Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Żywiołowa natura Chile

Żywiołowa natura Chile

11 kwiecień 2015
A A A

Gdy zapytamy przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się Chile, zapewne pierwszym, co przyjdzie mu na myśl, będą lamy, a drugim - skaliste wybrzeża. Lepiej poinformowany wspomni pewnie coś Augusto Pinochecie, a ktoś znający się na ekonomii o liberalnych reformach gospodarczych. Chile to kraj, który z perspektywy Polaka nie wyróżnia się absolutnie niczym. Kształtem przypomina pałeczkę okrężnicy, w najwęższym miejscu jest cieńszy niż Podkarpacie, pod względem liczby ludności przypomina Holandię, a gęstości zaludnienia - Dżibuti. Ten odległy zakątek świata znamy głównie z zapierających dech w piersiach widoków (które podziwiać pozwala nam telewizja satelitarna) i... katastrof naturalnych. Widzowie National Geographic i Discovery Channel wiedzą, o czym mówię.

Jako mały dzieciak lubowałem się w czytaniu o różnego rodzaju kataklizmach. Najbardziej interesujące były dla mnie oczywiście te wielkie i - co nieuniknione - niosące za sobą wiele ofiar. Cóż, inni chłopcy w moim wieku wyobrażali sobie dinozaury pożerające ludzi. Mądrość etapu, rzekłbym. Przeglądałem więc sterty książek i encyklopedii o wulkanach, trzęsieniach ziemi i powodziach. Z racji zamiłowania do gór i chłopięcej słabości do tego, co wybuchowe, moją ulubioną tematyką były właśnie wulkany. Nie pamiętam, by te ziejące ogniem geologiczne monstra sprawiły, że później odczuwałem sentyment do jakiejś konkretnej krainy geograficznej, lecz Andy, a co za tym idzie, również Chile, były pod tym względem zapewne w ścisłej czołówce.

Burzliwy okres

Nieco ponad tydzień temu przypadła mi wątpliwa przyjemność poinformowania na łamach Portalu Spraw Zagranicznych o powodziach, które nawiedziły północne Chile. Jakby tego było mało, zaledwie dwa tygodnie wcześniej południowy rejon tego państwa dotknęły niszczycielskie pożary, które w połączeniu z suszą wyrządziły niemałe straty. Co więcej, rok temu obszar ten cierpiał z powodu tego samego kataklizmu. Ale ogień i woda to nie wszystko. Wykazałbym się skrajną nierzetelnością, gdybym nie wspomniał także o trzęsieniach ziemi. I wybuchach wulkanów. I tsunami. I lawinach błotnych. I osuwiskach skalnych. I suszach. Mógłbym tak wymieniać długo...

Zostańmy przy wspomnianych trzęsieniach ziemi, gdyż to one chyba wyjątkowo “upodobały sobie” terytorium Chile. Dość powiedzieć, że najsilniejsze dotychczas odnotowane, o sile 9,5 w skali Richtera, miało miejsce właśnie tam, w 1960 roku.  A jeśli stworzymy listę 10 największych trzęsień ziemi, to Chile znajdzie się na niej trzykrotnie, czyli trzy razy częściej, niż jakikolwiek inny kraj.

Wstrząsy sejsmiczne często powiązane są z wybuchami wulkanów. Na terenie państwa znajduje się ich około 2000, z czego 500 aktywnych. Erupcja jednego z najaktywniejszych wulkanów w rejonie Ameryki Południowej - Villarica - miała miejsce... w zeszłym miesiącu!  Na jednym z portali informacyjnych redakcja stworzyła ostatnio nawet pojęcie „plag chilijskich”. Może wydawać się ono nieco przesadzone, ale gdy weźmiemy pod uwagę, że ostatnio powódź nawiedziła nawet ten obszar Chile, który zalicza się do najsuchszych na świecie, to ten sceptycyzm wydaje się nieuzasadniony.

Dlaczego właśnie Chile jest tak często nękane przez klęski żywiołowe? Gdybym był Boliwijczykiem, to zapewne stwierdziłbym, że to kara za odebranie Boliwii dostępu do oceanu; gdybym był Peruwiańczykiem, powiedziałbym, że ma to jakiś związek z przyznaniem Chile prowincji Tarapacá; gdybym był Argentyńczykiem, napomknąłbym coś o konflikcie terytorialnym w rejonie Patagonii; gdybym był Hiszpanem zasugerowałbym, że to kara za wyrzucenie la Roja z Mundialu; a gdybym był naukowcem, wyciągnąłbym mapę przedstawiającą Pacyfik i zacząłbym opowiadać o Ognistym Pierścieniu, zimnym prądzie peruwiańskim, znaczeniu pasm górskich i ruchach płyt tektonicznych.

Sprawdzian dla administracji

Bez względu na to, co uznamy za przyczynę niedoli Chile, wszyscy dojdziemy do jednego wniosku - mieszkańcy tego kraju nie mają, delikatnie mówiąc, łatwego życia. I tu nasuwa się pytanie, jak w takich sytuacjach radzi sobie państwo?

Trudno z perspektywy mieszkańca Europy Środkowej ocenić sprawność chilijskich służb i procedur zarządzania kryzysowego. Nie tylko dlatego, że dla obywatela Polski pojęcie „sprawnego zarządzania kryzysowego” jest ostatnio bardziej obce niż same trzęsienia ziemi czy wybuchy wulkanów. Sprawność zarządzania w awaryjnych sytuacjach najlepiej ocenia się obserwując przebieg akcji ratunkowych osobiście. Co więcej, scenariusze działania w momentach kryzysowych buduje się na podstawie przewidywań i doświadczeń. Dlatego trudno zarzucić służbom nieudolność, gdy mają do czynienia, dajmy na to, z najsilniejszymi opadami deszczu od 80 lat i to na terenach, na których długo nie spadła nawet kropla wody. Podobnie byłoby w przypadku pożarów połączonych z wielką suszą i silnym wiatrem.

Występuje jednak w Chile jedno zjawisko prawie tak popularne, jak mżawka w północnej Szkocji, a które może nam jednocześnie wiele powiedzieć o sprawności służb tego południowoamerykańskiego kraju. Są nim wspomniane już wielokrotnie trzęsienia ziemi.  

Pierwszym spostrzeżeniem, którego dokonałem, gdy zagłębiłem się nieco w tę tematykę, było to, że Chilijczycy uczą się na błędach. Po wstrząsach w 1960 roku, w ramach MSW, utworzyli specjalną jednostkę ds. sytuacji kryzysowych - ONEMI. Pierwszy poważny test nadszedł w 2010 roku, kiedy to silne trzęsienie ziemi nawiedziło region Maule. Straty okazały się mniejsze, niż sugerowałaby to siła wstrząsów. Implementowane przez lata zmiany w architekturze, lepsza koordynacja służb i szybsze działanie rządu pozwoliły dużo lepiej poradzić sobie ze skutkami kataklizmu. Dość powiedzieć, że dzień po trzęsieniu najważniejsza chilijska autostrada, łącząca północ kraju z południem, była już przejezdna. A w dziesięć dni po katastrofie 90 procent domostw zyskało dostęp do wody i prądu. Pochwalić należało również koordynację pomocy. Rząd szybko przeprowadził szacunki, które pozwoliły poprosić obce państwa i organizacje o wsparcie w konkretnych, sprecyzowanych formach, unikając w ten sposób marnotrawstwa i chaosu oraz przyśpieszając akcję ratunkową. Nie obyło się, niestety, bez wpadek. Największą i najbardziej brzemienną w skutkach była dezinformacja związana z ostrzeganiem przed tsunami. Marynarka wysyłała sprzeczne komunikaty dotyczące zagrożenia, co doprowadziło do śmierci wielu osób zaskoczonych wielką falą. To właśnie nagłe powodzie były przyczyną śmierci większości ofiar. Nie upiekło się również samemu rządowi, bo krytyka spadła przede wszystkim na administrację prezydent Michelle Bachelet. Obawiając się skojarzeń z czasami wojskowej junty, prezydent zwlekała z wprowadzeniem stanu wyjątkowego i tym samym z wysłaniem armii na ulice. To opóźnienie doprowadziło do licznych rabunków i chaosu, z którymi policja sobie nie radziła.

W zeszłym roku nadeszła kolejna próba - trzęsienie ziemi porównywalne z tym z 2010  roku. Nauczona doświadczeniami przeszłości, prezydent Bachelet niezwłocznie wprowadziła stan wyjątkowy, sprawnie opanowując sytuację. Był to także sprawdzian dla zmian wprowadzonych w ciąg czterech wcześniejszych lat. Jedną z nich był nowy system ostrzegania opracowany przez izraelską firmę, który pozwala na nadawanie komunikatów przez wszelkiego rodzaju środki komunikacji, od telewizji po smsy. Innym rozwiązaniem, zastosowanym dzięki doświadczeniom wcześniejszej katastrofy, jest sieć rozmieszczonych na nabrzeżach syren, mających na celu ostrzeganie o tsunami. Wszystkie te elementy sprawiły, że skala ofiar była dużo mniejsza. Zginęło kilka osób. Dla porównania, trzęsienie ziemi w 2010 roku pochłonęło 525 istnień ludzkich.

Polityka wśród kataklizmów

Opisując to, jak współczesne Chile radzi sobie z klęskami żywiołowymi, nie sposób nie poświęcić kilku słów aktualnej prezydent - Michelle Bachelet. Przedstawicielka socjaldemokratów sprawuje urząd już drugą kadencję. Co więcej, dwa największe trzęsienia ziemi ostatnich lat miały miejsce w trakcie trwania jej rządów. Można by stwierdzić, że ta polityk wie już o klęskach żywiołowych wiele i uczy się razem ze swoim społeczeństwem. Bachelet osobiście odwiedza miejsca katastrof. Gdy dzień po zeszłorocznym trzęsieniu ziemi oglądała zniszczone tereny, w wyniku wtórnych wstrząsów zmuszona była do ewakuacji. W ostatnią sobotę natomiast wizytowała tereny dotknięte powodziami. Nawet jeśli będziemy się doszukiwać zabiegów PR-owych w takiej postawie prezydent Chile, to bez wątpienia jest to przykład godny naśladownictwa i trudno się dziwić, że społeczeństwo obdarza Bachelet poparciem.

Chilijczycy nie popełniają ponownie tych samych błędów. Przynajmniej w przypadku katastrof naturalnych. Widoczne jest, zarówno wśród społeczeństwa jak i władz, zaangażowanie w poprawę bezpieczeństwa. Na przestrzeni lat wprowadzono szereg systemów ostrzegania, obywatele są świadomi zagrożeń i wiedzą jak postępować w awaryjnych sytuacjach. Zmiany dotknęły różnych płaszczyzn, od prawodawstwa po architekturę. Surowe zasady chilijskiego budownictwa są znane na całym świecie, a z doświadczeń tego państwa związanych z ostrzeganiem i ograniczaniem skutków trzęsień ziemi korzysta wiele regionów globu.

Powyższy tekst może nie sprawdziłby się jako opis potencjalnego zagrożenia turystycznego do katalogu biura podróży. Wątpię również, bym dzięki niemu otrzymał propozycję pracy jako rzecznik chilijskiego rządu. Chyba że od Boliwijczyków. Nie chciałbym nikogo zniechęcić do odwiedzenia tego pięknego kraju. Wręcz przeciwnie, perspektywa przebywania w rejonie, gdzie siły natury tak mocno dają o sobie znać, wydaje mi się bardzo interesująca.

Jako człowiek siedzący przed laptopem w może nie ciepłej, lecz na pewno spokojnej Warszawie, mogę jedynie podziwiać, jak Chilijczycy radzą sobie z klęskami żywiołowymi. A gdy jeszcze pomyślę o tym, jak służby mojego kraju poradziły sobie z ugaszeniem pożaru jednego z najważniejszych mostów w stolicy, to mogę powiedzieć jedynie: ¡cuídense mucho!