Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Szkocja w Unii Europejskiej, ale poza Zjednoczonym Królestwem?

11 maj 2015
A A A

W czwartek 7 maja Brytyjczycy wybrali nowy rząd. Wyniki wyborów można uznać za niespodziankę – przedwyborcze sondaże praktycznie wykluczały możliwość zdobycia przez którąś z głównych partii większości pozwalającej na utworzenie samodzielnego rządu. A jednak – 331 mandatów Partii Konserwatywnej zakończyło marzenia laburzystów o powrocie na Downing Street 10. Olbrzymi sukces Szkockiej Partii Narodowej ponownie przywołuje pytania o przyszłość Szkotów w Zjednoczonym Królestwie.

Wyborcy głosowali w 650 jednomandatowych okręgach wyborczych, z których 533 znajduje się w Anglii,  59 w Szkocji, 40 w Walii oraz 18 w Irlandii Północnej. Najwięcej zmian na wyspiarskiej mapie politycznej przyniosły rozstrzygnięcia w Szkocji, która tym razem należała do partii Nicoli Sturgeon. SNP zwyciężyło w aż 56 okręgach – zwiększając tym samym swój stan posiadania o 50 mandatów. Zdecydowane zwycięstwo Szkockiej Partii Narodowej odbyło się przede wszystkim kosztem laburzystów, którzy w 2010 roku wprowadzili do parlamentu 41 reprezentantów ze szkockich okręgów. Tym razem Szkoci przydzielili Partii Pracy tylko jeden mandat. Niezwykle wymowne jest zwycięstwo w okręgu  Paisley and Renfrewshire South 20-letniej Mhairi Black z SNP, której ze sporą przewagą udało się odebrać mandat Douglasowi Alexsandrowi, zasłużonemu politykowi Partii Pracy, zasiadającemu w brytyjskim parlamencie od 1997 roku.

Bastionem laburzystów pozostała Walia: Partia Pracy zwyciężyła w 25 okręgach,  tracąc jeden mandat w porównaniu z wyborami z 2010 roku. Rewolucji nie było natomast w Irlandii Północnej, gdzie tradycyjnie mandaty rozdzielone zostały pomiędzy irlandzkie ugrupowania. Dedydująca  rozgrywka pomiędzy Partią Pracy a Partią Konserwatywną rozegrała się przy urnach w Anglii.

Ostatecznie Partia Konserwatywna premiera Davida Camerona (na zdj.) otrzymała 36,9% poparcia, co dało jej 331 mandatów w parlamencie i możliwość stworzenia większościowego rządu. Ugrupowanie Eda Milibanda z wynikiem 30,4% poparcia poniosło porażkę – 232 miejsca w parlamencie oznaczają utratę aż 26 przedstawicieli względem poprzedniej kadencji.

Nadchodzą zmiany?

Ogłoszeniu wyników towarzyszyły głosy krytykujące brytyjski system wyborczy. Specyficzny system jest gwarantem stabilności systemu dwupartyjnego, ale jednocześnie zamyka drogę do parlamentu mniejszym partiom. Jednomandatowe okręgi wyborcze z ordynacją większościową sprawiają bowiem, że liczba głosów oddanych na dane ugrupowanie nie przekłada się bezpośrednio na liczbę uzyskanych przez nie mandatów. Idealnym przykładem jest tutaj Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, której 12,6% głosów wystarczyło do zdobycia tylko jednego mandatu, a do parlamentu nie wszedł lider partii Nigel Farage.

Zawiodły sondaże

Bezwzględne zwycięstwo Partii Konserwatywnej przyjęto z niemałym zdziwieniem, gdyż sondaże publikowane przez największe ośrodki badawcze na przestrzeni kampanii, wliczając te z jej finiszu, wskazywały na bardzo wyrównany wyścig pomiedzy torysami oraz Partią Pracy. Komentatorzy, dziennikarze oraz politycy zgodnym głosem twierdzili, że na większościowy rząd nie ma szans. Przedwyborcze analizy skupiały się przede wszystkim na rozpatrywaniu  możliwych scenariuszy współpracy koalicyjnej pomiędzy partiami. Prawdopodobną opcją wydawało się także powtórzenie wyborów, gdyby nie udało się stworzyć stabilnego rządu. Tymczasem ostateczne wyniki przyniosły wygraną w cuglach Partii Konserwatywnej, a wynik jej głównego konkurenta – Partii Pracy – był znacznie niższy od oczekiwanego. Poparcie dla konserwatystów oraz laburzystów szacowano bowiem w przedwyborczych sondażach na 32-34% poparcia, tymczasem wynik ugrupowania Camerona był bliski 37%, a laburzyści uzyskali nieco ponad 30% poparcia.  Sondaże nie wskazywały także na katastrofalny wynik ugrupowania Nicka Clegga, które straciło 49 mandatów i pozycję trzeciej siły politycznej. Przedwyborcze badania przewidywały, że strata Liberalnych Demokratów będzie o połowę mniejsza niż okazało się to w rzeczywistości. Na Wyspach rozgorzała dyskusja nad przyczynami braku trafności sondaży, a ośrodki badawcze zapowiedziały rewizję stosowanych przez nie metod.

Nudna kampania?

Miniony wyścig o Downing Street 10 można określić za stosunkowo monontonny. Kampania w pełni ruszyła 2 kwietnia – wtedy wyborcy mieli pierwszą okazję, żeby porównać do siebie kandydatów siedmiu największych partii politycznych w bezpośredniej debacie. Obejrzało ją 7 milionów wyborców, ale pojedynek nie wyłonił zdecydowanego zwycięzcy. Kolejna debata liderów partyjnych oraz debaty tematyczne przynosiły podobne rezultaty. Dyskuje toczyły się wokół spraw związanych przede wszystkim z gospodarką: walką z deficytem budżetowym i długiem publicznym, wysokością podatków, naprawą służb publicznych w tym służby zdrowia. Za sprawą Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa emocje wywoływały kwestie związane z imigracją.

Temperaturę kampanii udało się na chwilę podnieść Institute for Fiscal Studies, niezależnemu think-tankowi, który 23 kwietnia opublikował raport na temat obietnic składanych wyborcom przez poszczególne partie odnośnie redukcji deficytu budżetowego. Opinia naukowców zgromadzonych w instytucie była zgodna: analiza programów wyborczych wykazała, że żadna z głownych partii nie przedstawiła spójnego planu  na naprawę stanu budżetu Wielkiej Brytanii. IFS zarzucił politykom „mydlenie oczu swoim wyborcom”.

W trakcie kampanii politycy ścierali się także na linii poglądów na temat relacji Londynu z Unią Europejską oraz niepodległościowych dążeń Szkotów. Ze względu na zwycięstwo Partii Konserwatywnej oraz olbrzymi sukces Szkockiej Partii Narodowej, która wyrosła na trzecią siłę polityczną, to właśnie te dwa tematy zyskują na aktualności.

Unia Europejska „zaniepokojona” zwycięstwem konserwatystów

To już praktycznie przesądzone. Najpóźniej do 2017 roku odbędzie się referendum w sprawie pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Przeprowadzenie powszechnego głosowania w tej sprawie było jedną z głównych obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej. Cameron zapowiadał także, że jeśli tylko będzie dysponował silnym mandatem to niezwłocznie rozpocznie starania o zmiany m.in. w unijnej polityce dotyczącej imigracji.

Jednym z bardziej kontrowersyjnych postulatów torysów jest ograniczenie liczby imigrantów napływających do Wielkiej Brytanii. Co więcej, pracujący imigranci uzyskiwaliby prawo do świadczeń socjalnych dopiero po czterech latach pobytu na Wyspach. Ci, którzy nie podjęliby pracy w okresie sześciu miesięcy od przyjazdu, byliby deportowani. Cameron zapowiedział także wprowadzenie przepisu likwidującego możliwość przesyłania zasiłku na dzieci imigrantów, które przebywają poza granicami Zjednoczonego Królestwa.

Wraz z gratulacjami dla Camerona z Brukseli popłynęły głosy nawołujące do konstruktywnej współpracy, wykluczającej jednak zmiany w traktacie unijnym.  Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker już wcześniej  zdecydowanie zapowiedział, że podstawowe swobody unijne – w tym swoboda przepływu osób – nie będą podlegały żadnym negocjacjom. Wszystko wskazuje na to, że większościowe zwycięstwo Partii Konserwatywnej wzbudziło niepokój wśród unijnych dyplomatów – szef KE wyraził chęć rychłego spotkania z premierem Wielkiej Brytanii.

Choć eurosceptycyzm jest nieodłączną częścią brytyjskiej sceny politycznej, to ostatnie wybory parlamentarne, a także poprzedzające je wybory do Parlamentu Europejskiego potwierdziły wzrost antyunijnych nastrojów w społeczeństwie w ostatnich latach. Tym samym nie można wykluczyć, że  w 2017 roku Brytyjczycy zagłosują za wyjściem Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty. Współpraca Londyn-Bruksela od zawsze była określana mianem „małżeństwa z rozsądku” – czas pokaże, czy czeka nas symboliczny rozwód.

Przyszłość Szkocji

Nicola Sturgeon przez cały czas trwania kampanii zapowiadała, że priorytetem jej partii będzie odsunięcie antyunijnych torysów od władzy. Wynik wyborów pokrzyżował jej plany  na stworzenie koalicyjnego rządu z Partią Pracy, który przesunąłby partię Camerona do roli opozycji. Pozycja trzeciej siły w brytyjskim parlamencie daje jednak SNP dużą siłę przetargową.

W Szkocji, w odróżnieniu od pozostałych państw Zjednoczonego Królestwa, dominują nastroje proeuropejskie. Tym samym dążenie Camerona do przeprowadzenia referendum w sprawie pozostania Brytyjczyków w Unii Europejskiej daje Sturgeon dodatkowy argument za ponowym głosowaniem w sprawie opuszczenia przez Szkocję Wielkiej Brytanii. W swoim manifeście  wyborczym SNP dopuściło zgodę na organizację referedum unijnego tylko w przypadku, kiedy taką wolę wyrażą wszystkie państwa związkowe. Cameron, dysponując większościowym rządem, nie musi starać się o pozyskanie zgody od poszczególnych krajów. Jeśli w 2017 roku Brytyjczycy podejmą decyzję o opuszczeniu UE, może czekać nas tzw. efekt domina. Niewykluczone, że rozgoryczeni Szkoci za wszelką cenę będą dążyli do powtórzenia referendum w sprawie niepodległości, której uzyskanie umożliwiłoby im powrót do Wspólnoty Europejskiej.

Charyzmatyczna Sturgeon obiecała swoim wyborcom, że „doprowadzi do tego, aby głos Szkocji został usłyszany”. Należy się zatem spodziewać, że temat niepodległości Szkocji nie zniknie z debaty publicznej w Wielkiej Brytanii.

Dobrosława Piotrowicz