Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję

Barnevernet – jak Norwegowie odbierają dzieci imigrantom

19 styczeń 2016
A A A

Relacje czesko-norweskie nigdy nie były szczególnie intensywne, jednak obecnie oba kraje znajdują się od siebie jeszcze dalej, niż świadczyłaby o tym geograficzna odległość. Czechów co jakiś czas elektryzują bowiem przypadki odbierania dzieci ich rodakom, czego dopuszcza się między innymi norweski urząd Barnevernet.

Czeski prezydent Miloš Zeman jest głównym generatorem większości kontrowersyjnych dyskusji u naszych południowych sąsiadów. Nie inaczej jest i tym razem, ponieważ Zeman w ostatni weekend udzielił wywiadu tablodowi „Blesk”, w którym oskarżył norweski urząd ochrony praw dzieci Barnevernet o porywanie nieletnich, a także stworzenie samoistnego „państwa w państwie”.

Odebrane w wigilię

Czesi przyzwyczaili się już do opinii Zemana (na zdj.) na temat muzułmanów, stąd nikt nie przejął się jego słowami o niemożności integracji wyznawców islamu z europejskimi społeczeństwami, choć to właśnie one były cytowane przez zagraniczne agencje informacyjne. Dużo ważniejszy był dla nich fragment wywiadu dotyczący działań norweskiej instytucji, zwłaszcza, że tego samego dnia ulicami Pragi przeszło kilkaset osób, które protestowały przeciwko polityce prowadzonej przez Barnevernet i państwo norweskie. Demonstracja miała związek z kolejnym przypadkiem odebrania dziecka Czeszce mieszkającej w Norwegii, której mąż jest zresztą obywatelem tego kraju. Urzędnicy Barnevernet zabrali dziecko w wigilię Bożego Narodzenia, ponieważ dziewięciomiesięczna dziewczynka miała mieć „niedostatecznie rozwinięty kontakt z rodzicami”. Tymczasem z powodu rzadkiej choroby nerek, zostały one usunięte, stąd dziecko czeka obecnie na przeszczep i przez kilka godzin dziennie musiało być dializowane. Według relacji matki jej córka została odebrana, choć lekarze nie mieli żadnych zastrzeżeń wobec rodziców, a wręcz poparli ich w sporze z urzędem. Jego pracownicy mieli jednak potraktować Czeszkę i jej męża jak „potencjalnych morderców”, stąd dziecko trafiło do rodziny zastępczej. W tej sprawie interweniowały już czeskie władze, choć premier Bohuslav Sobotka zajmuje dużo bardziej powściągliwe stanowisko niż Zeman, sprzeciwiając się wezwaniu ambasadora Czech w Norwegii na konsultacje do Pragi.

Pięcioletnia batalia

Sobotka twierdzi bowiem, że w ciągu ostatnich dwóch lat miał nastąpić postęp w relacjach z norweskimi władzami, choć jak dotąd nie widać żadnych realnych zmian. Napięcia pomiędzy Pragą i Oslo trwają bowiem już od 2011 r. Wtedy Barnevernet odebrało dwójkę dzieci innej Czeszce, Evie Michalákovej. Wraz z mężem została ona oskarżona o wykorzystanie seksualne  i zaniedbywanie swoich synów, choć do dzisiaj urząd nie przedstawił żadnych dowodów w tej sprawie. Tymczasem Czesi powoli tracą nadzieje na odzyskanie swoich dzieci, ponieważ do jednego z nich stracili już prawa rodzicielskie, natomiast drugie dziecko jest bliskie adoptowania przez rodzinę zastępczą, u której przebywa od pięciu lat. Obaj chłopcy są dodatkowo rozdzieleni, zapewne w celu całkowitego zerwania więzi rodzinnych.  Również w tą sprawę angażował się Zeman, który w październiku ub.r. cofnął zaproszenie dla norweskiej ambasador, która miała uczestniczyć w obchodach święta niepodległości, a także skrytykował Sobotkę za brak bardziej zdecydowanych działań w tej sprawie. Rozwój sprawy Michalákovej jasno pokazuje, że zapewnienia czeskiego premiera o postępie w czesko-norweskich relacjach mają niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Nie tylko Czesi

Choć Czechy należą do najbardziej zateizowanych społeczeństw świata, dla ich mieszkańców niezwykle ważne są wciąż wartości rodzinne. Podobnie jest z resztą w pozostałych krajach Europy  Środkowej, a trudno nie zauważyć, że to imigranci z naszego regionu są najbaczniej obserwowani przez Barnevernet, choć należy unikać w tej sprawie uogólnień. W sierpniu ub.r. Sobotka zapowiadał zajęcie się tą sprawą na forum Grupy Wyszehradzkiej, ponieważ Norwegowie podejmowali podobne działania wobec Polaków czy Słowaków. Najgłośniejszym przypadkiem w Polsce była sprawa dziewięcioletniej wówczas Nikoli, którą w 2011 r. z rąk norweskich urzędników odbił kontrowersyjny detektyw Krzysztof Rutkowski, co wywołało niemały skandal w tamtejszych mediach. Według danych polskiego konsulatu za 2014 r., zgłoszono do niego blisko 34 przypadki odebrania dzieci polskim rodzicom. Sporą grupę pokrzywdzonych przez Norwegów stanowią również Słowacy i Rumuni, lecz przeciwko Barnevernet odbywały się już protesty w Indiach, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii czy na Litwie. Od pewnego czasu Norwegia stała się coraz popularniejszym celem szwedzkich emigrantów, stąd podobne problemy dotknęły też kilka szwedzkich rodzin, choć oba państwa uważa się za zbliżone do siebie państwa opiekuńcze.

Odmienna kultura

Dla mieszkańców naszej części kontynentu norweskie standardy najczęściej są po prostu niezrozumiałe i trudne do zaakceptowania. Z relacji czeskich, polskich czy słowackich rodziców wynika, że służby potrafią zacząć interesować się dzieckiem, jeśli jest ono smutne, a pretekstem do interwencji może być również podniesienie głosu na nieletniego przez jego rodzica. Swoista tradycja ingerencji państwa w życie rodzinne w Norwegii sięga początków XX w., rozwijając się zwłaszcza w ciągu ostatnich czterdziestu lat. Trudno nie odnieść jednak wrażenia, że urzędnicy rzadko kiedy biorą pod uwagę inne wartości, niż wierność przepisom.

Maurycy Mietelski