Aleksander Siemaszko: Kijów - ciało obce?
Większość komentarzy w polskiej prasie w dotyczących perspektywy członkostwa Ukrainy w NATO można by podsumować stwierdzeniem - „zły Zachód nie pozwala”. Rzadko zadaje się pytanie - na ile integracja Kijowa z Sojuszem wzmacnia polskie bezpieczeństwo?
Obowiązujący paradygmat sformułowany przez Jerzego Giedroycia (a właściwie, nawet wcześniej- przez Marszałka Piłsudskiego) w pewnym uproszczeniu głosi, że pomyślność, a może nawet i niepodległość Polski zależy integracji w instytucjonalne ramy świata zachodniego naszych wschodnich sąsiadów- szczególnie zaś Ukrainy. Wynikało to z założenia, że dla Kijowa możliwe są tylko dwie alternatywy- integracja z Europą i szerzej - blokiem atlantyckim lub orbitowanie wokół Moskwy. Dla Rosji zaś Ukraina miałaby pełnić rolę szczególną- „bramy” do Europy, warunku sine qua non powrotu do XIX-wiecznego lub komunistycznego imperializmu. Konstatacja zdaje się więc być prosta - należy robić wszystko by wepchnąć Ukrainę do NATO i UE, nawet wbrew woli większości Ukraińców.
NATO pod choinkę
Idee szybkiej integracji Ukrainy z Sojuszem Północnoatlantyckim wyrosły na fali entuzjazmu wywołanego Pomarańczową Rewolucją i odejściem skorumpowanej, prorosyjskiej ekipy Kuczmy. Niecałe pięć lat po wydarzeniach na Majdanie Wolności poparcie dla najważniejszego polityka reprezentującego konsekwentnie proatlantycką opcję - Wiktora Juszczenki oscyluje wokół błędu statystycznego [1], zaś w kolejnych badaniach opinii publicznej konsekwentnie przeważają przeciwnicy członkostwa Kijowa w NATO. Ważniejsze jednak od słabego mandatu dla rokowań w sprawie integracji z Paktem jest kompletne nieprzygotowanie Ukrainy do ewentualnego członkostwa.
Ukraińska armia jest chronicznie niedofinansowana. W budżecie na rok 2008, bynajmniej nie kryzysowym, wydatki na obronę wyniosły zaledwie 1% PKB. Dla porównania - Polska na obronność przeznacza 1,95% swojego produktu krajowego, Rumunia - 2,2%, Grecja zaś - aż 3,8%. Jeszcze gorzej Kijów wypada w liczbach bezwzględnych- budżet resortu obrony wynosi jedynie 2 miliardy dolarów, tj. mniej niż 20% wydatki polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej. Niepokojąca jest także struktura wydatków, których znaczna część idzie na utrzymanie zbyt licznej masy poborowych i ogromnych wojsk pancernych, nieprzystosowanych do wyzwań współczesnych konfliktów zbrojnych.
Wewnętrznym problemem ukraińskich sił zbrojnych jest wciąż istniejące zjawisko „diedowszczyzny” czyli brutalnej, posowieckiej fali przemocy, z jaką spotykają się młodsi żołnierze. Nie znaczy to oczywiście, że ukraińska armia jest strukturą żywcem wyjętą z ZSRR, lecz, że mimo owocnej współpracy międzynarodowej z doradcami amerykańskimi czy francuskimi, modernizacja struktur i sprzętu nie nadąża za ambicjami Kijowa.
Co na to NATO?
Stosunkowo rzadko podnosi się wątek wpływu członkostwa Ukrainy na bezpieczeństwo starych i nowych członków Sojuszu. Tymczasem, jak pokazują ostatnia szpiegowska afera w Estonii - gdzie wieloletni urzędnik Ministerstwa Obrony przekazywał obcemu wywiadowi najcenniejsze tajemnice Sojuszu, włącznie z wypracowanymi strategiami obrony przed cyberatakami, Rosjanie śmiało korzystają z kontaktów wyrobionych w dawnych krajach bloku sowieckiego w celu pozyskiwania dalszych informacji wywiadowczych. Sukcesy odnoszone w państwach, które przeprowadziły surowe rozliczenia z komunistyczną przeszłością muszą niepokoić w kontekście sytuacji Ukrainy - kraju, w którym nie przeprowadzono ani lustracji ani dekomunizacji, zaś służby specjalne często tworzone są przez „fachowców” sprawdzonych w warunkach Zimnej Wojny.
Ponadto, według oficjalnych szacunków rządowych na Ukrainie żyje 17,3% obywateli przyznających się do narodowości rosyjskiej. Statystyki te nie obejmują rosyjskojęzycznych Ukraińców, mających silne powiązania kulturowe z Moskwą. W przeciwieństwie do państw bałtyckich, Rosjanie nie są obiektem dyskryminacji w nie przestrzenie publicznej a ich możliwości kariery czy to w administracji czy biznesie są bardzo szerokie. Jakkolwiek tworzenia wrażenia istnienia „piątej kolumny” byłoby istotnym nadużyciem, nie można spoglądać na tę wielomilionową grupę bez obawy ewentualnego osłabienia spójności Sojuszu.
Zapewne te czynniki można by pominąć milczeniem, gdyby nie ewidentna słabość państwa ukraińskiego. Wątpliwości budzi zarówno sterowność administracji jak i zakres kontroli nad wywiadem i kontrwywiadem, z ochotą wykorzystywanymi do wewnętrznych rozgrywek pomiędzy ekipami Wiktora Juszczenki i „Pięknej Julii” oraz nigdzie poza Rosją niespotykana niezwykle silna pozycja oligarchów - kasty, której interesy leżą w przeważającej mierze na Wschodzie.
Kwestia taktyki
Powyższe, głośno wyrażone, wątpliwości, nie oznaczają, że odrzucam perspektywę członkostwa Kijowa w NATO czy neguję fakt wspólnych interesów Polski i Ukrainy. Warszawa musi być żywotnie zainteresowana utrzymaniem niepodległości i suwerenności swojego wschodniego sąsiada, podtrzymaniem jego rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego. Dla Polski równie istotne jest jednak utrzymanie trwałej zdolności bojowej Sojuszu, która zostałaby poważnie osłabiona na skutek pochopnego przyjęcia niestabilnego politycznie, zinfiltrowanego wywiadowczo kraju. W sytuacji gdy w najbliższej perspektywie integracja Ukrainy z NATO oznaczałoby jego osłabienie Warszawa powinna promować inne metody zbliżania Kijowa z Zachodem - umacnianie instytucji wolnorynkowego, demokratycznego państwa prawnego, walkę z korupcją czy budowę społeczeństwa obywatelskiego. Przyjęcie do Sojuszu Północnoatlantyckiego zamożniejszej, stabilniejszej i pewniejszej Ukrainy byłoby łatwiejsze do przełknięcia także dla wielkich sceptyków- Niemiec i Francji.
Polska nie powinna zmieniać więc swoich priorytetów- a jedynie przyjąć inną metodę ich realizacji.
[1] Szerzej temat braku konsensu wśród ukraińskich elit porusza : Anna Druszcz, NATO-Ukraina:NIET! http://www.psz.pl/tekst-17982/Anna-Druszcz-NATO-Ukraina-NIET
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Stefan Bratkowski nie żyje.
Prezydenci chcą zacieśnić współpracę polsko-słowacką