Cykliczne spotkania katolików z muzułmanami nie muszą przynosić wymiernych efektów, ani prowadzić do konsensusu. Takt, że się odbywają świadczy o poszanowaniu różnorodności i może być kontrargumentem dla przekonania o zbliżającym się konflikcie między cywilizacji.
W ostatnich dniach mało kto wątpił w to, że 44. prezydentem USA zostanie Barack Obama. Wygrane wybory to jednak dopiero początek. Teraz cały świat z zapartym tchem oczekuje zmian, które w swojej kampanii wyborczej zapowiedział kandydat Demokratów. Pytamy zatem: co dalej, panie Obama?
Wybór Baracka Obamy na prezydenta USA jest wydarzeniem bez precedensu w wielu wymiarach. Dla stosunków transatlantyckich oznacza zakończenie pewnego surrealistycznego ośmioletniego snu, w którym żyli przywódcy amerykańscy.
Obecna kampania wyborcza w USA zasługuje na miano przełomowej nie ze względu na jej gigantyczne koszty, lecz z powodu rewolucyjnych zmian w systemie finansowania akcji wyborczej i organizowania politycznego poparcia.
Barack Obama zachęca swoich wyborców na YouTube, by 4 listopada ruszyli się sprzed komputerów i poszli zagłosować. Czyżby sam kandydat przestraszył się, że jego zaplecze jest jedynie wirtualne?
Nigdy jeszcze tak wielu nie postawiło tak wiele na jednego człowieka. Barack Obama wybory prezydenckie po prostu wygrać musi.
Być może Obama naprawdę ma rewolucyjne zamiary i jak najlepsze intencje, ale nie może nic zmienić, będąc otoczony i pośrednio stale kontrolowany przez mocno usadowiony u steru establishment.
