Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję

Strefa wiedzy

Wykonanie: Delta Interactive
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Torysi między brexitowym młotem a prounijnym kowadłem

Torysi między brexitowym młotem a prounijnym kowadłem

18 luty 2016
A A A

Ogłaszając unijne referendum, David Cameron zaryzykował nie tylko rozpadem trudnego związku Zjednoczonego Królestwa z Unią Europejską, ale także rozłamem własnej partii. Cameron umie zarządzać kryzysami, tworzyć je, wykorzystywać, a następnie rozbrajać, ale każdy – nawet on – w końcu musi się pomylić.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych godzinach poznamy ostateczną treść porozumienia Londynu i Brukseli dotyczącego nowych warunków członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Kompromis z Europą zamknie etap negocjacji, ale nie oznacza automatycznego rozpoczęcia kampanii referendalnej w UK. Cameron pozostawił sobie margines zawieszenia do czasu pierwszego posiedzenia gabinetu, na którym rząd przyjmie rekomendacje – wskazówki dla Brytyjczyków przed prawdopodobnie czerwcowym referendum. Najprawdopodobniej w piątek wieczorem ministrowie powiedzą jednym głosem, czy układ UK-UE jest wystarczająco dobry, aby UK mogła pozostać w UE. Będzie to ostatni dzień jedności gabinetu i jedności Partii Konserwatywnej.

Nikt do końca nie wie ilu konserwatystów jest eurosceptykami z krwi i kości, a ilu – mimo tradycyjnego konserwatywnego sceptycyzmu – nie jest jednak przygotowanych na złożenie swoich karier politycznych na chwiejnym ołtarzu antyunijnej sprawy. Premier postawił sprawę jasno: porozumienie, które podpisze z Europą będzie sukcesem, kolejnym z serii „nie wierzyli, że Unia da nam palec, a my wzięliśmy cała rękę”. Jeśli kogoś to nie zachwyca, to znajdzie się wielu zachwyconych, gotowych do przejęcia jego miejsca na zielonych rządowych ławach w Izbie Gmin.

Pięciu ministrów w liczącym 30 osób gabinecie Camerona najprawdopodobniej poprze Brexit, do tego ma się dołaczyć kilku wiceministrów. Być może ktoś z grona: Ian Duncan Smith, Chris Grayling, John Wittingdale, Theresa Villers i Priti Patel – tu w kolejności prawdopodobieństwa – zdecyduje się już niedługo na dobrowolną rezygnację z zasiadania na rządowych ławach i przyjęcie roli lidera obozu „Leave”, namawiającego do wyjścia z Unii. Oczy wszystkich zwrócone są też na troje innych czołowych konserwatystów, kluczowych nie tylko dla przyszłości UK w (lub poza) UE, ale także dla losów partii, gdy David Cameron opuści w końcu fotel lidera.

Theresa May jeszcze nie tak dawno w sekrecie negocjowała z najżarliwszymi eurosceptykami. Rzekomo jednak skusiła się ważnymi dla pełnionej przez nią funkcji ministra spraw wewnętrznych fragmentami układu Tusk-Cameron, zapewniającymi łatwiejszą deportację kryminalistów i ma poprzeć premiera. Podobnie Michael Gove, dla którego najważniejszy był argument ochrony suwerenności, sam jednak przyznał, że w kwestii supremacji unijnego prawa nic zrobić się nie da. Od pewnego czasu najwięcej uwagi przyciąga więc nietuzinkowy burmistrz Londynu. Boris Johnson zapowiedział w środę, że o jego poparciu dla Leave lub Remain zdecyduje ostateczny tekst porozumienia, i że wciąż jest „szczerze rozdarty” czy poprzeć premiera, czy też nie.

Takie głębokie wewnętrzne dylematy nie dziwią. Każde z tej trójki, popierając kampanię Leave ma teoretycznie szansę zostać wielkim i jedynym zwycięzcą, jeśli w czerwcu dojdzie do Brexitu. Alternatywa jest mało atrakcyjna: wsparcie kampanii Remain, liczenie na poparcie przez Brytyjczyków status quo i zostanie jednym z wielu ojców/matek kolejnego sukcesu Davida Camerona, przyglądających się z boku jak na kolejnego lidera Partii Konserwatywnej koronowany jest George Osborne.

Niewiele lepiej wygląda sytuacja szeregowych konserwatystów. Kluczowy problem większości z nich to rozdarcie między lojalnością wobec premiera, który umożliwił im pierwsze od dwudziestu lat samodzielne rządy, a zależnością od eurosceptycznych partyjnych struktur lokalnych, które w ogóle umożliwiły im start w wyborach.

Premier zarządza centralną kasą, z której płyną środki na lokalne projekty, jest też panem nominacji do rządu i dysponuje poszerzającym się ostatnio dynamicznie składem specjalnych wysłanników do przeróżnych zakątków świata. Wszystkie te funkcje to prestiż, zainteresowanie mediów i możliwość spełnienia licznych obietnicach złożonych własnym wyborcom. Ale ceną za te przywileje jest konieczność poparcia pozostania w UE.

Tego mogą nie zdzierżyć lokalni działacze, którzy pamiętają kto w zaciszu ukrytych przed oczami premiera spotkań przedwyborczych dawał się ponieść antyunijnej retoryce by ucieszyć uszy eurosceptycznej publiki. Będą o tym pamiętać za parę lat, wybierając kandydatów do kolejnych wyborów. Do 2020 roku teoretycznie jest daleko, ale w międzyczasie może wejść w życie reforma redukująca liczbę okręgów wyborczych z 650 do 600. O pracę w Westminsterze będzie więc znacznie trudniej. Niewykluczone też, że chociaż ustawa o stałej długości kadencji parlamentu zabezpiecza na pięć lat westminsterską pensję i prestiż, to kto zagwarantuje, że pobrexitowy chaos nie przyniesie jednak dymisji premiera i przyśpieszonych wyborów?

David Cameron jest świadomy rozdarcia konserwatywnych parlamentarzystów, ale wcale nie ułatwia im decyzji. Przez ostatnie miesiące to wpadał w ostrą antyunijną retorykę, to twierdził, że miejsce UK znajduje się w UE. Tuż po zwycięstwie w wyborach w maju 2015r. wypuścił na pełną swobodę uradowanych eurosceptyków, którzy wesołe ujadanie pomogło mu przygotować grunt pod pierwszą letnią turę negocjacji w Brukseli. Potem Cameron zaczął rzucać przedreferendalne przysmaki: neutralność centrali Partii Konserwatywnej, ustępstwa w kwestii angażowania służby cywilnej po stronie prounijnej. Wreszcie oznajmił, że ministrowie będą mogli swobodnie agitować za wyjściem z UE. Oczywiście pod pewnymi warunkami.

W ostatnich dniach negocjacji z UE premier wziął jednak swoją partię na krótką smycz. Eurosceptycznym ministrom nakazał milczenie do czasu podpisania ostatecznego układu z UE. Szeregowym posłom zasugerował zaś na zamkniętym spotkaniu, żeby wsłuchali się w swoje prawdziwie ja – czytaj karierę – i nie ulegali presji lokalnych działaczy. W międzyczasie sam de facto już uznał układ Tusk-Cameron za na tyle dobry, aby poprzeć pozostanie w UE i tym samym rozpocząć kampanię Remain. Za chwilę, gdy opublikowany zostanie ostateczny tekst, będzie mógł powiedzieć, że zrobił wszystko co było możliwie, żeby zagwarantować Wielkiej Brytanii naprawdę najlepsze porozumienie..

Próbując przekonać partyjnych kolegów do poparcia go i przyjęcia części odpowiedzialności za kampanię Remain, premier patrzy już w poreferendalną przyszłość świadomy, że budzenie eurosceptycznych demonów dwukrotnie w najnowszej politycznej historii kończyło się wysłaniem na długoletnią opozycyjną banicję. Pierwszy raz przy okazji pierwszego unijnego referendum w 1975 roku, które zainicjowało podziały w Partii Pracy umożliwiające przejęcie władzy przez Margaret Thatcher. Ostatnio zaś w latach 90-tych, gdy bocznym korytarzem obok kłócących się o dziedzictwo Traktatu z Maastricht konserwatystów do władzy pomknął Tony Blair. Jak się okazało utrzymał ją przez 13 lat, a Torysi powrócili na rządowe ławy dopiero, gdy nie kto inny jak David Cameron zapowiedział koniec ciągłego roztrząsania kwestii europejskiej.

Ironią losu jest dziś fakt, że tym razem to on sam ponownie wypuścił unijnego dżina z butelki, obiecując referendum. Każdy – nawet Cameron – kiedyś w końcu się myli.