Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce Cookies .

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Styl Film Ostatni Mohikanin

Ostatni Mohikanin

06 lipiec 2013
A A A

Jest druga połowa XVIII wieku. Anglia i Francja, realizując swoje imperialne ambicje, starają się zawładnąć Ameryką Północną. Brutalna wojna dotyka wielu w tragiczny sposób.

 

Realia są tu inne niż w starym świecie. Ten nowy charakteryzują bezkresne, porośnięte nieprzebytą puszczą, poprzecinane rzekami i łańcuchami górskimi przestrzenie. Na kontynencie, początkowo wziętym za Indie, wciąż żyją wolni i nieujarzmieni przez białego, należący do różnych plemion, pierwotni mieszkańcy. Widząc w tym swój interes lub też z konieczności sprzymierzają się z jednym bądź z drugim zachłannym europejskim mocarstwem. Są też koloniści, którzy posmakowawszy wolności nie zawsze chętnie kłaniają się przedstawicielom korony. Cechuje ich, jak się wydaje, większa niż mieszkańców starego kontynentu, duma i brak pokory. Bitwy również toczone są inaczej. Walczy się o samotne, zagubione w leśnej głuszy drewniane  forty, w polu wykorzystuje się zasadzki, a indiańscy sojusznicy często nie znają litości dla pokonanego wroga.

W takiej rzeczywistości osadzona jest akcja filmu "Ostatni Mohikanin" Michaela Manna. Akcja bardzo wartka. Trzej przedstawiciele ginącego plemienia Mohikanów w wyniku nieprzewidzianych okoliczności podejmują się doprowadzić do ojca, angielskiego oficera, jego dwie córki. Sprawa nie jest prosta z uwagi na wojenną zawieruchę, a staje się jeszcze trudniejsza, gdy komplikują się relacje między głównymi bohaterami. Pojawiają się miłość i zazdrość, motywy walki o względy kobiet i krańcowe poświęcenie powodowane silnym uczuciem. Nie brak też pragnienia zemsty,  które całkowicie zawładnęło jedną z głównych postaci i właśnie ono, jak się przekonuje stopniowo widz, w głównej mierze determinuje dramatyczne losy bohaterów. Przeżywają oni mnóstwo, niezwykłych przygód, które wielu z pewnością śledzić będzie z zapartym tchem. Jest czym się zachwycać. W filmie nie brak świetnie zrealizowanych scen batalistycznych, porywających obrazów ucieczek i pościgów przez dziewicze obszary kontynentu północnoamerykańskiego oraz pięknie naszkicowanych wątków miłosnych. Daniel Day-Lewis, grający tytułowego ostatniego Mohikanina i Madeleine Stowe w roli jego partnerki Cory, wypadają bardzo dobrze. Grają ekspresyjnie, całymi sobą i z zaangażowaniem. Powierzenie im tych ról można uznać za strzał w dziesiątkę. Wojownik Magua, również centralna postać w filmie, w którą wciela się indiański aktor Wes Studi, jest jakby żywcem wyjęty z epoki. Zachwyca sposób odegrania roli tego czerwonoskórego mężczyzny, który w życiu doświadczył zbyt wiele złego i teraz odpłaca tym, którzy mu zawinili.  Jest wyzuty z jakichkolwiek uczuć za wyjątkiem nienawiści.  Krok po kroku, bez emocji i konsekwentnie realizuje swój dawno przygotowany, okrutny plan. Budzi niechęć lecz jednocześnie podziw i szacunek. Wes Studi dał tutaj popis aktorstwa najwyższej klasy. Trzeba nie lada kunsztu, by tak oszczędną grą zbudować tak niezwykle wyrazistą postać. Świetnie spisuje się też Eric Schweig, odtwarzający pomnikowego i melancholijnego Uncasa, z którego przez cały film bije siła, spokój oraz męstwo. W tej produkcji nie tylko aktorzy prezentują wysoki poziom. Doskonałe są też zdjęcia. Niezauważalnie przenoszą one widza do odległego świata kolonizowanej Ameryki. W połączeniu z muzyką, która sama w sobie jest dziełem sztuki, powodują, że film w zasadzie pochłania oglądającego i jeszcze długo po seansie pozostaje on pod urokiem tego, czego doświadczyły jego zmysły.

"Ostatniego Mohikanina" w reżyserii Mchaela Manna można ocenić na czwórkę z małym plusem, gdyż nie udało się uniknąć pewnych niedociągnięć. Jednakże i tak jest to najlepsza, spośród znanych autorowi tych słów, ekranizacja powieści należącej do stworzonego przez Jamesa Fenimora Coopera pięcioksięgu.