Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w Chińskiej Republice Ludowej, zdaniem amerykańskich mediów była przede wszystkim sukcesem chińskiego przewodniczącego Xi Jinpinga. Pokazała ona, że Chiny nie pretendują już do roli konkurenta Ameryki, ale stały się już równorzędnym mocarstwem.
Choć od podróży amerykańskiego przywódcy do Państwa Środka minęły już trzy dni, tak naprawdę wciąż nie wiadomo, co dokładnie w jej trakcie ustaliły obie strony. Szerokim echem odbiła się głównie wypowiedź Trumpa na temat Tajwanu. Zganił on przywódców Republiki Chińskiej za ich rzekome dążenia do niepodległości, dając do zrozumienia, że obrona wyspy przed Chińską Republiką Ludową byłaby problematyczna z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych. Mówił ponadto o wstrzymaniu dostaw amerykańskiego sprzętu wojskowego do Tajwanu, żeby Tajpei nie zdecydowało się na formalne ogłoszenie niepodległości od Pekinu.
Biały Dom w niedzielę poinformował, że Chiny zgodziły się na zwiększenie importu amerykańskich produktów rolnych. Do Państwa Środka przez co najmniej najbliższe dwa lata mają trafić towary warte siedemnaście miliardów dolarów rocznie. Decyzję w tej sprawie można uznać za rozwinięcie zawartego w ubiegłym roku porozumienia, które dotyczyło importu amerykańskiej soi przez chińskie firmy spożywcze.
Poza tym, przynajmniej oficjalnie, spotkania Trumpa z XI nie przyniosły zbyt wielu wymiernych rezultatów. USA i Chiny mają sprzeciwiać się uzyskaniu broni atomowej przez Iran oraz opowiadać się za ponownym otwarciem przez Irańczyków Cieśniny Ormuz. We wzajemnych relacjach uzgodniono konieczność utworzenia wspólnej rady handlowej oraz rady inwestycyjnej. Według chińskiego resortu handlu wstępnie uzgodniono obniżkę niektórych ceł, choć amerykański prezydent zaprzeczał, żeby były one tematem jego rozmów z chińskim przewodniczącym.
Równorzędni
Brak oficjalnie potwierdzonych, konkretnych decyzji nie przeszkadza amerykańskim mediom w stawianiu jednoznacznych ocen po szczycie w Pekinie. Dziennik „USA Today” uważa, że widoczna była wyraźna zmiana w podejściu Chin do Stanów Zjednoczonych. Chińczycy dotąd mieli zachowywać się jako wschodząca potęga, która chce zyskać akceptację ze strony Amerykanów. Wizyta Trumpa w Państwie Środka pokazała natomiast, że oba kraje stały się sobie równorzędne.
Amerykański prezydent przybył do Chińskiej Republiki Ludowej nie jako przywódca „niekwestionowanego supermocarstwa”, lecz kraju pogrążonego w kryzysie. USA mają coraz mniejszy wpływ na sytuację na świecie i nie są w stanie narzucić swojej woli nawet dużo słabszym przeciwnikom, a dodatkowo w kiepskim stanie znajduje się krajowa gospodarka.
Zdaniem gazety te niuanse dostrzegł chiński przewodniczący. Xi starannie zaplanował pobyt Trumpa pod względem jego symboliki. Rozmowy obu przywódców miały pokazać, że ich państwa są równorzędnymi mocarstwami, zarządzającymi wspólnie porządkiem międzynarodowym. Sam prezydent Stanów Zjednoczonych również dostosował się do nowych realiów. Trump potrafi w ostrych słowach krytykować nawet bliskich sojuszników swojego kraju, z kolei w przypadku Chin zajął bardzo koncyliacyjny ton, często chwaląc samego Xi.
Ani słowem nie wspomniał on o kwestii praw człowieka i demokracji w Państwie Środka. Według „USA Today” świadczy to właśnie o wspomnianym równym traktowaniu Chin przez Amerykę. Chiny nie są już „niepokornym autorytarnym państwem, któremu trzeba prawić kazania”, ale „równorzędnym mocarstwem, z którym trzeba współpracować i z którego wrażliwością należy się liczyć”.
Wprawdzie Chińska Republika Ludowa zmaga się ze swoimi wewnętrznymi problemami, tym niemniej w tej kwestii symetria między państwami nie jest ważna. Stany Zjednoczone z powodu własnych ograniczeń muszą na nowo definiować swoje cele wobec Chin, które stają się coraz mniej ambitne. Waszyngton nie może już narzucać swojej woli Pekinowi, dlatego stara się ustabilizować wzajemne relacje i ograniczyć możliwość pojawienia się sytuacji konfliktowych. Największym problemem z punktu widzenia Ameryki jest więc obecnie dalsze lekceważenie Chin przez część jej establishmentu.
Strategiczna słabość
Na ogół sprzyjający Trumpowi magazyn „The American Conservative” postrzega szczyt w Państwie Środka jako wyraz strategicznej słabości USA. Stany Zjednoczone jeszcze dekadę temu przyjęły nowe założenia swojej polityki, mającej od tego momentu polegać na wzmocnieniu sojuszy w regionie Azji Południowo-Wschodniej, wycofaniu amerykańskich wojsk z Bliskiego Wschodu, modernizacji swoich sił zbrojnych oraz odbudowie własnego potencjału przemysłowego.
Ostatecznie zrealizowano niewiele z ówczesnej strategii. Amerykańskie wojska zaczęły wycofywać się z Iraku i Syrii, ale teraz prowadzą wojnę z Iranem, co wiązało się z przeniesieniem części sprzętu wojskowego z Dalekiego Wschodu właśnie na Bliski Wschód. Modernizacja armii Stanów Zjednoczonych tak naprawdę stoi w miejscu z powodu procedur biurokratycznych i nieefektywności samego przemysłu zbrojeniowego. Widoczne jest natomiast zmniejszenie się deficytu w amerykańsko-chińskich relacjach handlowych, lecz i tak USA nie są w stanie uniezależnić się od chińskich metali ziem rzadkich.
W opinii konserwatywnego magazynu sytuacja wygląda w rzeczywistości na coraz gorszą. Obecna administracja Białego Domu wydaje się powoli akceptować nowy porządek, w którym czas dominacji Ameryki zwyczajnie dobiega końca. Nowa „Strategia Bezpieczeństwa Narodowego” z tego powodu skupia się na wyzwaniach na półkuli zachodniej, ponieważ Stany Zjednoczone nie były w stanie podjąć równorzędnej rywalizacji z Chińską Republiką Ludową.
Pragmatyczny Trump
Zachowanie amerykańskiego prezydenta w Państwie Środka jest według „The Washington Post” wyrazem zrozumienia przez niego aktualnej sytuacji. Trump w porównaniu do reszty amerykańskich elit dostrzega potęgę Chin w aspekcie gospodarczym, technologicznym, przemysłowym i militarnym. Jego polityka z tego powodu zaczęła ewoluować, dlatego zrezygnował z gróźb wobec Pekinu na rzecz bardziej złożonej „mieszanki rywalizacji i współpracy”.
Chińskiej Republiki Ludowej nie da się porównać do Związku Radzieckiego, stąd też jest ona dużo poważniejszym przeciwnikiem. Gospodarka ZSRR pod koniec zimnej wojny miała być mniejsza od włoskiej, z kolei współczesne Chiny są drugim najsilniejszym ekonomicznie krajem świata, utrzymującym rozwinięte relacje handlowe ze stu dwudziestoma krajami z całego świata. Już teraz są też one technologiczną potęgą.
Prezydent USA zdaje sobie sprawę, że nowa zimna wojna byłaby dużo poważniejszym zagrożeniem dla całej światowej gospodarki. Amerykańscy konsumenci byliby narażeni na szoki podażowe, firmy straciłyby dostęp do jednego z największych światowych rynków, a uniwersytety straciłyby zdolnych studentów. W ten sposób powstałyby dwa zwalczające się bloki technologiczne i geopolityczne.
„The Washington” post przekonuje, że biorąc pod uwagę wszystkie te zależności, bardziej pragmatyczna polityka Trumpa wobec Państwa Środka jest jedynym sensownym rozwiązaniem. Waszyngton i Pekin są więc rywalami, co jest nieuniknione w dwubiegunowym świecie, ale właśnie z tego powodu konieczne jest utrzymywanie wszelkich możliwych kanałów dyplomatycznych.
Maurycy Mietelski



Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje
Korupcja i gospodarka zachwiały rządem Grecji