fanfaronady. Odświętne, kolorowe i efektowne stroje, pan młody ubrany jak książę. Ale na twarzach głównych aktorów widowiska więcej niepewności niż radości. Zdawali się być sobie zupełnie obcy i przejmująco smutni. Ktoś powiedział mi, że nawet gdyby było inaczej, to nie wypada okazywać im radości, że należy raczej okazać żal, gdyż rozstają się ze swoimi rodzinami. Miałem jednak silne poczucie, że radości w tej dwójce nie ma wcale, choćby nawet bardzo mocno ukrytej. Do dziś większość małżeństw w Indiach (podobnie w Nepalu) jest aranżowanych, w gazetach pojawiają się ogłoszenia przedstawiające zalety dziewczynek (kasta, kolor skóry, dziewictwo, perspektywy zawodowe). Często kilkunastoletnie dziewczęta wydawane są za mężczyzn, których nigdy wcześniej nie widziały. Wśród ubogich rodzin popularne jest wydawanie za mąż już kilkuletnich dziewczynek, gdyż wtedy posag wynosi jedynie około 500 rupii – 10 dolarów. Ciągle częste są przypadki sati - spalenia wdów, rzekomo przypadkiem, podczas wykonywania prac domowych.

ImageInnym razem przypomniały mi się aranżowane śluby podczas spotkania z Alokiem - znajomym Hindusem w Varanasi. Po wymianie kilku zdań, niespodziewanie zapytał naszą koleżankę o jej plany małżeńskie. Był nie mniej zdziwiony ich brakiem niż koleżanka jego pytaniem. Chcąc wybawić ją z kłopotów, wyjaśniłem mu pośpiesznie, że w naszej kulturze nie ma nic dziwnego ani nagannego w tym, że pozostaje się bez ślubu po dwudziestym piątym  roku życia, nawet jeśli chodzi o kobietę. Sytuacja była dla mnie tym bardziej zabawna, że chwilę wcześniej pytał mnie o moją narzeczoną, a sam oznajmił mi, że dalej jest „singlem”, co sprawiło oczywiste wrażenie, jakoby robił krok w kierunku naszej znajomej. Potem, w czasie rozmów z osobami przebywającymi w Indiach dłużej, dowiedziałem się, że tego typu sytuacje i pytania zdarzają się bardzo często, by nie powiedzieć, że niemal zawsze w kontaktach Indusów z Europejkami.

Wieczorem, po spacerze po starej Pokharze, udaliśmy się z kolegą do baru w turystycznej części miasta na mecz Chelsea – Arsenal (2-0) – futbol jest wszędzie (!). Bardzo przyjemnie i wesoło było pogadać z Dave’m , Nepalczykiem tam spotkanym, który siedem lat mieszkał w Moskwie, a od dziesięciu żyje w Londynie. M.in. gorąco nas zachęcał, żeby odważnie poznawać nepalskie dziewczyny.

ImageNa poniedziałek (08.02) zaplanowaliśmy trekking po okolicach Pokhary. Wynajęty przewodnik oprowadzał nas po robiących niekiedy piorunujące wrażenie miejscach. Dziewicza przyroda, Himalaje, kwitnące rododendrony, których kwiat jest symbolem Nepalu. Mijaliśmy wioski z ciekawie się w nas wpatrującymi dziećmi, brudnymi, boso biegającymi z szeroko pootwieranymi oczyma. Domy bardzo marne, pokryte strzechą. Biegające zwierzęta, najczęściej malutkie kózki. I w tym wszystkim ogromny, wręcz namacalnie wyczuwalny spokój. Po południu wysłałem kartki pocztowe do Polski i kupiłem „An Elegy for Democracy. Forget Kathmandu” – pasjonująca lektura.

Chitwan (Nepal), środa 10.02.2010 r.

Już sama trasa z Pokhary do Chitwan, przy sporym deszczu i bagażach załadowanych na dach autobusu, odkryła nam część fascynującego ogromu tutejszej przyrody. Większość trasy jechaliśmy ciągnącą się w nieskończoność serpentyną wzdłuż Karnali – najdłuższej rzeki Nepalu. Po południu zjedliśmy, a wieczór spędziliśmy na organizacji następnych dni. Pijąc wódkę (wskazana po eksperymentach z tutejszą kuchnią), pewne poruszenie wywołał w nas przebiegający po belce w domku dziewczyn szczur. Znowu nie ma ciepłej bieżącej wody, przynoszą ją podgrzaną, w wiadrach, a taki prysznic stanowi już swego rodzaju wyzwanie. Pełno tu robactwa. Za dwuosobowy pokój płacimy 150 rupii – zabawne, że dwa razy więcej wydałem dzisiaj na obiad.

ImageDzisiaj rano ruszyliśmy  na wędrówkę po dżungli do miejscowego parku narodowego. Na wstępie jeden z naszych przewodników, wymachując trzymanym w ręce kijem, powtarzał zupełnie serio, że zarówno nosorożce, jak i tygrysy zwykle nie atakują ludzi. Potem zaś przedstawił różne warianty zachowań na wypadek ich spotkania. Z trójką przewodników kręciliśmy się po parku około czterech godzin, widzieliśmy jednak tylko ptaki, kilka saren i małp. Więcej szczęścia mieliśmy za to na popołudniowym safari jeepem, gdzie oprócz krokodyli, gwiazdą przedstawienia był długo pozujący do zdjęć, z odległości zaledwie kilku metrów nosorożec. Tego dnia, przed popołudniem widzieliśmy też bardzo dla nas efektowną kąpiel słoni. Ciekawe jest to, jak szybko przyzwyczajamy się do niedawno jeszcze dziwnych dla nas obrazków – choćby słoni na ulicach, stanowiących tu normalny środek transportu.

Zastanawiałem się też z resztą grupy nad mentalnością tutejszych ludzi i nad tym, czy mamy prawo do moralnej oceny ich zachowania. Dlaczego, choćby zniszczona podczas II wojny światowej Polska, mimo narzuconego jej na wiele lat systemu komunistycznego, potrafiła stać się stabilnym i szybko rozwijającym się państwem. Tymczasem tu panuje tak straszny marazm, a jedynymi pomysłami na rozwój i zarobek są te związane z turystami z zachodu. Bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę uzurpacji z ignorancją oceniając coś, czego wartości być może dostrzec w naszej optyce nie potrafimy. Faktem jednak jest wszechobecna bieda i cywilizacyjne zapóźnienie. Czy winni są europejscy kolonizatorzy jak mówi nam obecnie większość mainstreamowych źródeł? A może to tubylcza mentalność, czy różniący się od naszego system wartości? Na ile istotny jest klimat, geopolityczne położenie? A może to splot tych wszystkich i wielu jeszcze innych czynników.

ImageWieczorem byliśmy też na Tharu Culture Programme – bardzo ciekawym pokazie miejscowych tańców etnicznych w wykonaniu wyłącznie mężczyzn. Toteż jeden z kobiecych tańców wykonał przebrany facet szokując sporą część głównie zachodniej widowni. Generalnie jednak, akcent podczas występu położony został przede wszystkim na wyeksponowanie nepalskiej kultury.

O świcie wybraliśmy się na przejażdżkę na słoniach. Do dżungli wjechaliśmy na dwóch zwierzętach, uznawanych tu za niepodzielnych władców terenu. Idąc, słoń wyznacza sobie trasę tratując to co stanie mu na drodze. Żadne inne zwierzę nie jest w stanie mu zagrozić. Jednocześnie jako roślinożerca nie jest dla innych ssaków niebezpieczny. Nieco później byliśmy świadkami niesamowitego widowiska. Słonie, na których jechaliśmy poprowadzone zostały do wodopoju, gdzie szereg zwierząt w kompletnym spokoju, niespłoszonych poiło się, spacerowało i patrzyło nam prosto w oczy. Słońce przenikające o świcie zakamarki ciemnej jeszcze miejscami dżungli. Budzące się życie. Natura, harmonia i prawdziwy spokój.

ImageDopisek. Po przekroczeniu granicy nepalsko-indyjskiej i odebraniu obowiązkowych pieczątek w paszportach (Nepalski celnik wbił mi na wyjazd tutejszą swastykę), znaleźliśmy autobus do Gorakhpur. Przed wejściem pojawił się nagle, z pozoru elegancki facet około trzydziestki, z pytaniem czy mamy wykupiony bilet do Varanasi. Odpowiedzieliśmy, że tak myśląc, że chce nam takowe sprzedać. Wtedy on stwierdził, że potrzebuje nasze bilety, aby zadzwonić na dworzec i potwierdzić nasz odjazd. Nie wylegitymował się, nie przedstawił. Coraz bardziej agresywnie domagał się naszych biletów, w końcu mu je pokazaliśmy, dalej nie rozumiejąc jego roli, nabierając za to coraz większych podejrzeń. Nie wiedzieliśmy czy jest w jakimkolwiek kontakcie z obsługą autobusu, nie było w pobliżu nikogo z kierowców ani sprzedających bilety, których można by o to zapytać. Cały czas byliśmy sceptyczni, więc gość kilka razy wykrzyczał w nerwach formułkę, że skoro tak, to możemy wracać z powrotem do Nepalu (jakkolwiek dziwne i abstrakcyjne, by to w tej sytuacji nie było). Zrobił jakąś parafkę na wydruku naszego biletu, potem na swoim i … ogłosił, że za potwierdzenie pobiera opłatę w wysokości 390 rupii. W reakcji na to natychmiast stwierdziłem, że nie ma mowy i że w tej chwili idę na policję. Facet  się spłoszył i zaczął uciekać. Inny (pewnie będący z nim w zmowie) rzekomo zaczął nas uspokajać, niby to oglądając nasze bilety i z uśmiechem, życzliwie je nam oddając. Też był chyba tą groźbą policji przejęty, bo razem z naszym, oddał nam kilka innych, przejętych od zagranicznych turystów biletów. Pociąg z Gorakhpur do Varanasi miał godzinę opóźnienia, ale dojechaliśmy nim na miejsce bez większych komplikacji. I bez wcześniejszego potwierdzenia.
Image
Varanasi (Indie), czwartek - sobota 11-13.02.2010 r.

Na początku to było irytujące. Teraz, po około godzinie zaczynam się przyzwyczajać. Chrapanie wydaje się mieć jakiś rytm, jakąś prawidłowość. Po krótszym dźwięku, przychodzi dłuższy, głębszy, potem bardziej przeciągły. Po dłuższym czasie zaczynam odróżniać, który skąd dochodzi, wyobrażam sobie kto wydaje z siebie takie chrapnięcie. Większość przypomina parskanie konia. Stada koni. Dochodzi ze wszystkich stron. Osacza. Rodzi dziwny stan. Niepokój? Bardziej pasuje  tutaj inne słowo, ale w tej chwili nie mogę go odnaleźć. Ryszard Kapuściński pisał, że aby zrozumieć miejscowych należy z nimi żyć. Spać tam gdzie oni i jeść to co oni. To na pewno prawda. Często pewnie przychodzi się wtedy zastanawiać nad granicą poświęcenia. Teraz np. krążą mi po głowie myśli – pytania. Ludzie dookoła ciężko oddychają. Kaszel. Jakie choroby są jego przyczyną? Czy są zaraźliwe? A jeśli tak, to czy są groźne? Z drugiej strony osłabła jakby moja wrażliwość na wszechobecny brud i nędzę. Każde kolejne miasto zdaje się zwiększać moją tolerancję. Nie robią już wrażenia żebrzące dzieci, ani pełzający i pozbawieni niektórych członków żebracy. Jemy w różnych – jeszcze niedawno zupełnie nie wchodzących w grę miejscach,  na razie udaje nam się przez to przechodzić bez większych komplikacji. Nie sposób jednak nie wzdrygnąć się wewnętrznie na widok setek (może więcej?) osób, stłoczonych na dworcowych posadzkach w Gorakhpur i Varanasi. Jeden z żebraków, pozbawiony nóg,  agresywnie się do mnie czołgał, pobrzękując raz po raz miseczką. Co chwilę napotyka się na wymiociny albo mocz, które tutaj chyba nikogo ani nie dziwią ani nie obchodzą. W drodze od granicy do Gorakhpur, na środku przepełnionego autobusu, nikogo specjalnie nie poruszył wymiotujący na podłogę przez kilkanaście minut chłopiec.

ImageW Varanasi spotkaliśmy się w hotelu ze znajomymi koleżanki, mieszkającymi tu i pracującymi Hindusami, Alokiem i jego kolegą. Przekonywali nas, że to tylko ludzie opowiadają złe historie o Benares, że wszelkie negatywne opowieści i stereotypy o tym mieście są na siłę kreowane. Jakże jednak ze swoją europejską wrażliwością reagować na to co widzę? Choćby dziś, po wjeździe do miasta, gdzie w czasie ulewy daliśmy się w końcu przekonać (wbrew przestrogom Lonely Planet, ostrzegającym przed naciągaczami) do wzięcia rykszy spod dworca. To co widzieliśmy po drodze to były obrazki rodem z trzeciego świata. A krótkie spojrzenia przez uchylone czasami drzwi pozwalały niemal zajrzeć tej przerażającej rzeczywistości w oczy.

Kolejny przystanek. Zajmuję górną pryczę w pociągu ostatniej klasy. Mam doskonały punkt obserwacyjny. Leżę około pół metra ponad głowami przechodzących Indusów. Niezrozumiały język. Dziwne odczucia. Mimo tych wszystkich okoliczności czuję się jednak bezpiecznie. Otaczają mnie głównie starsi ludzie o życzliwych twarzach i spojrzeniach. Mam nadzieję, że to się nie zmieni do końca podróży.

Wydźwięk tego co pisze może być bardzo negatywny, a to oczywiście tylko część prawdy. Przede wszystkim mimo tej wielkiej nędzy to do tej pory, nie licząc kilku naciągaczy, nie spotkało nas nic złego. Większość ludzi chętnie pomaga. Choćby ci dwaj koledzy z Varanasi, poproszeni by zabrać nas do sklepu, uparli się, że pojadą sami, bo my jesteśmy ich gośćmi -  choć przecież byliśmy w hotelu - i kupili nam prowiantu na naszą podróż pociągiem.

Varanasi ma w sobie coś magicznego. „Stare i legendarne, oddane Siwie, wieniec odrapanych pałaców powoli obsuwających się do Gangesu, ideał pielgrzymów, raj śmierci”. Podobno już brytyjscy kolonizatorzy zachwycali się jego tajemniczą aurą, mistyką. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie obserwacja hinduskich ceremonii w tutejszych ghatach (jest ich tu osiemdziesiąt), tym bardziej, że do miasta trafiliśmy w okresie najważniejszego dla Hindusów święta. Płyniemy łodzią po Gangesie – najświętszej hinduskiej wodzie, w której dorzeczu rodziła się indyjska kultura. Kremacje w Jalasai Ghat, wedyjskie śpiewy brahminów, muzyka, kadzidła, lampki oliwne, kwiaty, bujne kolory. Setki tysięcy Hindusów obmywających się w rzece w oczekiwaniu na mokszę. Niewiele z tego z pewnością zmieniło się przez ostatnich kilkaset lat. Choćby te wąskie, brudne uliczki zapełnione pielgrzymami i chodzącymi swobodnie krowami, wszechobecny zapach rozkładającego się łajna. Ponad trzy tysiące świątyń. Malowniczość. Masa fabryczek i sklepików z jedwabiem. Jak powiedziała spotkana w hotelu Francuzka, która była tu po raz pierwszy piętnaści lat wcześniej, miasto pozostało takie samo, więcej jest jedynie samochodów i telefonów komórkowych.

Ganges jest  najświętszą rzeką dla wszystkich hindusów. W Indiach zresztą znaczenie rzeki jest szczególne. J.C. Carriere pisze: „Indie wolą rzekę od morza. W spływie wody niosącej zarówno urodzaj jak i zagrożenie, widzą niewyczerpany zasób uczuć i symboli. Morze nie przemawia do Hindusów. Nigdy nie otaczali go czcią. Nigdy go nie podbili. Jest raczej przeszkodą niż przyjacielem. Rzeka przeciwnie: jest zarazem obrazem przestrzeni i czasu, życia i śmierci, stałości i odnowy. Większość wielkich, świętych miejsc leży nad brzegiem którejś rzeki, a czasem takim miejscem jest sama rzeka, którą od źródeł do ujścia zdaje się otaczać nadprzyrodzona opieka”.

W Varanasi widzieliśmy też kilka świątyń hinduskich. Nie było komfortowym zdejmowanie obuwia przed każda kolejną, zwłaszcza w obliczu padającego intensywnie deszczu. Niektóre obrzędy były zastanawiające, niemal wszystkie – pewnie  ze względu na moją ignorancję - dla mnie niezrozumiałe. Jednak gros z nich ocierało się, czy wręcz emanowało kiczem. Nijak w tych dziecinnych często obrazkach nie mogłem  doszukać się mistyki, poważnej głębi. Wydaje mi się, że zdecydowanie łatwiej byłoby mi o to np. w buddyzmie. Ale jak już napisałem jestem laikiem jeśli chodzi o obie te religie.

Nawiązując do wydanej niedawno książki Jeana-Claude Carriera, muszę napisać - może dlatego, że jestem już bardzo zmęczony, pisząc te słowa w sypialnym wagonie ostatniej klasy - że w Indiach trudno mi się będzie zakochać. Fascynują na pewno przeróżne ich aspekty. Ogromna jest ich ciekawość, ale pełnym i bezwarunkowym moje uczucie względem nich nie będzie.

Ciąg dalszy nastąpi...