Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Styl Film Snajper

Snajper

20 październik 2015
A A A

Każdy naród ma swoich bohaterów, którymi pragnie się cieszyć i których chce pokazywać światu. Amerykanie nie są tutaj wyjątkiem. Zaangażowanie militarne USA w Iraku zrodziło niedawno kolejnego herosa, który przeszedł do historii tego kraju - snajpera Chrisa Kyle`a, uznanego za najskuteczniejszego strzelca wyborowego w historii Ameryki.

Clint Eastwood postanowił pochylić się nad jego historią i wyreżyserować obraz, będący hołdem dla jego postaci.  Amerykański filmowiec, który w ostatnich latach pokazał się z jak najlepszej strony, stając po drugiej stronie kamery i tym razem nie zawiódł. Można było się pewnie obawiać, że, jak to się czasem zdarza w amerykańskim kinie, stworzy obraz zbyt „laurkowy”  i przez to niestrawny dla części widzów, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Owszem, film jest na wskroś amerykański, ale jako że i historia, którą opowiada, też jest na wskroś amerykańska, inny być po prostu nie mógł.

Kyle`a poznajemy jako typowego faceta z Teksasu, zatrudnionego prawdopodobnie na rodeo, który wiedzie dość nieskomplikowane życie. Obejrzana pewnego dnia relacja z zamachów na amerykańskie ambasady w Tanzanii i Kenii wstrząsa nim jednak na tyle, że postanawia zaciągnąć się do armii, a jako że nie jest „mięczakiem” decyduje się na skok na głęboką wodę, tj. na formację elitarnych Navy SEALs. Po ukończeniu morderczego treningu wyrusza do Iraku, gdzie jako snajper daje wiele przykładów męstwa. Do kraju powraca dopiero wtedy, gdy nabiera poczucia, że wypełnił już swój żołnierski obowiązek… a nie następuje to po pierwszej turze.

„Snajper” Eastwooda będzie z pewnością gratką dla każdego, kto przepada za kinem wojennym. Duża w tym zasługa cechującego tę produkcję realizmu, będącego dowodem, że patos, koloryzowanie czy przerysowywanie do niczego nie są potrzebne. Sam Kyle przedstawiony został jako bohater, który pozostaje mimo wszystko zwykłym żołnierzem. Tym co się dla niego liczy jest wykonanie powierzonego zadania, a świadomość bycia dobrym w tym, co robi, skłania go jedynie do jeszcze większego wysiłku zarówno dla dobra ojczyzny, jak i towarzyszy broni. Wojna odciska na Kyle`u swe piętno. Czarnobiały świat, podział na „swoich” i „obcych”, których likwiduje się przy pomocy jednego celnego strzału, staje się rzeczywistością, w której się odnajduje i zatraca. Udany portret Chrisa Kyle`a to zasługa doskonałego odtwórcy tej postaci, Bradleya Coopera. Aktor włożył w odgrywaną przez siebie rolę całe swoje serce, wręcz stał się Kylem. Świetnie oddał jego męstwo i szlachetność, będące pochodnymi wiary i przekonania, że to, co robi w życiu, jest słuszne.

 Film o snajperze zawsze niesie ryzyko pewnego znużenia widza, który będzie zmuszony do śledzenia losów żołnierza, czekającego nie wiadomo jak długo na jeden strzał, a nie niczym Rambo koszącego cały pluton przeciwnika serią karabinu maszynowego. Kwestia atrakcyjności jest tutaj kluczowa. W „Snajperze” Eastwooda problem jej braku jednak nie występuje.  Film wciąga na całe 2 godziny i 14 minut i tym samym nie jesteśmy narażeni na skoki i spadki napięcia, jako że te utrzymują się niezmiennie na tym samym wysokim poziomie.

„Snajper” to nic innego, jak bardzo dobry film o bohaterze wojennym - typowy film męski, osadzony w wojennej rzeczywistości. Kontrowersje, które wzbudził, można uznać za niezrozumiałe. Przemoc jest esencją wojny, a zadaniem żołnierza jest zlikwidowanie przeciwnika w myśl zasady „albo on,  albo ja”. Tak to właśnie wygląda w filmie Eastwooda.  Na pewno znajdzie się ktoś, kto zarzuci reżyserowi pochwałę amerykańskiego militaryzmu, robienie z maszyny do zabijania herosa, czy brak wrażliwości na los Irakijczyków, ale trzeba pamiętać, że reżyser pokazał po prostu wojenną rzeczywistość z amerykańskiego punktu widzenia, bez owijania w bawełnę, unaoczniając jej brutalizm i bezwzględność. Naturalizm „Snajpera” może co prawda niektórych szokować, ale to właśnie dzięki niemu film jest tak atrakcyjny. Czy można natomiast zarzucać reżyserowi sympatyzującemu z Partią Republikańską  „republikański punkt widzenia”? Pewnie tak… ale trzeba też zadać sobie pytanie, na ile jest on gorszy od punktu widzenia demokratów?

Podsumowując, Ci, którym odpowiada kino, gdzie sprawy stawiane są jasno, a rozwiązywane zdecydowanie, film z pewnością polubią, natomiast szukający drugiego dna i moralnego wymiaru będą niestety rozczarowani.