Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Podróże Białoruś - tak blisko a tak daleko

Białoruś - tak blisko a tak daleko

23 wrzesień 2010
A A A
Warto w wolnej chwili odwiedzić naszych najbliższych, a tak mało znanych sąsiadów. Wbrew obiegowym opiniom na Białorusi dużo się dzieje i jest co oglądać. Dobrze jest też poznać samych Białorusinów, którzy wiedzą o Polsce o wiele więcej, niż my o ich kraju. Trzeba tylko zechcieć ich wysłuchać.

Planując zagraniczne wojaże Polacy zdecydowanie częściej wybierają Zachód niż Wschód. A skoro już zapuszczamy się w odwiedziny do naszych sąsiadów „zza Buga” z reguły kierujemy się na Litwę (wiadomo – Wilno, Europa), trochę rzadziej na Ukrainę (Lwów, Krym). Białorusi właściwie nie bierzemy pod uwagę, a wielka szkoda. Wśród przeciętnych widzów wiadomości telewizyjnych pokutuje swoista czarna legenda związana z tym krajem: dyktatura, KGB, biją Polaków. Włos się jeży na głowie, a na pewno odechciewa się przyjazdu. Tymczasem Białoruś to kraj naprawdę bardzo spokojny, przyjazny, a na pewno niezmiernie ciekawy. Idealny na jesienną włóczęgę na własną rękę. Rozczarowani będą miłośnicy mocnych wrażeń, którzy w miejsca o wątpliwej reputacji zapuszczają się trochę na zasadzie sportów ekstremalnych. Szybko zaklimatyzują się za to ludzie, którzy lubią zwolnić krok i zanurzyć się w klimatach trochę dziwnych, ale jednak swojskich.

Uliczne plakaty i billboardy, pokazujące kłosy zboża, wzorowych uczniów czy przystojnych milicjantów, przypominają, że „Jesteśmy Białorusinami”, oraz, że Białoruś to „Państwo dla narodu”. Ich widok nie pozwala zapomnieć, że jesteśmy w trochę... innej części Europy. Zwykłych ludzi dużo bardziej niż wielka polityka interesują jednak sprawy przyziemne: żniwa, ogródek, sąsiedzi. Mecz lokalnej drużyny.

Po kilku dniach intensywnego programu zajęć z grupą europejskich dziennikarzy, z którymi gościliśmy w Mińsku, postanowiłem przez kolejny tydzień samodzielnie „liznąć” północną część kraju. Bardzo orientacyjny szlak wiódł od Głębokiego, przez Jeziora Brasławskie, Dzisnę i Połock, a następnie z powrotem przez Głębokie do Mińska. Jako podstawowy środek lokomocji wybrałem autostop, „narodowy sport Białorusinów”, jak sami o nim mówią. Rzeczywiście, wyciągnięcie kciuka nie dziwi tam ani starych ani młodych. Daje za to szansę na poznanie kraju „od kuchni”, niekoniecznie według z góry ustalonego planu. Stwarza też możliwość porozmawiania z miejscowymi, poznania ich punktu widzenia na wiele spraw. Większość mieszkańców Białorusi na co dzień używa rosyjskiego, coraz rzadziej niestety białoruskiego, który da się zrozumieć, podobnie jak np. czeski. Sporo osób zna też język polski.

Żeby wyjechać z jakiegokolwiek miasta autostopem, trzeba najpierw udać się na wylotówkę. Najlepiej w takie miejsce, gdzie samochody jadą powoli, np. zaraz za światłami, oraz mogą swobodnie zjechać na pobocze. Pech chciał, że upatrzony wcześniej, idealny zdawałoby się punkt wypadowy na północnych rubieżach Mińska (Liahojski Trakt, za akwaparkiem) zajęli tego dnia milicjanci z drogówki. Nie wzbudzający sympatii mundurowi wyłapywali tam ochotników do rutynowej kontroli wszystkiego. Nie byłem pewien, czy zajęcie stanowiska tuz obok stróżów prawa spodoba im się, albo czy nie odstraszy kierowców. Ostatecznie ani jedni ani drudzy nie mieli nic przeciwko i po dwóch przesiadkach dojechałem do Głębokiego. Kilkutysięczne miasteczko, poza rynkiem i kilkoma reprezentacyjnymi budynkami wzdłuż głównej szosy składa się z drewnianych domków z ogródkami. Taka wiejska zabudowa dominuje zresztą w większości kraju, nawet w największych miastach łatwo znaleźć całe dzielnice będące po prostu dużymi wsiami.

Położone pomiędzy dwoma jeziorami, do wojny żydowskie głównie miasteczko da się lubić. Historyczne centrum wyznacza trójkątny rynek. Z dwóch jego narożników spoglądają na siebie fasadami wybudowane w stylu baroku wileńskiego katolicki kościół i cerkiew prawosławna (dawny klasztor karmelitów). Świątynie obydwu wyznań są właściwie identycznej wielkości, oraz podobnej, zgrabnej architektury. Z daleka rozróżnić je można głównie po kolorze – kościół jest pastelowo żółty, cerkiew żywo niebieska, w barwie na którą często maluje się tu drewniane domy. Sam centralny plac nosi nazwę „17 września”. Warto wiedzieć, że ta złowrogo brzmiąca w Polsce data na Białorusi nie wzbudza specjalnych kontrowersji. Uznawana jest tu za dzień radosny, zjednoczenie całego kraju w jednym państwie. Zgadzają się co do tego zarówno zwolennicy obecnych władz, jak i narodowo nastawieni opozycjoniści. Na domach przy rynku można zresztą wypatrzyć tabliczki z w/wym. nazwą pochodzące z różnych okresów, od wczesnej niepodległości (z herbem Pogoni), przez rosyjskojęzyczne sprzed kilku lat, po najnowsze, znowu po białorusku.

Dumając nad zakrętami historii zdziwić się można jeszcze bardziej odwiedzając pobliski, malowniczy cmentarz. Zaraz po wejściu na jego teren trafiamy na dobrze utrzymaną polską kwaterę żołnierską z wojny z 1920 roku. Najwyraźniej tutaj, na prowincji nigdy nikomu specjalnie nie przeszkadzała. Również bez szwanku przeszła zawieruchy dziejowe kolumna postawiona ponad 200 lat temu z okazji uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Na jej szczycie imponujące gniazdo zbudowała sobie rodzina bocianów, ptaków otoczonych tutaj wyjątkowym szacunkiem.

Image
Głębokie. Kolumna upamiętniająca Konstytucję 3 Maja.
 

Głębokie jest miastem, z którego młodzi wyjeżdżają na studia do Mińska i innych większych miast, jednak w wakacje chętnie wracają i cieszą się sielskim otoczeniem. Wieczorami spotykają się w dyskotece przy rynku (udekorowana trochę po „gierkowsku”, ale pełna życia i wystrojonych dziewczyn), bardzo przyzwoitym klubie bilardowym, albo na popularnych imprezach nad jeziorem. Od razu można zorientować się, że wszyscy się znają.

Zostawiam na chwilę Głębokie, żeby odwiedzić najbardziej malownicze tereny Białorusi, czyli położone niedaleko granicy z Łotwą Pojezierze Brasławskie. To popularny wśród miejscowych cel wypadów za miasto. W okolicy widać też samochody na łotewskich i rosyjskich rejestracjach. Położone niedaleko Brasławia jeziora Strusto i Snudy nie rozczarowują. W wielu miejscach można rozbić się oficjalnie za darmo – drewniane wiaty i miejsca na ogniska czekają na weekendowych turystów. Kilka kilometrów od mojego leśnego kempingu znajduje się góra Majak – wyniesienie terenu prowadzące do mierzei, która rozdziela obydwa jeziora. Wybieram się tam piechotą, zaopatrzywszy się w najpierw w zapas wody z pobliskiej krynicy. Ludzie, którzy przychodzą z niej zaczerpnąć wieszają na barierkach wokół źródełka i gałęziach pobliskich drzew wstążki, sznurki, albo kawałki folii - wywodzący się z czasów pogańskich zwyczaj dziękowania naturze za skorzystanie z jej darów. Widok setek powiewających na wietrze tasiemek przywodzi na myśl tybetańskie chorągiewki modlitewne łopoczące w Himalajach. Swoją „dolę” dostaje też strażnik wód, drewniany brodaty skrzat z głową nakrytą grzybowym kapeluszem. Odwiedzający wtykają mu w ręce, usta i wszelkie możliwe szczeliny banknoty.

Image
Strażnik źródełka.
 

Widok z góry, otoczonej z trzech stron wodą zapiera dech w piersiach. Widoczne stąd w całej okazałości pełne wysepek, zatoczek i tajemnic jeziora, pofałdowane wzniesienia i gęste lasy długo nie dają o sobie zapomnieć.

Sam Brasław pomimo braku spektakularnych zabytków, zdecydowanie ma „coś” w sobie, unosi się tu jakiś melancholijny klimat sennego uzdrowiska. Nad drewnianą zabudową dominuje przypominająca krater wulkanu Góra Zamkowa, usypana podobno przed stuleciami dla litewskich książąt przez jeńców z Mazowsza. Ponoć jeszcze w XIX wieku w okolicach Warszawy można było usłyszeć przekleństwo „Obyś górę brasławską sypał!” Okolice Brasławia zamieszkuje według statystyk prawie 30% Polaków, choć polszczyzny raczej się na ulicy nie usłyszy. Nasza mowa traktowana jest na Białorusi trochę na zasadzie przedsoborowej łaciny: jako uroczysty język sacrum w kościele. Życie codzienne to zupełnie inna sprawa.

 

Następny przystanek to Dzisna, najmniejsze miasto Białorusi, zwane także z racji położenia Atlantydą. Miasteczko założono w miejscu, gdzie do Dźwiny (w międzywojniu granica Polski i ZSRR) wpada robiąca w ostatniej chwili ostry zakręt mniejsza rzeka Dzisna (Dzisenka). W jej nurcie falują, przybierając fantastyczne kształty, wielometrowe warkocze bujnej roślinności. Nic dziwnego, że tyle tu legend o topielicach i życiu pod powierzchnią wody. W miasteczku zachował się doskonale oryginalny układ ulic z XVI wieku, gdzieniegdzie stuletni bruk. Na Wyspie Batorego, ważnej fortecy z czasów wojen z Moskwą, dziś niespiesznie przeżuwają trawę krowy. Miasto powoli odkrywa swój potencjał turystyczny, o czym mam okazję dowiedzieć się z pierwszej ręki – ostatnie kilka kilometrów podwozi mnie energiczna przewodnicząca lokalnego sowietu, czyli „pani burmistrz”, która zaprasza do swojego biura. W Dzisnej i okolicach powstają współfinansowane przez Unię Europejską „zielone ścieżki”, odnowiono ostatnio stary park, otwierają swoje podwoje pierwsze gospodarstwa agroturystyczne. Miasto prowadzi ożywione kontakty z szwedzkimi samorządami. Podobno widziano już pierwszych gości ze Skandynawii. Na co dzień ulice sprawiają jednak wrażenie wyludnionych.

Z Dzisnej zupełnie niedaleko do Połocka, dawnej stolicy Krywiczów, przodków Białorusinów. Miasto można śmiało nazwać „białoruskim Gnieznem”. W średniowieczu było stolicą potężnego księstwa, a tutejszy Sobór Sofijski - jednym z historycznych centrów ruskiego prawosławia (obok Kijowa i Nowogrodu). Stąd też wywodziła się największa gwiazda białoruskiego renesansu, Franciszek Skaryna, który przełożył Biblię na starobiałoruski (wcześniej niż w swoim języku poznali ją Polacy) i brylował na uniwersytecie w Padwie. Od niedawna główny deptak Połocka, znany przedtem jako Prospekt Marksa, przyjął za patrona właśnie Skarynę. Jakby zmian było mało, swoją ulicę niedaleko brzegów Dźwiny stracił nawet wielki Lenin. Połock odkrywa na nowo swoją historię: w 2010 nadano mu tytuł Białoruskiej Stolicy Kultury (trochę na wzór ESK), trwają prace nad odnowieniem jego zabytków. Odbudowuje się Kolegium Jezuickie, czyli Akademia Połocka, pierwszy uniwersytet na ziemiach białoruskich. Uczelnia ta na początku XIX wieku rywalizowała z wileńską Alma Mater. Blask odzyskują Sobór Sofijski i Cerkiew Przemienienia. Niedawno w połowie deptaka wyznaczono nawet... „geograficzny środek Europy”. Dopisujemy go do listy potencjalnych pępków świata, którymi chwalą się m.in. Litwa, Polska, Słowacja i kilka innych krajów, które lubią się dowartościowywać. Wyjątkowo urokliwym zakątkiem, do którego warto zajrzeć, jest miejsce, w którym do Dźwiny uchodzi rzeczka Połota. Strome skarpy obydwu jej brzegów spina wąska drewniana kładka. Mostek łączy z sobą dwa światy. Z jednej wyniosły kościół i historyczne centrum miasta, z drugiej drewniane, wiejskie domki pomiędzy którymi przechadzają się kozy. W dole tutejsi mężczyźni wędkują godzinami wpatrując się w leniwie płynącą wodę.

 

Image
Połock. Kładka nad Połotą.