Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję

Strefa wiedzy

Wykonanie: Delta Interactive
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Wybory prezydenckie w USA: po pierwszej debacie bez zmian

Wybory prezydenckie w USA: po pierwszej debacie bez zmian

02 październik 2016
A A A

Pierwsza z debat prezydenckich określana jest mianem najważniejszej, jednak ta między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem znacząco ustępowała poziomem debatom, które mogliśmy oglądać przy poprzednich wyborach. Jak zaprezentowali się kandydaci Partii Demokratycznej i Republikańskiej oraz kto faktycznie odniósł zwycięstwo? I najciekawsze - czy ta debata wpłynie na przebieg kampanii i ostateczny wynik listopadowych wyborów?

W poniedziałek (26.09) odbyła się pierwsza z serii trzech debat w tegorocznej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych, podczas której naprzeciw siebie stanęli nowojorski biznesmen Donald Trump, nominat Partii Republikańskiej, oraz była sekretarz stanu Hillary Clinton, nominowana przez Partię Demokratyczną. Jeszcze przed debatą mówiło się, iż jej wynik będzie miał kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu kampanii i może zadecydować o wyniku listopadowych wyborów. Tak się jednak nie stało – nie z braku zainteresowania społeczności amerykańskiej, gdyż debata zgromadziła przed telewizorami rekordową liczbę ponad 81 milionów widzów, lecz z samej formy dyskusji, jaką przyjęli sobie kandydaci. A ta była zwyczajnie nudna.

Pierwsza debata określana jest mianem najważniejszej, a samym celem tych debat jest przekonanie niezadeklarowanych wyborców. Wątpię jednak, by ta debata przekonała kogokolwiek. Być może wprowadziła nawet tych zadeklarowanych już wyborców w powątpiewania. Poziom debaty był niski, sylwetki kandydatów zacierały się w trakcie trwania niezbyt dynamicznej polemiki, a ich poglądy były uwidocznione w większym stopniu dzięki wspomnieniom z okresu prawyborów, niż prowadzonej dyskusji. Sam poziom debaty jest być może odzwierciedleniem sylwetek kandydatów, którzy choć prowadzą agresywną kampanię, w przypadku bezpośredniej dyskusji miękną i wypadają słabo na tle kandydatów na urząd prezydenta z poprzednich lat.

Źródło: Flickr.com/Rich Girard

Mój zawód może być spowodowany zbyt wysokimi oczekiwaniami, ale właściwie czemu nie oczekiwać dynamicznej polemiki od kandydatów, którzy atakowali się nawzajem jeszcze na kilka miesięcy przed uzyskaniem nominacji? Trump i Clinton już od lutego stawiali sobie wzajemnie zarzuty, a pierwsza debata miała być meritum tej kampanii pełnej oskarżeń. Jednak podczas uścisku dłoni, jaki przed rozpoczęciem debaty kandydaci wymienili między sobą, doszło chyba do emocjonalnego resetu i zupełnego rozładowania napięcia. Kandydat Republikanów pozwolił sobie nawet na delikatne objęcie byłej sekretarz stanu. Najwyraźniej Trump nie chciał podczas tej debaty iść na wojnę z Clinton.

Była sekretarz stanu kontra seksista

Donald Trump nie zdecydował się na żaden wyraźny atak podczas tej debaty. Nie oznacza to, że kandydat Republikanów wyłącznie odpierał zarzuty, a sam żadnego nie sformułował. W trakcie dyskusji pojawiały się one, były jednak odpowiedzią na polemikę z Hillary Clinton, a nie jego inicjatywą. Zabrakło w nich także emocjonalnego wymiaru, tak dobrze już znanego i kojarzonego z Trumpem z okresu prawyborów. Przyczyną była poprawność polityczna. Każdy agresywniejszy atak Clinton mogłaby obrócić na swoją korzyść, ukazując Trumpa jako seksistę, starającego się udowodnić dominację mężczyzn nad kobietami. Nie chciałbym być źle zrozumiany, daleki jestem od poglądu, że mężczyzna podczas debaty z kobietą skazany jest na porażkę ze względu na seksizm. Jednak zarzuty nieposzanowania praw kobiet stawiane Trumpowi są dość poważne i dotyczą zarówno bezpośrednio jego osoby, jak i prowadzonego przez niego biznesu. Każdy pretekst, by móc nazwać republikańskiego nominata seksistą, to woda na młyn dla Hillary Clinton.

Jednak pomimo wstrzymania się przez Trumpa ze słowną ofensywą nie uniknął on podczas debaty tego niewygodnego dla siebie tematu. Była sekretarz stanu zaatakowała Trumpa historią Alicii Machado, byłej Miss Universe, którą Trump nazwał „Panią Świnką”, ponieważ Machado po zwycięstwie znacznie przytyła oraz „Panią Sprzątaczką” z powodu jej latynoskiego pochodzenia. Całe to zajście miało miejsce przeszło 20 lat temu, sztab Clinton wykonał więc bardzo dobrą pracę, odnajdując tak dawną historię. Podczas debaty Trump nie wydawał się być w pełni świadomy tego, o czym dokładnie mówi kandydatka demokratów, jednak we wtorek rano na antenie Fox News przyznał, że taka sytuacja faktycznie miała miejsce. Brak ataku ze strony Trumpa nie opłacił się więc, gdyż łatka seksisty została odświeżona i bez niego. Samo przytoczenie tej historii przez Clinton może być także sygnałem ostrzegawczym dla Trumpa, że takich lub innych opowieści była sekretarz stanu ma w zanadrzu znacznie więcej i powinien on mieć się na baczności. 

Nowy (przelotny) wizerunek Trumpa

Już na samym początku debaty można było dostrzec zmianę, jaka zaszła w republikańskim kandydacie. Donald Trump ograniczył niepotrzebną gestykulację, mówił w sposób spokojny i stonowany, ale jednocześnie pewny swoich słów. Dobrze odpowiadał i celnie zadawał pytania swojej kontrkandydatce, która w początkowej części debaty zmuszona była do pozostania w defensywie.

W republikańskim kandydacie nie zmieniła się tylko jedna rzecz – łatwość w wyprowadzaniu go z równowagi. Wystarczyło jedno pytanie, na które nie mógł udzielić jednoznacznej odpowiedzi, by całkowicie rozbić jego nowy wizerunek wyważonego polityka. Od tego momentu Trump znacznie osłabł, wielokrotnie przerywał wypowiedzi nominatki Demokratów, a jego zdania stały się chaotyczne. Brak opanowania biznesmena budzi zastrzeżenia co do tego, czy ma on wystarczająco silne nerwy, by piastować stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Doświadczenie w polityce zagranicznej

W panelach tematycznych najsłabszym dla Trumpa okazał się ten dotyczący polityki zagranicznej. Nie powinien dziwić fakt, że to Clinton jest wyraźnie mocniejsza w tej dziedzinie, w końcu przez kilka lat piastowała najważniejsze w tym obszarze stanowisko sekretarza stanu, jednak Trumpowi daleko do rozumienia zasad funkcjonowania dyplomacji. Z kolei Clinton wydaje się przeceniać jej możliwości, zapominając o pełnym wymiarze swojego bagażu doświadczeń, także tych negatywnych, kiedy dyplomacja była niewystarczającym narzędziem.

Mogłoby się wydawać, że Clinton ma pod względem merytorycznym znaczną przewagę nad swoim kontrkandydatem, jednak nie ma ona większego przełożenia na wynik wyborczy z prostej przyczyny – większość obywateli Stanów Zjednoczonych nie jest zainteresowana polityką zagraniczną i metodami jej realizowania. Stąd też posiadane przez Trumpa braki wiedzy i doświadczenia szkodą mu w stopniu nieznacznym lub nawet wcale.

Co dalej?

W kolejnych debatach można spodziewać się bardziej zaciętej polemiki między kandydatami. Od czasu debaty media cały czas podają informacje o nieustających oskarżeniach padających z obydwu stron przy pomocy mediów społecznościowych. Donald Trump zapowiada, że w najbliższej debacie nie powstrzyma się przed bezpośrednim atakowaniem swojej kontrkandydatki, zaś po Clinton możemy spodziewać się próby zerwania z wizerunkiem nudnego polityka i próbą włączenia do swoich wypowiedzi odrobiny poczucia humoru i nawiązania kontaktu z obywatelami, tak jak to w swoich przemowach robi Barack Obama.

Źródło: Flickr.com/KAZ Vorpal

Sama kampania wchodzi już w ostateczny etap, jednak nie wydaje się, by sztaby pracowały nad tym, jak przekonywać  wyborców do konkretnego kandydata. W tegorocznych wyborach mamy do czynienia z kampanią wzajemnych oskarżeń i ujawniania błędów z przeszłości kontrkandydata, a po ostatniej debacie, napięcie znacznie wzrosło. To także dowód na to, że kandydaci, mając trudności z przekonaniem obywateli do siebie, wolą oskarżać drugą stronę o niekompetencję lub rzucanie fałszywych oskarżeń.

Komu należy się zwycięstwo?

Wyniki sondażów stacji telewizyjnych dotyczące debaty są podzielone, głównie ze względu na preferencje polityczne widzów poszczególnych mediów. Eksperci są raczej zgodni co do tego, że debatę wygrała Hillary Clinton i faktycznie, wydaje się, że wypadła ona lepiej niż kandydat Partii Republikańskiej.

Jednak to zwycięstwo może być ciężko przekuć w ostateczny sukces. Clinton podczas debaty była niewyraźna, jej wypowiedzi opierały się wyłącznie o hasła z kampanii, ale przede wszystkim zaprezentowała się jako rasowy polityk. A to właśnie tego obrazu polityka Amerykanie mają dość. Znaczna część społeczeństwa nie utożsamia się już z politykami, którzy przede wszystkim bronią partyjnego interesu. To jest powodem sukcesu takich osób, jak Donald Trump, osób, które nie mają politycznego doświadczenia, ale mają stać się świeżym, choć nie do końca racjonalnym, jednak bardzo istotnym wkładem w amerykański system polityczny.

Rozstrzygnie Kolegium Elektorów

Także sondaże poparcia, które zostały przeprowadzone już po debacie, wskazują na przewagę Hillary Clinton na poziomie czterech punktów procentowych w skali kraju. Należy jednak pamiętać o specyfice amerykańskiego systemu wyborczego na urząd prezydenta – to głosy Kolegium Elektorów faktycznie decydują o ostatecznym wyborze. Kandydat, który w danym stanie zgromadzi większą liczbę głosów elektorskich, uzyskuje wszystkie głosy tego stanu. Liczba elektorów głosujących w danym stanie jest równa przedstawicielom stanowym w obu izbach Kongresu. Łączna liczba elektorów to 538 – wśród nich jest także trzech elektorów z Dystryktu Kolumbii, który choć stanem nie jest, ma tylu przedstawicieli, ilu miałby, gdyby był stanem.

Stany z największą liczbą elektorów, których głosy najprawdopodobniej będą liczone na kotno Clinton, to Kalifornia (55 elektorów) i Nowy Jork (29), zaś Trumpowi najpewniej przypadnie Teksas (38). Nadal pozostaje jednak wiele stanów o licznej reprezentacji, w sondażach których kandydaci plasują się na równi. Są to między innymi Floryda (29 elektorów), Pensylwania (20), Ohio (18), Georgia (16) i Michigan (16). Może więc dojść do sytuacji, w której pomimo uzyskania większej liczby głosów w głosowaniu powszechnym przez jednego z kandydatów, to drugi z nich uzyska przewagę w głosowaniu elektorskim i ostatecznie zostanie Prezydentem USA. Taka sytuacja miała miejsce w 2000 roku, kiedy to Al Gore, kandydat Demokratów, zdobył więcej głosów w głosowaniu powszechnym, ale to jego kontrkandydat z Partii Republikańskiej, George W. Bush, uzyskał większą liczbę głosów elektorskich i został 43. Prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Mateusz Michał Piotrowski