Wkrótce wybory w jednym z najbardziej rozpolitykowanych narodów Europy. Narodzie, który mając dość sytuacji w jakiej się znalazł, ciągle drepcze w miejscu.
Podzielona Europa czeka na piątek, patrząc na Zieloną Wyspę. Czy Irlandczycy przyjmą Lizbonę? Drugiego października to oni zapalą światło dla Traktatu. Zielone lub czerwone. Wóz albo przewóz. Tak czy owak kolejne głosowanie rozstrzygnie o losie dokumentu, zatrzaskując przy tym drzwi miałkiego okresu, trwającego od blisko pięciu lat w polityce unijnej.
W niedzielny wieczór niemieccy socjaldemokraci musieli przełknąć gorzką pigułkę. Najgorszy wynik od czasów II wojny światowej zmusza do radykalnych kroków i rozliczeń. Jednak obecna sytuacja w SPD przypomina raczej kolokwialne powiedzenie „chcę, ale się boję”.
Słupek FDP urósł stosownie. Czas zdjąć szyld „nuda” i zakończyć okres poszukiwań koalicjanta, a nie własnej siły. Niemcy doczekały się pożądanej zmiany, która położy kres, jeśli nie wszystkim problemom to na pewno deficytowi nowych pomysłów i idei.
Kanclerz Niemiec Angela Merkel w końcu osiągnęła to, czego chciała od wielu lat: liberalno-konserwatywną większość parlamentarną, dzięki której nie będzie już musiała tkwić w bezbarwnym małżeństwie z rozsądku z socjaldemokratami.
Jutro w Niemczech odbędą się wybory parlamentarne. Do tego czasu nic się nie wydarzy, tak jak przez cały wrzesień. Ostatnia „Zmiana” należała do Baracka Obamy. Od czasu jego kampanii liderzy partyjni przestali kruszyć kopie. Niemcy pogrążyły się w nieostrej, pozbawionej prawdziwego tematu wymianie zdań . Kto ma pomysł, aby czegoś dokonać?
