Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Unia Europejska Adam Lelonek: Ukraińskie kino akcji: Wiktor Van Damme i geopolityczny szpagat

Adam Lelonek: Ukraińskie kino akcji: Wiktor Van Damme i geopolityczny szpagat

24 listopad 2013
A A A
Wschód nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni zaskakuje. Ostatnie wydarzenia na Ukrainie pokazują, że karkołomnych szpagatów Jean-Claude Van Damme, występujący w najnowszej reklamie jednej z dużych firm samochodowych, mógłby spokojnie uczyć się od ukraińskiego prezydenta. Dyscypliny i determinacji w dążeniu do celu mógłby uczyć się od Rosjan. Problem jednak w tym, że na lekcje bezradnego rozdzierania szat i sztuki głośnego lamentowania można zaczynać wysyłać ludzi do Brukseli.
Image Szok, niedowierzanie, bezsilność, zaskoczenie, rozczarowanie, rozpacz – emocje te w przeróżnych kombinacjach przetoczyły się jak tsunami przez całą Europę i to jeszcze przed rozpoczęciem szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Ewidentnie nie brakuje ich również na Ukrainie, co pokazuje „Euromajdan”. Szkoda co prawda, że próbuje on do tego stopnia kopiować okres pomarańczowej rewolucji, że momentami ilość czarno-brunatnych flag jest większa od tych unijnych czy ukraińskich, ale z punktu widzenia globalnego czy chociażby regionalnego w ujęciu strategicznym czy geopolitycznym – nie ma to na chwilę obecną żadnego znaczenia.

W związku z tym, że wszystko wskazuje na to, iż potencjalne zbliżenie Ukrainy do Unii Europejskiej, oczywiście jedynie w sensie formalnym, może zostać przełożone na bliżej nieokreśloną przyszłość, niezliczone zastępy dziennikarzy i komentatorów na całym świecie podjęły się oceny całej sytuacji. Niestety w całym tym szumie informacyjnym można odnieść wrażenie, że zdecydowana większość z nich zamiast osiągnąć efekt wyróżnienia się w tłumie, zwyczajnie bardziej skupiła się na napisaniu czegokolwiek, niż chłodnej, systemowej i merytorycznej analizie.

Można więc zaobserwować kilka najbardziej wyróżniających się postaw: wspomniane już „rozdzieranie szat” (szczególnie widoczne w niemieckiej prasie), złość i ostra krytyka (zwłaszcza administracja Baracka Obamy i amerykańska oraz ukraińska prasa, ale i np. Jacek Saryusz-Wolski), „odwracanie kota ogonem” – media rosyjskie (np. UE „tak naprawdę” nie zależy na Ukrainie czy analizowanie słuszności decyzji Janukowycza) czy narracja o tym, że „przecież to było oczywiste” (np. Adam Eberhardt, którego zdaniem Kijów od samego początku nie zamierzał podpisywać żadnej umowy z Brukselą).

Co trzeba podkreślić – nie jest tak, że we wspomnianych kategoriach nie są zawarte jak najbardziej słuszne tezy, argumenty czy nawet pretensje. Jednak żadna z nich nie tylko nic nie rozwiązuje, ale wręcz zakłóca i tak rozmyty w mediach szerszy sens ostatnich wydarzeń. Jak ukraińskie oburzenie może być zrozumiałe i wynika z desperacji większości ukraińskiego społeczeństwa, to już twitterowe okrzyki o tym, że „Janukowycz wybrał” (w momencie kiedy jeszcze naprawdę sytuacja jest dynamiczna), a w Kijowie potrzebna jest nowa, proeuropejska władza, tudzież o tym, jak prezydent Ukrainy „działa wbrew racji stanu i narodu ukraińskiego” ze strony dr. Saryusza-Wolskiego – nie do końca. Przypominają one bowiem bardziej zachowanie belfra stojącego przy niegrzecznym uczniu z linijką, niż spokojne i wyważone podejście doświadczonego pedagoga. O pomijaniu szerszej perspektywy nie mówiąc. Podobnie przedstawia się stwierdzenie o tym, że to był plan Janukowycza od samego początku – co więc zrobiła Bruksela, aby temu zapobiec? Dlaczego nie szukano innych rozwiązań? Co zrobiono, aby wzmocnić pozycję negocjacyjną Kijowa wobec Moskwy? Dlaczego wreszcie kontynuowano coś, co i tak z góry skazane było na porażkę?

Dla kontrastu można wspomnieć o prawdziwie wyróżniających się komentarzach i analizach w polskim Internecie: zaczynając od Krzysztofa Nieczypora z Portalu Eastbook.eu – „Na Wschodzie bez zmian”, przez wielopłaszczyznową analizę Andrzeja Szeptyckiego z Nowej Europy Wschodniej pt. „Niestowarzyszeni”  oraz innego redaktora NEW, Piotra Andrusieczki, pt. „Gra toczy się dalej”, aż po łamiące narracyjną konwencję teksty Piotra Maciążka z Portalu defence24.pl pt. „Ukraina - pyrrusowe zwycięstwo Rosji” i Dariusza Materniaka pt. „Polityka kija bez marchewki” . Do tej listy doliczyć można z pewnością medialną aktywność Pawła Kowala czy polskiego ministra SZ, Radosława Sikorskiego.

Ukraina stanęła przed widmem gospodarczej zapaści, której plan naszkicowany został na Kremlu. Zamknięcie rosyjskiego rynku dla ukraińskich towarów oznaczało ekonomiczną katastrofę dla ponad 45-milionowego państwa z poziomem płac znacznie odbiegającym od europejskiej czy nawet polskiej średniej. Rozwiązania ze sfery honorowej, jak oddolna, społeczna kampania informująca o kodach kreskowych rosyjskich produktów, zachęcająca do ich unikania w sklepach to praktyczne jedyne, co zostało Ukraińcom. Obok tego szykowała się kilkukrotna podwyżka cen gazu ze strony Rosji, a ukraiński budżet już teraz mógłby być podłączony do respiratora. Czy naprawdę aż tak trudno jest się wczuć w sytuację polityka, który stoi przed tymi problemami i zrozumienie, że nie samymi „europejskimi standardami” człowiek żyje?

To, że z Janukowycza taki zwolennik demokracji, jak z Putina kandydat do pokojowej nagrody Nobla, nie jest żadną tajemnicą. Polityczny kierunek ukraińskiej polityki zagranicznej na Zachód, tak samo jak na Wschód, rodzi rozmaite zagrożenia dla otoczenia samego prezydenta, jak i dla innych grup interesów na Ukrainie. Nie chodzi tu przecież jedynie o kwestie maksymalizacji zysków czy ich utraty, ale nawet o zachowanie status quo. Aktualne gromadzenie gruntów czy nieruchomości przez otoczenie biznesowe Janukowycza tylko formalnie jest legalne – to, że przed sądami nie toczą się postępowania o wymuszenia, zastraszanie czy pobicia nie oznacza przecież, że wszystko jest w porządku. Poza tym, skoro o takich przypadkach można o tym usłyszeć od Ukraińców w Warszawie, tzn. że jest to wiedza powszechna nie tylko na Ukrainie.

Tajemnicą nie było również, że marzeniem Wiktor Fedorowycza jest pozostanie na swoim stanowisku na kolejną kadencję, co mogłoby zostać utrudnione nie tylko przez zezwolenie Julii Tymoszenko na wyjazd na leczenie do Niemiec, ale i przez Rosjan, utratę zaplecza finansowo-politycznego czy rozczarowanie społeczeństwa ukraińskiego trudnym okresem przejściowym podczas początkowych etapów dostosowywania ukraińskiego prawa i regulacji do norm UE (standardy produkcji, kwestia „optymalizacji” cenowych, lecz i bardziej praktyczne elementy z życia codziennego dla wszystkich Ukraińców – europejskie standardy w motoryzacji, w tym te ekologiczne, związane z potencjalnymi karnymi opłatami administracyjnymi, w kontekście ich zupełnego braku przy znacznie wyższej średniej wieku aut na Ukrainie czy wzrost innych opłat związanych z czynszami, cenami energii, wody, itp.).

Łatwo jest w tym kontekście albo ignorować pewne uwarunkowania wewnętrzne, albo przeceniać znaczenie innych elementów związanych z procesami negocjacyjnymi pomiędzy Brukselą a Kijowem. Trudno jest też sobie wyobrazić nawet na Zachodzie polityka, który będąc pozbawiony stabilnej linii kredytowej wybrałby długoterminowe korzyści społeczno-systemowe, ignorując krótkoterminowe koszty społeczne, jeśli miałby szansę zostać wybrany na drugą kadencję. Swoją radykalną z punktu widzenia Europy decyzją Janukowycz wcale nie wypisuje się poza grupę polityków europejskich w dobie perturbacji gospodarczych. Trzeba też niezwykłego poziomu cynizmu i hipokryzji, aby uważać, że politycy w Brukseli są bardziej świadomi lub wyczuleni na problemy ukraińskiego społeczeństwa lub że będą myśleć o nich intensywniej, niż lokalna klasa polityczna, która jakby na to nie patrzeć – jest od tego społeczeństwa i jego nastrojów zależna.

Można z Ukrainy próbować robić europejski wariant „bananowej republiki”, gdzie prezydent sprzedaje swój naród za kredyt od Rosji i niższe ceny gazu. Można próbować implikować też, że chodzi tylko o maksymalizację korzyści własnego obozu, czemu służy perfidne i skandaliczne wręcz balansowanie między Brukselą a Moskwą i szantażowanie jednej i drugiej strony. Można wreszcie ferować oskarżeniami wobec obecnej ukraińskiej administracji, które im będą mocniejsze, tym bardziej będą mogły odciążyć stronę unijną z odpowiedzialności za ostateczny rezultat tego, co stanie się w Wilnie.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że pociągać to będzie za sobą pominięcie szerszego kontekstu i istoty całej koncepcji zbliżenia Ukrainy do Europy i instytucjonalnego włączenia jej w orbitę wpływów Zachodu. Kwestia ukraińska od zawsze była i zawsze będzie kwestią geopolityczną, o kapitalnym znaczeniu dla Polski, Niemiec, całej Unii, a nawet w ujęciu cywilizacyjnym – dla całego Zachodu. W „grze” o Ukrainę Europa jest tylko jedną ze stron, która mimo potężnego sojusznika za oceanem, który posiada praktycznie te same cele na obszarze Eurazji, nie potrafiła narzucić ani swoich reguł, ani udowodnić swojej przewagi na poziomie czysto praktycznym. Jednak mając takie zasoby i możliwości sukces nie jest oczywisty sam z siebie, jak chce część europejskich polityków – jest wprost proporcjonalny do zaangażowania. Jest to tym istotniejsze, powtarzając za prof. Stanisławem Bieleniem, iż Rosja ma przewagę nad Unią w przestrzeni poradzieckiej. „Po pierwsze, wynika ona z determinacji w obronie «żywotnych» interesów , które w dłuższych okresach biorą górę nad interesami innych podmiotów”  i które „wygrywają w czasie z interesami państw zachodnich. Wiele wskazuje na to, że pod względem historycznym na Zakaukaziu czy na Ukrainie Rosja ma interesy bardziej żywotne niż USA czy państwa Europy Zachodniej. W świetle takiej wiedzy państwa angażujące się na Wschodzie, w konfrontacji z Rosją, skazane są na porażkę” (S. Bieleń, Unia Europejska i Rosja w przestrzeni poradzieckiej – rywalizacja i współpraca, [w:] J. Diec (red.), Rozpad ZSRR i jego konsekwencje dla Europy i świata, cz. 3 Kontekst międzynarodowy, wyd. Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2011, s. 224).

Trzeba pamiętać, że spośród wielu wariantów aktywności międzynarodowej, metod, które można było zastosować, w tym i tych strukturalnych, które pomogłyby zwiększyć dynamikę unijnych procedur i instytucji, Bruksela nie zastosowała jednego z najprostszych, a potencjalnie i najskuteczniejszych rozwiązań, które zupełnie nic by jej nie kosztowało, a mogłoby przynieść ogromne i wymierne korzyści w jej działaniach na Wschodzie. Mianowicie – jasne i precyzyjne określenie perspektywy członkostwa. Można byłoby też lepiej wykorzystać możliwości i długoterminowe cele ukraińskich oligarchów, zarówno przez samego Janukowycza, ale i przez Unię.

Mówi się o europejskim „zmęczeniu Ukrainą” – czy zasadnym jest jednak takie stawianie sprawy, które siłą rzeczy jednoznacznie wskazuje winnego, który męczy i tego wspaniałomyślnego i łaskawego, któremu kończy się cierpliwość? Tak stawiać może sprawę tylko ktoś, kto zupełnie nie zna ukraińskich realiów lub nie do końca rozumie sens całego procesu rozszerzania wpływów struktur zachodnich na obszarze poradzieckim. Czy po dwudziestu latach pracy w danej firmie, wielu awansach i sukcesach, przed nominacją na prezesa, ktoś straci cierpliwość, pomimo pewnych trudności czy opóźnień? Część osób pewnie tak, tylko że w polityce, tak jak i w biznesie, nie osiąga się sukcesu emocjonalnością, tylko cierpliwością, opanowaniem i elastyczną strategią, dostosowywaną do zmieniających się okoliczności. Cel i jego skuteczna realizacja zawsze są wartością nadrzędną.

„Geopolityczne szpagaty” Wiktora Janukowycza nie są robione jedynie ku uciesze gawiedzi zza wschodniej czy zachodniej strony ukraińskiego płotu. Są i pewnie jeszcze długo będą obiektywną koniecznością. Wychodząc z założenia, że w Brukseli chciano doprowadzić negocjacje z Kijowem do szczęśliwego finału, to rolą Unii Europejskiej było doprowadzić do redukcji ich znaczenia, tj. zneutralizowania czynnika rosyjskiego – jak widzimy, to się nie udało. Nie zmieni tego zrzucanie winy na ukraińskie władze. Może więc zamiast tak aktywnie zajmować się rozdzieraniem szat, można byłoby tę energię poświęcić na zaktualizowanie i uskutecznienie europejskiej strategii na Wschodzie? Ukraińcy naprawdę potrzebują czegoś innego, niż informowania ich jak bardzo powinni być europejscy i jak bardzo powinni ignorować bolesne w swojej skuteczności rosyjskie zagrania polityczno-ekonomiczne. Dopóki Ukraina nie zmieni swojego położenia geograficznego, dopóty nie zmienią się cele FR, a więc nie powinny zmieniać się i cele UE. Po szczycie w Wilnie nie kończy się przecież świat – tylko kadencja obecnych europejskich polityków.

Foto: dcnews.ro