Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Poreferendalna propaganda sukcesu

Poreferendalna propaganda sukcesu

04 październik 2016
A A A

Wynik niedzielnego referendum na Węgrzech nie jest ani zwycięstwem rządzącego Fideszu, ani lewicowej opozycji, chociaż obie strony przekuwają obecnie niepowodzenie plebiscytu w swój sukces. Centroprawica stara się nie zwracać uwagi na fakt, iż głosowanie z prawnego punktu widzenia jest nieważne, mimo wielomiesięcznej intensywnej kampanii przy użyciu publicznych pieniędzy. Lewica stara się natomiast nie dostrzegać, że osoby, które w niedzielę zostały w domu, nie tyle kwestionują politykę rządzących wobec Unii Europejskiej, co są niezadowolone z całej węgierskiej klasy politycznej.

Zgodnie z oficjalnymi wynikami podanymi przez węgierską państwową komisję wyborczą, na pytanie „Czy chcesz zezwolić na to, aby Unia Europejska mogła nakazywać obowiązkowe przesiedlanie osób niebędących obywatelami węgierskimi na terytorium Węgier bez zgody Zgromadzenia Narodowego?” przecząco odpowiedziało 98,56 proc. uczestników głosowania, natomiast pozytywne zdanie w tej kwestii wyraziło zaledwie 1,66 proc. osób, które w niedzielę zdecydowały się na odwiedzenie lokali wyborczych. Frekwencja ogółem wyniosła 43,4 proc. Tym samym zgodnie z węgierską ustawą zasadniczą referendum jest prawnie niewiążące. Nie przeszkodzi to oczywiście rządzącemu Fideszowi przeforsować odpowiednich zmian w konstytucji, które wbrew stanowisku Komisji Europejskiej zablokują możliwość relokacji uchodźców na terytorium Węgier. To nie pierwszy przypadek na Węgrzech, kiedy referendum nie powiodło się z powodu niskiej frekwencji, lecz po raz pierwszy zdarzyło się, aby nie było ono wiążące przy użyciu tak nachalnych środków propagandowych.

Zwycięska porażka

Fidesz od czasu objęcia rządów w 2010 r. już kilkukrotnie musiał wycofywać się ze swoich sztandarowych projektów z powodu oporu społeczeństwa, ale tym razem mógł w łatwy sposób przekuć porażkę w swoje zwycięstwo. W tym wypadku pomysłowi rządzących nie towarzyszyły protesty jego przeciwników, a dodatkowo osoby decydujące się na udział w referendum w zdecydowany sposób opowiedziały się za zmianami forsowanymi przez premiera Viktora Orbána. Z tego powodu jeszcze przed zakończeniem głosowania, ubezpieczając się przed jego ewentualnym niepowodzeniem, szef parlamentarnej frakcji Fideszu Lajos Kosa zapowiedział, iż bez względu na frekwencję odpowiedź społeczeństwa zgodna ze stanowiskiem rządzących zostanie zapisana w węgierskiej konstytucji.

Kosa zaznaczył przy tym, że jeśli wyborcy w referendum opowiedzą się za kwotami uchodźców proponowanymi przez KE, wtedy rząd i frakcja Fideszu podadzą się do dymisji. Druga część tej deklaracji była oczywiście typową zagrywką marketingową, ponieważ było doskonale wiadomo, iż twardy elektorat centroprawicy, biorąc udział w plebiscycie, opowie się jednoznacznie przeciwko pomysłom Brukseli. Stanowisko liderów partii rządzącej szybko podchwycili sympatyzujący z Fideszem dziennikarze, którzy w jednostronnym przekazie państwowej telewizji powtarzali słowa Kosy jeszcze w trakcie trwania referendum.

Premier Węgier Viktor Orbán. Źródło: Wikipedia Commons

Stanowisko Fideszu nie zmieniło się oczywiście już po ogłoszeniu wstępnych wyników głosowania, które od razu wskazały, iż zgodnie z konstytucją nie będzie miało ono mocy prawnej. Sam Orbán, prszemawiając do swoich zwolenników, stwierdził, że Węgrzy mogą być dumni, iż jako pierwszy europejski naród mogli swobodnie wypowiedzieć się w sprawie imigrantów. Węgierski premier dodał, iż zdecydowane poparcie dla polityki rządu wyrażone przez uczestników głosowania daje mu duży mandat do dalszych „ciężkich bitew”, które zamierza prowadzić podczas kolejnych rozmów unijnych przywódców na ten temat. Zapowiedział on oczywiście przeprowadzenie odpowiednich zmian w ustawie zasadniczej mimo prawnie niewiążącego charakteru plebiscytu, co powtórzył następnego dnia w przemówieniu wygłoszonym w Zgromadzeniu Narodowym.

W parlamencie Orbán zauważył, że choć głosowanie okazało się nieważne, liczba osób opowiadających się przeciwko kwotom uchodźców była większa, niż liczba zwolenników przystąpienia Węgier do Unii Europejskiej. Podczas referendum w tej sprawie w 2003 r. do urn poszło 45,6 proc. uprawnionych, z czego 3,06 mln opowiedziało się za dołączeniem do struktur unijnych, a tymczasem w niedzielnym głosowaniu 3,28 mln Węgrów sprzeciwiło się stanowisku Brukseli w kwestii imigrantów. Lider Fideszu w obu wystąpieniach omijał jednak temat frekwencji, choć doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż przy tak intensywnej kampanii przedreferendalnej jest ona porażką. Podczas niedzielnego wiecu na scenie obok Orbána nie pojawiły się bowiem dwie osoby odpowiedzialne za rządową propagandę – szef kancelarii premiera János Lázár oraz kierujący biurem szefa rządu Antal Rogán. Powstaje pytanie, czy Orbán wyciągnie wobec nich konsekwencje, ponieważ z kilku innych powodów stanowią oni spore obciążenie dla wizerunku Fideszu.

Życzeniowe myślenie lewicy

Przynajmniej z medialnych deklaracji wynika, że podobną drogą co rządzący postanowiła pójść lewicowa opozycja. Wszystkie największe ugrupowania tej strony węgierskiej sceny politycznej wzywały od wielu tygodni do bojkotu referendum, aby dać wyraz niechęci do polityki Orbána wobec UE. Najintensywniejszą i najbardziej kontrowersyjną kampanię w  tej sprawie prowadziły połączone siły partii Razem (Együtt), Dialogu dla Węgier (Párbeszéd Magyarországért, PM) i Ruchu Nowoczesnych Węgier (Modern Magyarország Mozgalom, MoMa). Ich liderzy nie tylko wzywali do bojkotu głosowania, ale także prowadzili kampanię bilbordową, która przedstawiała węgierskie małżeństwo pokazujące środkowy palec pod napisem: „Na głupie pytanie taka odpowiedź. Kto zostanie w domu głosuje na Europę”. Bardziej umiarkowane stanowisko w tej sprawie przedstawiło najpopularniejsze lewicowe ugrupowanie, Węgierska Partia Socjalistyczna (Magyar Szocialista Párt, MSZP), bowiem część ważnych polityków ugrupowania przed rokiem raczej pochlebnie wypowiadało się choćby na temat budowy ogrodzenia na granicy węgiersko-serbskiej. Ostatecznie MSZP postanowiła wezwać swoich zwolenników do nieuczestniczenia w plebiscycie, jednak nie nazywała tego kroku bojkotem, ponieważ dla tej partii instytucja referendum jest ważnym narzędziem demokracji.

W dniu referendum i po ogłoszeniu jego wstępnych wyników brylował jednak były premier Ferenc Gyurcsány, który wraz ze swoją Koalicją Demokratyczną (Demokratikus Koalíció, DK) w ostatnim czasie jest raczej izolowany przez pozostałe ugrupowania lewicowej opozycji. Dzień przed referendum zapowiedział on zwycięstwo zwolenników dobrych relacji z Brukselą, którzy w tym czasie protestowali kilkaset metrów dalej przeciwko radykalizacji węgierskiej prawicy. Tuż po głosowaniu Gyurcsány wezwał natomiast węgierskiego premiera do dymisji z powodu jego klęski i zwycięstwa lewicy, jednocześnie oferując współpracę pozostałym partiom lewicowym w celu odsunięcia Fideszu od władzy podczas wyborów parlamentarnych w 2018 r. Politycy opozycji nie zwracają jednak uwagi na fakt, iż przedreferendalne sondaże, nieuwzględniające pytania o samo uczestnictwo w referendum, wskazywały na zdecydowane zwycięstwo przeciwników kwot, których liczba wahała się od 65 do nawet 80 proc. Węgrzy nie tyle posłuchali więc wezwań lewicy do bojkotu głosowania z powodu troski o los imigrantów, lecz nie widzieli sensu w organizacji plebiscytu i okazali zmęczenie całą węgierską sceną polityczną. W ostatnich badaniach opinii publicznej, dotyczących poparcia dla partii politycznych, wszystkie lewicowe ugrupowania razem wzięte dalej cieszą się popularnością ledwie przekraczającą 20 proc.

"Nie ryzykujmy, zagłosujmy na nie". Źródło: Wikipedia Commons

Atak Jobbiku

Paradoksalnie referendum może wzmocnić nacjonalistów z Jobbiku, którzy już od wielu miesięcy są w sondażach drugą największą siłą polityczną kraju. Ugrupowanie w swojej przedreferendalnej kampanii podobnie jak rządzący wzywało do opowiedzenia się przeciwko kwotom uchodźców, ale jednocześnie krytykowało sam pomysł przeprowadzenia głosowania. Tym samym nacjonaliści wpisali się we wspomniane wcześniej nastroje społecznego sprzeciwu wobec rozwiązań proponowanych przez Brukselę, łączące się jednocześnie z przekonaniem, iż referendum nie ma większego sensu. Dodatkowo Jobbik, zajmując w sprawie imigrantów podobne stanowisko do rządzących, nie musiał wzorem lewicowej opozycji skupiać się jedynie na tym temacie i punktował rządzących za korupcję, nepotyzm, czy coraz bardziej widoczną arogancję władzy i przepych, w jakim żyją powiązani z nią oligarchowie. Już po głosowaniu liderzy partii wezwali Orbána do dymisji z powodu jego klęski i zmarnowania dużych środków publicznych wydanych w związku z przygotowaniem plebiscytu.

Dzień po referendum lider Jobbiku wszedł w bezpośrednią polemikę z węgierskim premierem. Gábor Vona stwierdził, że doskonale wie, iż Orbán tego nie uczyni, ale powinien on wzorem brytyjskiego premiera Davida Camerona podać się do dymisji po porażce swojego referendum. Miało ono bowiem spowodować obniżenie wiarygodności Węgier, ponieważ zachodnioeuropejscy przywódcy będą mieli obecnie argument w postaci faktu, iż głosowanie nie miało wiążącego charakteru i nie spotkało się z zainteresowaniem Węgrów. Vona podkreślił przy tym, że jego ugrupowanie już w maju opowiedziało się za zmianą konstytucji przez Zgromadzenie Narodowe, aby uchronić węgierskie stanowisko wobec imigrantów przed ewentualną porażką referendum forsowanego przez władzę coraz bardziej krytykowaną przez węgierskie społeczeństwo. Odpowiadając na te uwagi, Orbán oskarżył Jobbik o antypatriotyczne działania i bycie „lokajami Brukseli”. Co ciekawe, uwagę na szkodliwość referendum dla pozycji negocjacyjnej węgierskiego rządu zwróciła uwagę również liberalna partia Polityka Może Być Inna (Lehet Más a Politika, LMP), która w kampanii przedreferendalnej zajmowała neutralne stanowisko, choć była krytykowana przez część lewicowych mediów za sprzyjanie polityce Fideszu.

Rządowa propaganda vs. lewicowy trolling

Najczęstszym argumentem wysuwanym przeciwko kampanii ze strony przeciwników przyjmowania imigrantów, będących równocześnie krytykami ogólnych poczynań rządu, była jej niezwykła intensywność. Węgry wręcz topiły się w tysiącach niebieskich bilbordów finansowanych jako „informacja rządowa”, a internauci zamieszczali dziesiątki zdjęć, na których widać było np. dziesięć bilbordów znajdujących się obok siebie. Główny motyw tej formy kampanii odbywał się pod hasłem „Mamy przekaz dla Brukseli, by w końcu to do nich dotarło”, natomiast na plakatach pojawiały się hasła zaczynające się od pytania „Czy wiedzieli państwo?”, do którego dopisywano jeden z kilku wariantów informacji dotyczących np. wzrostu liczby gwałtów w Europie Zachodniej po pojawieniu się imigrantów, ilości osób zabitych w zamachach terrorystycznych czy też liczy Libijczyków gotowych na przyjazd do Europy. Według danych opublikowanych pod koniec września przez kancelarię węgierskiego premiera kampania rządowa kosztowała podatników ponad 11,3 mld forintów (ok. 158 mln zł), które bardzo często trafiały do mediów i agencji reklamowych powiązanych z politykami Fideszu.

"Wiedzieliście? Od początku kryzysu migracyjnego z powodu zamachów terrorystycznych w Europie zginęło 300 osób",
"Wiedzieliście? Zamachy w Paryżu zostały przeprowadzone przez imigrantów". Źródło: Wikipedia Commons

W morzu rządowych reklam mało widoczne były plakaty i bilbordy ugrupowań opozycyjnych, ale największym zainteresowaniem cieszyły się materiały kolportowane przez happeningową grupę Węgierskiej Partii Psa o Dwóch Ogonach (Magyar Kétfarkú Kutya Párt, MKKP), która urządziła kampanię mogącą uchodzić za popularny „trolling”. Szare plakaty sfinansowane ze zbiórki publicznej sprowadzały do absurdu pytania zadawane w oficjalnej rządowej propagandzie. Pojawiało się więc na nich znane już wcześniej „Czy wiedzieli państwo?” z kilkoma wariantami, takimi jak np. „Najwięcej przestępstw korupcyjnych popełniają politycy”, „Ponad milion osób chce się przenieść z Węgier do Europy”, czy też „Od początku kryzysu migracyjnego liczba niebieskich plakatów na Węgrzech przewyższyła liczbę migrantów”. Według doniesień mediów część materiałów była niszczona na polecenie lokalnych władz Fideszu, chociażby w dwóch dzielnicach Budapesztu, gdzie do zrywania plakatów miano nakłonić bezrobotnych uczestniczących w robotach publicznych. Państwowa komisja wyborcza w Szombathely uznała natomiast, iż zniszczenie materiałów MKKP w tym mieście jest naruszeniem prawa wyborczego, ale sprawców tego czynu nie udało się zidentyfikować. Gergely Kovács, lider kabaretowej inicjatywy obchodzącej w tym roku swoje dziesięciolecie, udzielał również bardziej poważnych wywiadów mediom opozycyjnym. Krytykował w nich przedstawianie imigrantów przez rząd jako potencjalnych terrorystów, a także zwracał uwagę na odwracanie uwagi przez rządzących od własnych afer.

Jaki kolejny temat zastępczy?

Już w lutym zwracałem uwagę na fakt, iż Węgrzy coraz częściej organizują protesty przeciwko rządzącym, których pogrążają kolejne skandale związane najczęściej z arogancją władzy i towarzyszącym jej nieskrywanym przepychem. W zeszłym roku wybuch kryzysu imigracyjnego pozwolił na odwrócenie uwagi opinii publicznej od konfliktów z niektórymi oligarchami oraz kwestiami niejasnego pochodzenia majątków niektórych polityków Fideszu. W ostatnich miesiącach mówi się natomiast coraz więcej o korupcji i nepotyzmie. Według sondaży przeprowadzonych pod koniec lipca ponad 60 proc. Węgrów zwraca uwagę na poważny problem z łapówkarstwem w służbie zdrowia i administracji państwowej. Najbardziej niepokojący dla rządzących powinien być wynik drugiego badania przeprowadzonego w tym czasie, z którego wynika, że 57 proc. respondentów dostrzega brak zainteresowania Fideszu sprawą zwalczania korupcji, ponieważ partia czerpie z niej korzyści. Zdanie to dodatkowo podziela 47 proc. wyborców partii Orbána, co najlepiej pokazuje skalę tego zjawiska nad Dunajem.

Argumenty swoim przeciwnikom dostarczają zresztą sami rządzący. Wspominany już szef biura premiera, ochrzczony przez opozycyjne media mianem „ministra propagandy”, został przyłapany przez dziennik „Népszabadság” na podróży luksusowym helikopterem wraz z rodziną przed niedzielnym referendum. Rogán miał wracać nim pod Budapeszt z wesela we wschodniej części Węgier, aby przesiąść się do czarnego mercedesa z niemieckimi numerami rejestracyjnymi. Polityk Fideszu pytany o tą sprawę stwierdził, że… media pomyliły go z kimś innym, a każda osoba powielająca te informacje musi liczyć się z sądowym pozwem. Ta z pozoru mało istotna historia obrazuje wyalienowanie rządzących elit od społeczeństwa i... jest kolejnym skandalem z udziałem Rogána. Szef biura Orbána od dawna oskarżany jest o przyjęcie łapówki w czasach zasiadania w samorządzie, czy też o niejasne związki z biznesmenami podejrzanymi o wyłudzanie środków unijnych. Obserwując węgierską scenę polityczną można zadawać sobie tylko pytanie, czym tym razem rządzący przykryją swoje niepopularne praktyki.

Maurycy Mietelski