Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Michał Kędzierski: Dialog w kryzysie

Michał Kędzierski: Dialog w kryzysie

28 listopad 2014
A A A

Sytuacja wokół Dialogu Petersburskiego, który miał służyć zbliżeniu społeczeństw Niemiec i Rosji, znakomicie pokazuje, w jak złym stanie znajdują się dziś stosunki niemiecko-rosyjskie. Merkel „traci cierpliwość do Putina”, ale musi z nim dalej rozmawiać.

Kiedy Władimir Putin wraz z Gerhardem Schröderem w 2001 roku powoływali do życia Dialog Petersburski, stosunki niemiecko-rosyjskie przeżywały swoje najlepsze chwile. Ówczesny kanclerz Niemiec, poprzednik Angeli Merkel, Schröder był wówczas tak zapatrzony w prezydenta Rosji, że wbrew zdrowemu rozsądkowi określił nawet Putina „kryształowym demokratą”. Niemcy, kontynuując zapoczątkowaną w czasach kanclerstwa Willy’ego Brandta politykę wschodnią (Ostpolitik - „zmiana poprzez zbliżenie”), dążyły do modernizacji i „uzachodnienia” Rosji. Ważnym środkiem do realizacji tego celu miało być zbliżenie społeczeństw i elit obu krajów. Temu miał właśnie służyć Dialog Petersburski, w który zaangażowano najważniejsze organizacje pozarządowe obu krajów.

Pech chciał, że Władimir Putin wybrał dla swojego kraju inną drogę, niż życzyłby tego sobie Berlin. Rosyjski prezydent z czasem „przykręcił śrubę” swojemu społeczeństwu, a Niemcy zaczęli narzekać, że rosyjscy partnerzy w ramach Dialogu Petersburskiego, oczywiście starannie dobrani przez Moskwę, znajdują się pod presją swoich władz i nie są gotowi do poważnej rozmowy. Dialog, który miał pobudzać współpracę i rozwiązywać problemy, okazał się martwy. Do tego dochodziły kolejne skandale towarzyszące spotkaniom. W 2012 roku Moskwa uznała przedstawiciela rządu RFN ds. stosunków z Rosją Andreasa Schockenhoffa za persona non grata, gdyż ten zdecydował się skrytykować Rosjan za wyrok na Pussy Riot. Rok później skandal dotyczył petersburskiej wystawy dzieł sztuki zrabowanych z Niemiec po wojnie. Berlin od lat domaga się ich zwrotu, a prezydent Rosji chciał, by Merkel wzięła udział w pokazie bez zabierania głosu na ten temat. Ostatecznie szefowa niemieckiego rządu opuściła Rosję przed czasem, rezygnując z zaproszenia.

Merkel żąda prawdziwego dialogu

Konflikt na Ukrainie okazał się być kroplą, która przepełniła czarę goryczy. W październiku tego roku szereg niemieckich organizacji pozarządowych zwróciło się do władz, aby odwołać tegoroczny szczyt Dialogu Petersburskiego. Powodem była polityka Rosji wobec Ukrainy, a w szczególności aneksja Krymu. „W tej sytuacji dialog między społeczeństwami obywatelskimi nie jest możliwy” – napisali w liście m.in. przedstawiciele Amnesty International, Greenpeace oraz Fundacji Heinricha Bölla. Dodali też, że nie zamierzają wspierać rosyjskiej propagandy. Berlin przychylił się do tej prośby i szczyt w Soczi odwołano, a wraz z nim coroczne konsultacje międzyrządowe.

Pod koniec listopada miało się zaś odbyć spotkanie zarządu Dialogu Petersburskiego. To również nie dojdzie jednak do skutku, ponieważ po rozmowie kanclerz Merkel z prezydentem Putinem w Brisbane 15 listopada szefowa niemieckiego rządu zdecydowała o odwołaniu spotkania. Przyznał to publicznie przewodniczący komisji koordynacyjnej Lothar de Maizière. Jakby tego było mało, Merkel poparła projekt reformy Dialogu Petersburskiego, która ma umożliwić „również krytyczną dyskusję na temat rosyjskiej polityki”. Berlin chce odpolitycznić rozmowy, włączyć w nie większą liczbę organizacji społecznych, by szczególnie po stronie rosyjskiej umożliwić prawdziwy dialog. Z kierownictwa inicjatywy z niemieckiej strony mają zostać odsunięci prorosyjscy politycy jak de Maizière oraz Matthias Platzeck. Nie wiadomo na razie, jak na te pomysły zareagują Rosjanie. Prawdziwy i nieskrępowany dialog nie leży wszak w interesie Kremla.

Cierpliwość do Putina

Przykład Dialogu Petersburskiego doskonale obrazuje obecny stan dzisiejszych stosunków niemiecko-rosyjskich. Ostatnie tygodnie dostarczyły mnóstwo dowodów na potwierdzenie tezy o głębokim kryzysie. Znamienna była otwarta krytyka ekspansywnej polityki Kremla przez kanclerz Niemiec w Australii podczas szczytu G20, kiedy to Merkel ostrzegała, że kolejnymi celami Rosji mogą być Gruzja i Mołdawia. To był pewien przełom – zgodnie oceniły światowe media. „The Economist” napisał wówczas, że „nawet gotowość Niemiec do dialogu ma w końcu swój kres”. Do tej pory szefowa niemieckiego rządu cierpliwie starała się przekonywać prezydenta Rosji do zmiany polityki. Podliczono, że tylko w tym roku przywódcy Niemiec i Rosji rozmawiali ze sobą już prawie 40 razy! Jak napisał jednak „Der Spiegel”: w Brisbane „Merkel straciła cierpliwość do Putina”. Kolejna dwugodzinna rozmowa w cztery oczy i znów brak efektów. Tym razem jeszcze przed spotkaniem kanclerz Niemiec studziła oczekiwania, jakby zdając sobie sprawę z tego, że nie uda jej się wpłynąć na Putina. Merkel powtarza, że dialog musi być kontynuowany, choć sama chyba już przestała wierzyć w jego skuteczność. Cały świat z uwagą czeka na wyniki jej rozmów z Putinem i czterdziesty raz w świat idzie komunikat – nie udało się osiągnąć przełomu. Nic więc dziwnego, że Merkel „traci cierpliwość”.

Więcej wiary w rosyjskiego prezydenta zdaje się mieć szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier, który zaraz po szczycie G20 w Australii udał się na rozmowy do Kijowa i do Moskwy. Steinmeier zdystansował się od otwartej krytyki szefowej swojego rządu i dalej wzywał do kontynuowania rozmów w sprawie Ukrainy. Na Kremlu, mimo nieoczekiwanego zaproszenia na rozmowę z samym prezydentem, spotkał go zimny prysznic. Ani Putin, ani Ławrow znów nie byli gotowi do ustępstw. Jakby tego było mało, rosyjskie MSZ na swojej stronie internetowej podało informację o wzajemnym wydaleniu dyplomatów. Takie sprawy zwyczajowo załatwia się po cichu, oficjalny komunikat również wskazuje na kryzys we wzajemnych stosunkach.

Potrzebne realistyczne spojrzenie na rosyjskie kierownictwo

Kolejna porażka mediacyjna Berlina stała się przyczynkiem do wzmożonej dyskusji w Niemczech na temat relacji niemiecko-rosyjskich. Nasiliły się głosy otwarcie krytykujące Kreml, które w swoim przekazie upodabniają się coraz wyraźniej do polskiego stanowiska. Wiceprzewodniczący frakcji CDU/CSU w Bundestagu i wieloletni przedstawiciel RFN ds. stosunków z Rosją Andreas Schockenhoff w wywiadzie dla „Rheinische Post” mówi: „Nie mamy żadnej zimnej wojny, mamy w Europie gorącą wojnę. Jak powinniśmy to inaczej nazywać, jeśli jedno państwo czołgami, ciężką artylerią i licznymi konwojami wojskowymi otwarcie wdarło się do suwerennego państwa sąsiedniego? […] Jesteśmy zainteresowani powrotem do prawdziwego dialogu z Rosją. Do tego potrzeba jednak dwojga. Jeśli Putin tego nie chce, potrzebujemy jasnego sygnału, że nie akceptujemy łamania umów i prawa międzynarodowego”. Jeden z czołowych niemieckich ekspertów ds. Rosji Stefan Meister z instytutu DGAP mówi wprost – Putin dąży do zapobieżenia integracji Ukrainy z Zachodem i zatrzymania jej w rosyjskiej strefie wpływów. Ten kryzys jest „szansą na nowe otwarcie w stosunkach Berlin-Moskwa, z realistycznym spojrzeniem na rosyjskie kierownictwo” – dodaje Meister.

Krytyczne głosy płyną również ze strony czołowych mediów. Klaus-Dieter Frankenberger z „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisze o „rzekomych obawach Rosji” o ekspansję UE i NATO, która zdaniem Putina zagraża jego państwu, a w rzeczywistości chodzi o powstrzymanie prodemokratycznych przemian w byłych państwach ZSRR, które mogą mieć wpływ na Rosję. Zdaniem publicysty „nic nie usprawiedliwia zniszczenia Ukrainy”. Dalej idzie Stefan Kornelius z „Süddeutsche Zeitung”, który, pisząc o rosyjskiej propagandzie obwiniającej Zachód o obecny konflikt na Ukrainie, pyta „Kto jeszcze wierzy Putinowi?” i dodaje: „Kto poddaje się jego logice, ten akceptuje podział świata na strefy wpływów, dzieli państwa na potężne i słabe oraz ignoruje prawo do demokratycznego samostanowienia, a w zamian wspiera politykę podbojów”. Sposobem na powstrzymanie Putina ma być jego zdaniem polityka sankcji: „Rosja i Zachód muszą osiągnąć równowagę odstraszania – nie za pomocą umów, jak ta z Mińska, albo artylerii, lecz za pomocą sankcji”. Zaostrzenie polityki wobec Kremla przestało być tematem tabu w debacie publicznej w Niemczech.

Opinia publiczna nie chce eskalacji

Moskwa zdaje sobie sprawę z tego, jak ważne są dla niej Niemcy, które tradycyjnie odgrywają rolę pośrednika w relacjach Rosja-Unia Europejska, a nawet Rosja-Zachód, dlatego wciąż próbuje wpływać na niemieckich polityków i społeczeństwo Niemiec. Temu służyć miał ostatni głośny wywiad prezydenta Putina dla telewizji ARD, w którym rosyjski przywódca oskarżał Zachód o wywołanie konfliktu na Ukrainie, tłumaczył działania Rosji troską o własne bezpieczeństwo oraz straszył Niemców skutkami sankcji. Rosyjskiej propagandzie na terenie Niemiec ma też służyć otwarty właśnie niemieckojęzyczny kanał telewizji Russia Today, w którym nie brakuje materiałów oskarżających Ukrainę o chęć wykończenia ludności Donbasu, czy Zachód o eskalację napięcia w stosunkach z Rosją. Pomagają również wypowiedzi niektórych niemieckich polityków, sugerujące bezsensowność polityki sankcji (Lothar de Maizière) lub nawet legalizację aneksji Krymu (Matthias Platzeck). Wpływ na odwrócenie trendu w niemieckiej polityce wobec Rosji mają odgrywać również kręgi gospodarcze, które cierpią wskutek sankcji.

Działania te z pewnością mają wpływ na opinię publiczną w Niemczech, która nie jest tak radykalna jak większość elit politycznych i naukowych. Z przeprowadzonych w połowie listopada sondaży dla telewizji ARD wynika, że znaczna większość społeczeństwa (70 proc.) odrzuca zaostrzenie kursu wobec Moskwy, w tym 27 proc. chce nawet zniesienia sankcji, tylko 19 proc. popiera zaś ich rozszerzenie. Niemcy są wyraźnie podzieleni w sprawie Krymu – 48 proc. wyklucza uznanie aneksji półwyspu przez Rosję, ale aż 39 proc. popiera jej legalizację, co kategorycznie wyklucza niemiecki rząd.

Kto jeśli nie Niemcy?

Nie wydaje się być prawdopodobne, żeby kanclerz Merkel zdecydowała się na znaczące zaostrzenie kursu względem Moskwy. Wpływ na to ma nie tylko niemiecka opinia publiczna i kręgi gospodarcze. Merkel zbyt dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że dialog, choć dotychczas bezowocny, musi zostać podtrzymany. Jednocześnie jednak na Rosję trzeba wywierać wpływ, żeby skłonić ją do powstrzymania jej ekspansjonizmu, przed którym Merkel, tak dobitnie jak nigdy przedtem, ostrzegała w Australii. Tak głęboki kryzys w stosunkach niemiecko-rosyjskich z pewnością nie służy żadnej ze stron, ale to Rosja jest tym krajem, który bardziej potrzebuje Niemiec, niż na odwrót. To Berlin jest tradycyjnym pośrednikiem Moskwy w kluczowych dla niej relacjach z Unią Europejską. Jednoznaczny sprzeciw Merkel wobec działań Rosji jest dobrym sygnałem. Dziś w Europie tylko Niemcy mogą być w stanie wpłynąć na politykę Kremla. Mogą.

Artykuł ukazał się pierwotnie na stronie Przeglądu Spraw Międzynarodowych NOTABENE.
www.notabene.org.pl