Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Agnieszka Sawicz/Andrij Portnov: Ukraina w drodze do Unii

21 czerwiec 2011
A A A
Nadchodzący czas polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, a następnie przewodnictwa Węgier, dwóch państw, jakie niejako tradycyjnie już postrzegane są jako sojusznicy Ukrainy w drodze do eurointegracji, będzie swoistym sprawdzianem nawet nie otwartości Brukseli na Kijów, co przyzwolenia Moskwy na realizację obietnic, jakie od kilku miesięcy szczodrze rozdaje Wiktor Janukowycz.

Agnieszka Sawicz: Targi o Ukrainę.

Nadchodzący czas polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, a następnie przewodnictwa Węgier, dwóch państw, jakie niejako tradycyjnie już postrzegane są jako sojusznicy Ukrainy w drodze do eurointegracji, będzie swoistym sprawdzianem nawet nie otwartości Brukseli na Kijów, co przyzwolenia Moskwy na realizację obietnic, jakie od kilku miesięcy szczodrze rozdaje Wiktor Janukowycz.

Szczególnie ostatnie tygodnie upłynęły pod znakiem intensyfikacji nie tyle poczynań, lecz deklaracji, jakie mają przekonać Ukraińców i Unię Europejską, iż Ukraina konsekwentnie zmierza ku zacieśnieniu współpracy z Zachodem. A dokładniej ku umowie stowarzyszeniowej, strefie wolnego handlu, a przede wszystkim liberalizacji ruchu bezwizowego. Optymistyczne założenia, iż ze wszelkimi przeciwnościami jakie wciąż stoją na szlaku ku spełnieniu tych obietnic uda się uporać do końca roku, nakładają się na wygłaszane refleksje, iż tak naprawdę dla Ukrainy brak jest alternatywy dla integracji z Unią, a europejski wybór stawiany jest na równi z demokratyzacją kraju. I z ekonomicznym sukcesem.

Jednocześnie nie jest tajemnicą, iż Ukraina nie jest w stanie zwalczyć w ciągu pół roku korupcji, ukrócić władzy oligarchów, przeprowadzić reform gospodarczych czy zniwelować dominacji wschodniego wektora w zewnętrznej polityce. Parlament w coraz większym stopniu jest marionetkową instytucją, społeczeństwa praktycznie nikt nie reprezentuje, a oderwanie prezydenta od obywateli potęguje wrażenie, iż zmierza on w stronę autorytaryzmu. Obywatele zresztą nie przypominają już tych, jacy demonstrowali pod pomarańczowymi sztandarami w 2004 roku – zubożenie, koncentracja na zaspokojeniu doraźnych potrzeb, a także zanik klasy średniej dokładają cegiełki do muru pasywności Ukraińców. Natomiast wydarzenia takie, jak miały miejsce 9 maja we Lwowie wprost nazywane są nie przejawami aktywności (choćby źle rozumianej), a efektem rosyjskiej inspiracji.

18 maja 2011 roku Dmitrij Miedwiediew oznajmił wprost, iż Kijów musi się określić, czy stoi po stronie UE, czy po drodze mu z Rosją, Białorusią i Kazachstanem. Jeśli przy tym spojrzymy na będący symbolem prozachodnich sympatii Lwów jak na miasto, gdzie władze nie są w stanie utrzymać porządku a mieszkańcy strzelają do tych, którzy mają odmienne poglądy, to jasnym będzie, że ta utrata reputacji galickiej legendy niejako automatycznie przybliża cały kraj ku modelowi niedemokratycznemu, znanemu przecież z poczynań Mińska.

Znaczna część polityki Ukrainy dzieje się poza jej granicami, lwowskie wystąpienia także miały tam swe korzenie. Można oczekiwać, iż w nadchodzącym czasie coraz częściej będziemy dostrzegać także i takie efekty trójstronnej walki o Ukrainę. Prócz Wiktora Janukowycza, chcącego zagarnąć dla siebie jak największą pulę z ukraińskiej stawki, graczem tu będzie Unia Europejska. Przybliży się jak najbardziej jest to możliwe do granic Ukrainy i prawdopodobnie będzie rękoma polskich polityków intensyfikować wysiłki by polepszyć wzajemne relacje. Jednocześnie Rosja wyraźnie przenosi nad Dniepr centrum przyszłych wyborów prezydenckich, co potwierdziła wizyta patriarchy Kiryła. Zresztą cerkiew nie po raz pierwszy otwarcie występuje jako zawodnik w politycznych rozgrywkach - wystarczy tu wspomnieć na ubiegłoroczne wstawiennictwo u wicepremiera Rosji Wiktora Zubkowa, szefa rady nadzorczej Gazpromu, o zapewnienie tańszych dostaw gazu dla ukraińskich firm chemicznych.

Otwartym wszakże pozostaje pytanie, jakie możliwości oddziaływania na władze w Kijowie zaprezentuje Kreml. Jak się wydaje nie będzie to już gaz, choć Rosjanie deklarują gotowość przejrzenia umów w tym zakresie. Bardziej jest jednak prawdopodobnym, że ta droga została zamknięta w Charkowie porozumieniem, na jakim ukraińscy politycy tak naprawdę nic nie zyskali. Czy pojawi się więc tak atrakcyjna rosyjska alternatywa dla eurointegracji, by Wiktor Janukowycz zrezygnował z wyraźnego przyspieszenia w tym kierunku? Unia celna nie sprawia wrażenia interesującej karty przetargowej. A może w miejsce towaru jaki Ukraińcy mogliby chcieć kupić pojawi się taki, jaki będą musieli wziąć w pakiecie z rezygnacją z zachodnioeuropejskich aspiracji?

Mamy zapewne po obu stronach unijnej granicy świadomość tego, że nie tylko Brukseli nie jest łatwo współpracować z Kijowem, ale i Kijów ma zastrzeżenia do polityki wobec jego kraju. I choć można mówić o prawdopodobnym wciąż zachowaniu „trzeciej drogi Ukrainy”, rezygnacji z opcji wschodniej, ale i nie przyjęciu do końca zachodniej, to widzimy, że Moskwa prawdopodobnie na to nie pozwoli. W tej sytuacji przekonywanie o potrzebie podpisania korzystnych dla Ukrainy umów z Unią Europejską, jakie nie pozwolą by kraj ten został wręcz zepchnięty z europejskiej drogi, może nie być tylko polityczną kokieterią, a koniecznością.


Zwłaszcza, że wiemy, co może Kijowowi zaoferować Bruksela. Co zaoferuje Moskwa jest nadal niewiadomą. I może być to niespodzianka, jakiej wolelibyśmy uniknąć.

Andrij Portnov: Bezalternatywna, ale nadal mało realistyczna opcja

Żeby zrozumieć, dlaczego Wiktor Janukowycz i jego rząd zachowują wierność retoryce eurointegracji warto pamiętać, że tak naprawdę we współczesnej Ukrainie dla tej opcji nie ma poważnej alternatywy. Nikt na serio nie myśli o ponownym zjednoczeniu z Rosją, a rozmowy o “trzeciej drodze” są na tyle nieprzekonujące, że tak naprawdę pasuje do nich określenie: trzecia droga do trzeciego świata.

Ale jednocześnie elity ukraińskie chyba nie mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że pełna integracja europejska Ukrainy (to znaczy członkowstwo w UE) jest w bliższej perspektywie niemożliwa. Tu można z zazdrością patrzeć na Serbię czy nie rozumieć, dlaczego Unia była tak przychylna Bułgarii i Rumunii, ale to niczego nie zmienia. Poważniejszą sprawą jest to, że na Ukrainie niemal nikt nie mówi głośno o ewentualnych kosztach modernizacji oraz eurointegracji kraju, który już w tej chwili według wielu wskaźników (chociażby wartości PKB na głowę mieszkańca, międzynarodowych rankingów poziomu korupcji czy warunków prowadzenia biznesu) istotnie przegrywa i z Białorusią, i Rosją, i Kazachstanem.

Innymi słowy, w społeczeństwie ukraińskim nie ma gotowości do reform, nie ma zrozumienia ich konieczności, nie ma też świadomości coraz bardziej fatalnego opóźnienia kraju w rozwoju (przede wszystkim jeśli chodzi o edukację, ochronę zdrowia, nowe technologie).

Oficjalnie Rosja ustami to prezydenta Miedwiediewa, to patriarchy Kyrila cały czas przypomina Ukraińcom, że Europa ich nie chce. Unia Europejska ze swojej strony chyba rzeczywiście nie ma jednolitego pomysłu na Ukrainę, jak i nie ma też wystarczającej odwagi, by zagrać przeciw Rosji na terenie uznawanym za strefę jej uprzywilejowanych wpływów. W takim układzie w pewnym sensie pozornie prorosyjski Janukowycz może osiągnąć w praktycznych kwestiach eurointegracji nieco więcej niż Juszczenko, którego Moskwa po prostu nie znosiła ze względów symbolicznych. Jednocześnie wygląda na to, że rząd Janukowycza - Azarowa jest bardziej konsekwentny i oporny wobec roszczeń unijnych w negocjacjach na temat strefy wolnego handlu, które trwają już bardzo długo. Ale dopiero ich wynik pokaże, czy strona ukraińska potrafiła obronić pewne priorytety gospodarcze kraju.

Zresztą kwestią olbrzymiej wagi symbolicznej i praktycznej zarazem pozostaje sprawa wiz. Nie wiem, na ile Unia zdaje sobie sprawę z jej doniosłości. Nie wiem też, czy Unia odważy się w tej kwestii jednak zaproponować Ukrainie coś, na co nie może liczyć Rosja, która w tej chwili de facto o wiele bardziej konsekwentnie walczy o prawa swoich obywateli także w tym aspekcie.

I warto cały czas pamiętać, iż obecny system władzy w Kijowie (łącznie ze zmianami wprowadzonymi do Konstytucji wzmacniającymi władzę prezydenta) jest wynikiem konsensusu geopolitycznego. Przedłużeniem tego konsensusu są kredyty Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), bez których rząd ukraiński już w tej chwili nie byłby w stanie wypełnić swoich zobowiązań finansowych wobec emerytów czy pracowników sektora publicznego. Zresztą na poważne reformy w tych dziedzinach Janukowycz tak i się nie odważył co oznacza, że strategicznie Ukraina ma wielką szansę pozostać na długo najmniej rozwiniętym krajem Europy, asymetrie którego w poziomie życia, edukacji czy praw człowieka względem krajów Unii będą ciągle rosły.

Artykuł ukazał się na łamach Niezależnego Pisma Polaków na Ukrainie "Kurier Galicyjski" nr 11 (135) 17-29 czerwca 2011.