Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję

Strefa wiedzy

Wykonanie: Delta Interactive
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka 8 lat Baracka Obamy na Bliskim Wschodzie

8 lat Baracka Obamy na Bliskim Wschodzie

23 styczeń 2017
A A A

Obejmującego w 2008 roku urząd Baracka Obamę już na samym początku prezydentury czekało wiele wyzwań. Prezydent elekt musiał zmierzyć się z niepopularnym wizerunkiem państwa, którego wiarygodność na arenie międzynarodowej podważył George W. Bush. Obama, przedstawiając swój pomysł na politykę zagraniczną, za priorytet obrał m.in. wprowadzenie pokoju na Bliskim Wschodzie oraz ocieplenie stosunków z Iranem. Nowy przywódca musiał oglądać się na przeszłość i jednocześnie zmierzyć się z przyszłymi sporami, których rozwiązanie nie pokrywało się z jego życzeniową doktryną. Czy Obama spełnił przedwyborcze obietnice, czy jego decyzje od początku były nieadekwatne do rzeczywistości?

Politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych w początkach państwowości cechował izolacjonizm. Wraz ze zmianami w polityce międzynarodowej zmieniło się także podejście USA do sojuszy. Mimo że w całej historii nie znajdziemy wiele wypowiedzianych oficjalnie przez Kongres wojen, to USA niejednokrotnie po II wojnie światowej były zaangażowane w konflikty zbrojne na całym świecie. W 2009 r., w momencie objęcia urzędu, chęć Obamy do wszczynania wojen była nieco mniejsza niż u jego poprzednika George W. Busha. Mimo to Stany Zjednoczone nie powstrzymały się od różnych interwencji, a Obama został głową państwa w niesprzyjającej koniunkturze międzynarodowej: dwa lata przed Arabską Wiosną oraz kilka lat po wojnie w Afganistanie i Iraku, gdzie przy tej ostatniej USA nadszarpnęły swój wizerunek zwłaszcza w Europie. Przed prezydentem elektem pojawiło się duże wyzwanie, jak odbudować nie tak już popularny wizerunek mocarstwa, które niegdyś uchodziło za „policjanta świata”, a tymczasem ten sam świat po jego dwóch nieudanych interwencjach zaczyna wątpić w ich legalność i słuszność.

Po rewolucji, jaką przeprowadził George W. Bush za swojej pierwszej kadencji, wprowadzając radykalne zmiany w strategii bezpieczeństwa narodowego, przed 44. prezydentem mocarstwa stanęło wiele trudnych decyzji. Administracja Busha zostawiła przyszłą głowę państwa w stanie permanentnej wojny z terroryzmem oraz z eskalacją konfliktów na Bliskim Wschodzie. „Doktryna Obamy” była mniej ekstrawagancka niż „Doktryna Busha” i zakładała zmniejszenie zaangażowania się militarnego w regionie (m.in. wycofanie wojsk z Iraku). Obama już na początku napotkał kolejne przeszkody, które do tej pory nie pozwoliły odbudować mu pozytywnego wizerunku w krajach arabskich. Barack Obama jako tzw. „lame duck” nie zdziała już wiele na arenie międzynarodowej, tym bardziej nie przyniesie pokoju w krajach arabskich, dlatego czas podsumować jego niektóre działania.

Irak 2.0

Barack Obama, rozpoczynając w 2007 r. kampanię prezydencką, na jedno z pierwszych haseł wybrał sprzeciw wobec wojny w Iraku. Już rok przed początkiem wojny w 2003 roku mówił, że ewentualna interwencja zbrojna byłby zwyczajnie głupia. Taka postawa była Obamie na rękę i współgrała z ówczesnymi nastrojami wśród demokratów. Departament Stanu na okres jego pierwszej kadencji za priorytet wobec Bliskiego Wschodu obrał odbudowę demokratycznego i samodzielnego Iraku, który w końcu stałby się bezpiecznym  krajem dla swoich obywateli.  Obejmując władze obiecał szybkie wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku i zmniejszenie zaangażowania Stanów w tym rejonie. Obama podobnie jak Bush nie przewidział, że obalenie reżimu Saddama Husajna nie zagwarantuje stabilności Iraku, a Al – Kaida zajdzie na dalszy plan, a jeszcze większym zagrożeniem zostanie tzw. Państwo Islamskie, które wyrosło na gruzach Iraku i Syrii.

Rozpoczynając w 2003 roku wojnę w Iraku Waszyngton był przekonany, że Husajn nie dopełnił oenzetowskich zobowiązań w związku ze zniszczeniem broni chemicznej znajdującej się na terytorium kraju. Bush otrzymał w Kongresie zezwolenie na wypowiedzenie wojny, tłumacząc potrzebę inwazji posiadaniem broni masowego rażenia oraz zwłaszcza tym, że Irak jest wrogo nastawiony do USA, co udowadniano próbą zamachu na życie Busha Seniora. George, jak przystało na temperamentnego Teksańczyka, postawił na wojnę prewencyjną i uderzył na Irak wbrew ONZ i społeczności międzynarodowej.

Tym sposobem Obama dostał w spadku 156 tysięcy amerykańskich żołnierzy stacjonujących na terenie Iraku. W kampanii wyborczej obiecał, że już w ciągu 19 miesięcy od objęcia władzy wycofa ponad 50 tys. z nich. Wkrótce potem stwierdził, że większość wojsk zostanie jednak dłużej – do wyborów w Bagdadzie w 2010 r. Nie była to rażąca modyfikacja przedwyborczej obietnicy tym bardziej, że zgodnie z porozumieniem między Bushem a premierem Malikim całość wojsk miała opuścić Irak w 2011 r. Do pewnego czasu wszystko układało się pomyślnie dla Obamy, a w Iraku panował względny spokój. Koniunktura sprzyjała, a wycofanie amerykańskich wojsk wydawało się formalnością. Po wyborach w 2010 r. nadal czasem dochodziło do zamachów i zamieszek. Obama nawet jeśli chciał zatrzymać wojska dłużej po 2011 r., to nie było już do tego sposobności. Administracja oczywiście chciała mieć nad Irakiem chociażby kontrolę polityczną, ale Irakijczycy chcieli działać samodzielnie. Niestety życzeniowe myślenie Obamy, jakoby zdławiony zbrodniczym reżimem Saddama Husajna kraj nagle znalazł drogę do demokracji, która przyniesie pokój, nie spełniło się.  

Dzisiaj Obama przyznaje, że polityka USA wobec Iraku była porażką. Nie budzi wątpliwości fakt, że Saddam Husajn był zbrodniarzem, jednak gdy go zabrakło w kraju, nasiliły się etniczne i religijne konflikty, a w Bagdadzie toczy się walka o wpływy polityczne. Irak to państwo plemienne, które dzisiaj nie ma jednej realnej władzy, a „każdy sam jest sobie panem”. Wycofanie się wojsk amerykańskich jednocześnie dało szanse ponownie zaistnieć konfliktom, a niestabilna rzeczywistość pozwoliła zainstalować się Państwu Islamskiemu, które kontroluje część terytorium Iraku. Dzisiaj prasa wprawdzie donosi o regularnych atakach terrorystycznych w Bagdadzie, jednak tak jak powiedział kiedyś były premier Iraku: „Ameryki to nie obchodzi”. Niestety USA faktycznie nie są tak bardzo zainteresowane Irakiem, jak w 14 lat wcześniej. Szkoda, że przez 8 lat Obama nie był tak samo zdeterminowany jak Bush, który zaprowadził kraj na wojnę, i dla odmiany nie pokusił się o strategię polityczną dla Iraku już po wycofaniu wojsk.

„Operacja libijska wolność”

W 1969 r. w wyniku bezkrwawego zamachu stanu rządy w Libii objął Muammar Kaddafi, proklamując Wielką Arabską Libijską Dżamahirijję Ludowo-Socjalistyczną. Mimo jego wielu dziwactw Kaddafi z początku przekonał do siebie społeczeństwo, rozbudowując państwo opiekuńcze. Niestety oprócz tego, że zapewnił swoim zwolennikom darmową naukę, leki i mieszkania, wspierał regionalny terroryzm oraz więził opozycję. Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, gdy rodziny więzionych opozycjonistów zaczęły domagać się kontaktu i wiadomości o zatrzymanych. W 2011 r. sprawa masakry w więzieniu Abu Salim ujrzała światło dzienne, gdy znaleziono masowe groby represjonowanych więźniów, a Libią znów zaczęła interesować się społeczność międzynarodowa.

Bushowi i Clintonowi udało się ujarzmić Kaddafiego na drodze dyplomacji. Zrezygnował on z rozwijania programu nuklearnego, zapłacił odszkodowania rodzinom ofiar zamachu z Port Ann. Sam Kaddafi walczył z dżihadystami, którzy uważali, że filozofia, jaką on wyznaje, jest karykaturą islamu. W 2011 r. światem islamskim zaczęła rządzić rewolucja. Dyktatorzy upadali jeden po drugim, ale z początku nic nie wskazywało na to, aby do tej pory niewzruszalnemu Kaddafiemu miało również coś zaszkodzić. Jednak wraz z rosnącymi dziwactwami pułkownika zaczął rosnąć także jego radykalizm. Społeczeństwo miało dosyć także hojnego obdarowywania sąsiednich krajów afrykańskich, a kraje te nie chciały silnej ingerencji dyktatora w swoje sprawy wewnętrzne.

Gdy doszło do przewrotu w 2011 r., Kaddafi miał już praktycznie samych wrogów. Stany Zjednoczone (mimo że niechętnie) musiały podjąć międzynarodową debatę odnośnie do interwencji w Libii w celu ochrony cywilów, których Kaddafi kazał mordować, jeśli tylko mu się sprzeciwią. Obama po wcześniejszych nieudanych operacjach militarnych nie był chętny, aby poczynić stanowcze kroki w stosunku do Libii. Do interwencji parły głównie Wielka Brytania i Francja, których to interesy najbardziej cierpiały, ponieważ Kaddafi szachował ropą wedle swojego uznania. USA świadome konsekwencji, jakie pochłonęły wcześniej konflikty w krajach Bliskiego Wschodu,  nie były chętne do bezpośredniego zaangażowania. Jednak pod naciskiem opinii międzynarodowej, Francji oraz Wielkiej Brytanii ogłosiły swoje zaangażowanie w konflikt. Jako światowe mocarstwo, które szerzy moralność, humanitaryzm i demokrację, postanowiły interweniować. NATO na mocy rezolucji zostało upoważnione do nalotów. Obama posunął się jednak o krok dalej niż było to planowane i oficjalnie ogłosił, że Kaddafi musi zostać usunięty z urzędu. Wojska NATO skupiły się w dużej mierze na lokalizacji Kaddafiego i bombardowaniu jego sił. W efekcie bombardowań libijski przywódca został ranny, a następnie zamordowany przez rebeliantów, o czym mówi m.in. Lindsey Hilsum w swoim reportażu pt. „Burza Piaskowa” czy Tadeusz Zieliński opisujący powietrzny wymiar działań bojowych w Libii.

Barack Obama podczas przemowy w sprawie Libii 28 marca 2011 roku. Zdjęcie: Wikimedia Commons/Jatkins

Dzisiaj,  5 lat od interwencji w Libii, kraj ten nadal pogrążony jest w chaosie. Sam Obama przyznał, że obalenie libijskiego dyktatora nie było do końca przemyślane. Kraj stał się wylęgarnią terroryzmu, obywatele mogą zapomnieć o jakiejkolwiek pomocy ze strony państwa, w którym nadal nie może uformować się jednolity rząd. Interwencja NATO dała też do myślenia, co tak naprawdę legitymuje organizację do działania. Członkom organizacji chodzi o dobro cywili, czy realizację własnych partykularnych interesów? Kto dał NATO prawo do usunięcia Kaddafiego? Dlaczego, gdy politycy z RPA proponowali przerwanie ognia i pokojowe przejście do demokracji w Libii, na co przystał Kaddafi, Waszyngton nie chciał słuchać? To kwestie, które nadal są tematem debaty międzynarodowej. Odpowiedzi nie trzeba długo szukać. Kaddafi po prostu nie podobał się Zachodowi. Był krytykiem neokolonializmu, był wrogo nastawiony do Izraela, krytykował wojnę w Iraku. Wielokrotnie atakował NATO i ONZ. Zakazał tworzenia baz amerykańskich i brytyjskich na terenie Libii. W dodatku Bank Centralny Libii był niezależny od międzynarodowego systemu bankowego, nie posiadał żadnych długów.

Niestety Stany Zjednoczone nonszalancko przyczyniły się do upadku dobrze rozwijającego się kraju, który jeszcze w 2010 r. był jednym z najszybciej rozwijających się państw afrykańskich.  Interwencją w Libii administracja Obamy pokazała, że Stany Zjednoczone dalej prowadzą egoistyczną politykę, wykorzystując status mocarstwa i przyznając sobie prawa do wybiórczego usuwania dyktatorów.

Syryjska puszka Pandory

Od lat 70. w Syrii rządzi klan Assadów, wywodzący się będącej odłamem islamu grupy alawitów. Alawici liczą aż 10% całej populacji i są najliczniejszą mniejszością w kraju. W 2000 r. Baszszar al - Asad objął rządy w Syrii po śmierci swojego ojca Hafiza. Mimo że Stany Zjednoczone od razu po objęciu urzędu wzięły Baszara al-Assada na moralny celownik i wpisały do krajów „osi zła”, z początku nie mówiono o potrzebie usunięcia go z urzędu.  Jeszcze przed arabską wiosną al-Assad obiecał pewną liberalizację kraju, ale daleko było mu do demokraty, a zmiany przeprowadzane były zbyt mozolnie. Ludzie jednak byli niecierpliwi i w styczniu 2011 r. wyszli na ulicę, skandując przeciwko władzy. Protesty najpierw ogarnęły prowincje Syrii, powoli zmierzając do centrum kraju. Armia brutalnie rozprawiła się z demonstrantami, a media donosiły o krwawym reżimie. W tej sytuacji przede wszystkim Zachód, który prawa człowieka i demokracje wynosi na piedestał, nie mógł pozostać obojętny. Kwestią czasu było publiczne stwierdzenie przez Obamę, że Assad musi ustąpić. Inwazja lądowa była niemożliwa, zresztą sam prezydent nie był chętny wysyłać po raz kolejny wojska na tereny Bliskiego Wschodu.

W  2013 r. Barack Obama wyznaczył tzw. czerwoną linię, którą było użycie broni chemicznej wobec rebeliantów. Złamanie przez którąś z wojujących stron zakazu i użycie broni miałoby doprowadzić do interwencji wojsk zachodnich w celu ochrony cywilów. Takie postawienie sprawy przez administrację Obamy nie pomogło w uniknięciu walk, lecz umiędzynarodowiło konflikt.  Niedługo potem pojawiły się doniesienia o przekroczeniu owej linii przez rząd Assada. Prasa, telewizja, ani  żaden rząd nie podały do informacji publicznej dowodów, aby Syria jako pierwsza złamała ten zakaz, jednak wobec rozgłosu mediów, które  parły do interwencji humanitarnej nie miało to już większego znaczenia, a armia syryjska była już wczesnej podejrzewana o używanie broni chemicznej wobec opozycjonistów. Barack Obama zwrócił się do Kongresu o zgodę na interwencję wojskową w Syrii, lecz nie uzyskał poparcia w Izbie Reprezentantów. W tym samym momencie do dyplomacji włączyła się sojuszniczka Assada – Rosja z chęcią zabezpieczenia syryjskiej broni chemicznej. Broń chemiczna została zniszczona, a Rosja zaproszona z otwartymi ramionami przez Assada do udziału w syryjskich rozgrywkach. Wyznaczając czerwoną linię, Barack Obama strzelił sobie w kolano i ułatwił zaangażowanie się Rosji, która zresztą była inicjatorem pomysłu pozbycia się broni chemicznej. W przypadku Libii Rosja poświęciła Kaddafiego, nie protestując przeciwko jego obaleniu na forum ONZ. W przypadku Assada miała zbyt dużo do stracenia i musiała chronić swoje interesy m.in. swoją jedyną bazę wojskową na Bliskim Wschodzie w porcie Tartus. W rozegraniu jakiejś bezpiecznej strategii utrudniało zaangażowanie Iranu, który dodatkowo wspierał libański Hezbollah w walce u boku Assada z opozycją. Całą sytuację z niepokojem śledził Izrael, który od początku kadencji Obamy patrzy mu dość nieufnie na ręce, a od 1967 r. jest pogrążony z Syrią w konflikcie. Sprawy wewnętrzny Syrii przerodziły się w rozgrywki polityczne między mocarstwami, które w swoich działaniach podzieliły się jak za czasów zimnej wojny.

Mimo, że Obama chciał uniknąć zaangażowania wojskowego, czerwona linia podziałała jak płachta na byka i tylko przyśpieszyła umiędzynarodowieniu konfliktu. Assad twardo sprzeciwił się ingerencji w konflikt obcych wojsk, robiąc wyjątek jedynie dla rosyjskiej pomocy. Obama jednak nie mógł pozostać bezczynny, tak więc Stany Zjednoczone szkoliły syryjskie bojówki, które miały być siłą prozachodniej opozycji. Niestety tak naprawdę nikt w USA, które po atakach terrorystycznych z 11 września mają najbardziej rozbudowany aparat administracyjny zajmujący się właśnie inwigilacją terrorystów, nie zatroszczył się o to, kogo szkoli. Dozbrajanie opozycji na rękę było sunnitom, którzy tylko czekali na sposobność obalenia Assada i współpracowali z Al- Kaidą oraz Bractwem Muzułmańskim, co stało się przyczółkiem dla powstania tzw. Państwa Islamskiego.

Gdy mocarstwa toczyły swoje polityczne rozgrywki, z walczących już nie tylko sunnitów, ale i salafitów, których Zachód nazywał umiarkowaną opozycją na terenie Syrii powstało Państwo Islamskie. Od tej pory PI stało się kolejnym wrogiem, z którym dzisiaj nie walczy już tylko Assad, ale i Stany Zjednoczone. Tutaj Obama mimowolnie musiał poddać swoją politykę refleksji i przestać przeć do obalenia Assada, a zacząć wspierać go przeciwko PI. Obama przecenił swoje możliwości, a wspieranie partyzantki nie przynosiło zamierzonych skutków. Myślał schematycznie i strategicznym błędem było przekonanie, że rząd w Syrii upadnie podobnie, jak sąsiedni dyktatorzy. Razem z Katarem i Arabią Saudyjską Obama wspierał rebeliantów, którzy nie byli prawdziwą opozycją domagającą się demokracji, lecz wprowadzenia prawa szariatu. Był pewny, że Assad zostanie usunięty z urzędu w ramach arabskiej wiosny. Zamieszki zaczęły się od sprzeciwu obywateli, którzy byli realną opozycją domagającą się demokratyzacji kraju. W Syrii powstał nawet Narodowy Komitet Koordynacyjny Do Działań na rzecz Demokracji, ale nie popierał on zachodniej interwencji, co utrudniało ewentualne rozmowy. Obama powinien wspierać właśnie tych ludzi, którzy w całej wojnie ucierpieli najbardziej, a teraz jeśli mowa o jakiejkolwiek demokratyzacji kraju, to na pewno nie w bliskiej przyszłości. Oprócz złej Strategii Obamy i zwyczajnego nierozumienia struktury Syrii na Zachodzie mści się także pokłosie kolonizacji. Syria po uzyskaniu niepodległości i wyznaczeniu jej granic bez większych refleksji stała się mozaiką kulturową. Dodatkowo w tak gorącym regionie, gdzie sunnici toczą odwieczne walki z szyitami, przy parciu Zachodu to bezwzględnego uśnięcia Assada i dodatkowym wsparciu militarnym rebeliantów, wojna była nie do uniknięcia.

W Syrii Obamie wszystko wyszło inaczej niż zaplanował. Zapomniał także, że Assad nie jest typowym wściekłym dyktatorem, a politykiem z europejskim wykształceniem, a Obama ewentualne rozmowy i negocjacje uważał za obrazę dla obywateli i wartości, jakie prezentuje Zachód. Dzisiaj z Assadem i tak trzeba będzie rozmawiać, a w Aleppo trwa powolna ewakuacja rebeliantów. Na razie nie można mówić o trwałym rozejmie, ale jest to już jakaś podstawa do prowadzenia dyplomacji chociażby dla przyszłego prezydenta Trumpa, który podobnie jak Obama dostanie w spadku bliskowschodni konflikt i prawdopodobnie będzie to pierwszą rozgrywką pomiędzy Rosją, a nową administracją Stanów Zjednoczonych.

Iran w impasie

Stosunki Stanów Zjednoczonych z Iranem jeszcze w czasach Zimnej Wojny układały się poprawnie. Gdy islamska rewolucja w 1979 r. obaliła szacha Pahlawiego i zajęto amerykańską ambasadę w Teheranie, stosunki dyplomatyczne między państwami zostały zamrożone. W latach 90. administracja Billa Clintona starała się ocieplić relacje. Jednak gdy w 2001 r. George W. Bush objął urząd i zaczął prowadzić neokonserwatywną politykę, która nie uznawała kompromisów i dyplomacji, a Iran ochrzcił „krajem zbójeckim”,nie było mowy o pokojowym dialogu. Barack Obama, zaczynając prezydenturę,swojej doktrynie postanowił doprowadzić do przełomu w stosunkach z Iranem, które poponad 30 lat są bolączką Stanów Zjednoczonych w polityce bliskowschodniej. Determinantą dobrych relacji między państwami miałoby być wynegocjowane porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego.  W 2013 r. wybory w Iranie wygrał Hasan Rowhani, który - podobnie jak Obama dla Ameryki - miał być nadzieją na nową jakość polityki.

Iran za czasów poprzedniego prezydenta Mahmuda Ahmadineżadapodchodził do dyplomacji Stanów Zjednoczonych nieufnie. Wykorzystując zaangażowanie wojsk amerykańskich w Iraku i osłabienie ich autorytetu w regionie, postanowił rozwijać program nuklearny. Ahmadineżad miał dość wybujałe ambicje co do pozycji Iranu w regionie bliskowschodnim. W jego mniemaniu jakiekolwiek rozmowy z Obamą miały być prowadzone w duchu podziału regionu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. USA ze względu na stosunki z Izraelem, jak i pozycję światowego mocarstwa, nie mogłyby na to przystać.  Kierownictwo Iranu nie chciało usiąść do stołu dyplomatycznego, odrzucając wszelkie propozycje serwowane przez Obamę, co znalazło odbicie w sankcjach nakładanych na Teheran.  Pierwsza kadencja Obamy nie przyniosła żadnych dyplomatycznych owoców.  Sytuacja uległa zmianie, gdy w 2014 r. już nowo wybranyprezydent Rowhani ogłosił politykę otwartych drzwi, a także zadeklarował, że Iran nie jest zainteresowany użyciem broni jądrowej. Długoletnie sankcje coraz silniej dawały się we znaki irańskiej gospodarce i rok później razem z Rosją, Francją, Wielką Brytanią, Niemcami i Chinami, Stany Zjednoczone oraz Iran podpisały porozumienie. Rowhani zobowiązał się do zaprzestania rozwijania programu nuklearnego w zamian za stopniowe znoszenie sankcji wobec kraju.

Dzisiaj stosunki między państwami znowu idą w zwrotnym kierunku. Kongres ponownie przedłużył sankcje o kolejne 10 lat, co Rowhani uznał za naruszenie porozumienia. Stany Zjednoczone osiągnięcie porozumienia uważają za swój dyplomatyczny sukces, jednak przez wielu polityków jest ono krytykowane i uważane tylko za chwilowe odłożenie problemu w czasie. Głównym oponentem jest premier Izraela Benjamin Ntanjahu. Izrael kilkakrotnie deklarował prewencyjne uderzenie na Iran, jeśli ten nie zaprzestanie rozbudowy programu. Netanjahu uważa, że Waszyngton jest zbyt pobłażliwy w stosunku do Iranu, który ma szansę stać się mocarstwem na Bliskim Wschodzie, destabilizując teraźniejszy układ sił. Długotrwałe ocieplenie stosunków między Iranem tak naprawdę nigdy nie będzie możliwe, ze względu na zbyt dużą ilość sprzecznych interesów. Iran jako sojusznik Assada oraz wróg Izraela i sprzymierzeniec Rosji raczej nie znajdzie zbyt wiele wspólnych tematów z Białym Domem przy dalszych negocjacjach.

Co złego to nie Obama

Obejmując fotel prezydencki w 2009 roku, Barack Obama wziął na swoje barki bardzo szczytne, ale niestety trudne do zrealizowania cele. Doktryna, którą przedstawił światu, okazała się utopią. Prezydent od początku kadencji chciał forsować przekonanie, że problemy Bliskiego Wschodu rozwiąże na drodze dyplomacji, jednocześnie wysyłając sprzeczne sygnały. Z jednej strony chciał działać „z tylnego siedzenia”,  nie decydując się na kolejne bezpośrednie militarne zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w świecie arabskim, a z drugiej na forum międzynarodowym uznał, że niektórzy dyktatorzy muszą ustąpić miejsca nowym władzom. Rebelianci, którzy uchodzili za pokojową opozycję podczas arabskiej wiosny, gdyby nie zachodnia pomoc i poparcie, nie byliby żadną realną siłą zagrażającą tamtejszym rządom. Obama potrafił przymknąć oko na islamską rewolucję w Egipcie. Gdyby stosował podobną strategię przy Libii i Syrii, prawdopodobnie konflikt zakończyłby się na polu wojny domowej i nie mielibyśmy do czynienia z eskalacją konfliktu w całym rejonie. Przez dwie kadencje Obama nie wypracował żadnej rzetelnej strategii mimo, że Stany Zjednoczone już dawno łącznie ze swoimi zachodnimi sojusznikami powinny co najmniej rozumieć społeczność arabską, która różni się pod każdym względem od Europejczyków. Obama już nawet nie fatygował się, aby próbować demokratyzacji państw bliskowschodnich. Jedyne co zafundował krajom, dla których tak zabiegał o pomoc humanitarną, to miejsce dla rozwoju Państwa Islamskiego. Za każdym razem, gdy Stany Zjednoczoną widzą gdzieś na horyzoncie  bunt opozycji, od razu budzą się w nich rewolucyjne reminiscencje, o których w polityce zagranicznej lepiej byłoby zapomnieć. Bliski Wschód może i lepiej będzie wspominał Obamę niż Busha, ale na pewno nie będzie to wdzięczność na miarę pokojowej Nagrody Nobla.

Katarzyna Kozon