Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Artur Perchel: Egipt - dyktatura (chwilowo) w gruzach


23 luty 2011
A A A
To dzięki młodym, poruszającym się po Facebooku bieglej niż po surach Koranu, arabska ulica przemówiła. I trudno, by było inaczej, skoro zwyczajnych Egipcjan pozbawiono dostępu do innych, bardziej zinstytucjonalizowanych form wyrażania opinii i poglądów. Stąd też, uliczna polityka w połączeniu z Internetem stały się mieszanką wybuchową o nieporównywalnie szerszym zasięgu niż koktajle Mołotowa. Jednak w Egipcie, tak jak w Tunezji, rewolucja nasuwa więcej pytań niż odpowiedzi. “Uninstalling dictator… 100% complete” napisał tuż po rezygnacji Hosniego Mubaraka z urzędu prezydenta jeden z oddanych rewolcie twitterowiczów. Entuzjazmowi nie było granic, gdy skala masowych protestów oraz niesłychana mobilizacja milionów ludzi – od Aleksandrii po Aswan – osiągnęły wreszcie zamierzony cel. Mubarak wraz z rodziną odleciał wojskowym śmigłowcem do Szarm el-Szejk, zaś jego młodszy syn, Gamal, już nigdy nie pozna uroków prezydenckiej wszechwładzy. W przeciwieństwie do Kairu, Synaj oferuje zaciszne miejsce, gdzie w błogim cieniu i przy szumie morza, ex-dyktator będzie mógł dokładniej zastanowić się nad fenomenem portali społecznościowych w rękach sfrustrowanej młodzieży.

A to przecież dzięki młodym, poruszającym się po Facebooku i Twitterze bieglej niż po surach Koranu, arabska ulica przemówiła. I trudno, by było inaczej, skoro zwyczajnych Egipcjan pozbawiono dostępu do innych, bardziej zinstytucjonalizowanych form wyrażania opinii i poglądów. Stąd też, uliczna polityka w połączeniu z Internetem stały się mieszanką wybuchową o nieporównywalnie szerszym zasięgu niż koktajle Mołotowa. Jednak w Egipcie, tak jak w Tunezji, rewolucja nasuwa więcej pytań niż odpowiedzi. Spróbujmy zatem przeanalizować, jak po trzydziestu latach aktywnej militaryzacji społeczeństwa, stanu wyjątkowego oraz politycznych represji, Egipt ma się dostosować do wyzwań czekających go w najbliższych miesiącach?

W objęciach państwowego kapitalizmu

Czy ktoś jeszcze pamięta Egipt ze stycznia 1977 roku? Na kanwie podpisanych przez prezydenta Anwara Sadata porozumień z Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW), rząd zobowiązał się do zredukowania deficytu budżetowego poprzez zniesienie milionowych dopłat na niektóre artykuły żywnościowe, w tym mąkę, ryż i olej. W efekcie podwyżek cen, ulice egipskich miast zalała fala sfrustrowanych klas niższych, protestujących już nie tylko przeciw wyśrubowanym cenom, ale także przeciwko szalejącej korupcji oraz liberalnej polityce „otwartych drzwi” (arab. infitah).

I chociaż antyrządowe zamieszki – brutalnie rozpędzone przez siły porządkowe i wojsko – pochłonęły życie około dziewięćdziesięciu osób, Sadat momentalnie zdecydował się powrócić do odgórnego kreowania cen i zamrożenia porozumień z MFW. Trzydzieści cztery lata później, choć wciąż w objęciach korupcji, bezrobocia i podwyżek cen, Egipcjanie postanowili wziąć los kraju we własne ręce. I pomimo, że upadek Mubaraka okazał się niebywałym sukcesem, przy obecnej sytuacji ekonomicznej trudno spodziewać się gospodarczego cudu rodem z neoliberalnych bajek. Rozpocznijmy zatem od ekonomii, do której wszystko się sprowadza i od której wszystko się zaczęło.

Trudno się dziwić, że Egipt – z osiemdziesięciomilionową populacją, największa wykwalifikowaną siłą roboczą na Bliskim Wschodzie oraz ogromnym areałem uprawnym (932 tys. km²) – wciąż funkcjonuje na uboczu globalnej ekonomii. Przyczyn tej sytuacji nie należy szukać daleko, bowiem od lat ogromna zależność od pomocy zagranicznej czy zatrudnienie ponad połowy nie-rolniczej siły roboczej w budżetówce to dominujące trendy w egipskiej gospodarce. Najważniejsze jednak to brak długofalowej i spójnej strategii rozwoju, czego upatrywać należy w niepewności technokratów z tzw. „pałacowych elit” co do przyszłości kraju i ewentualnej sukcesji po Mubaraku. Według jakich zatem wytycznych funkcjonuje egipska ekonomia?

Przede wszystkim w oparciu o populistyczną i redystrybucyjną wizję rozwoju, niechętną prywatnym przedsiębiorcom, za to jak najbardziej nastawioną na uzdrowicielską moc amerykańsko-europejskich subwencji. Stąd też, trudno sobie wyobrazić, jak w obliczu zapaści gospodarczej, sztucznie reanimowanej przez zagraniczną pomoc, rząd będzie w stanie pokryć obiecaną jeszcze na początku stycznia, piętnastoprocentową podwyżkę zarobków i emerytur urzędniczych. W szerszym kontekście, to samo tyczy się jordańskiego pakietu subsydiów w wysokości 550 milionów dol. oraz 255-milionowej puli zapomogowej dla najuboższych, ogłoszonej ostatnio w Syrii.

Wracając jednak do Egiptu, należy pamiętać, że kraj ten nie był pogrążony w gospodarczym malaise od zawsze. Tuż po II wojnie światowej, Egipt stał się ważnym elementem globalnej architektury ekonomicznej, zwłaszcza za sprawą eksportu bawełny. Pod tym względem, jeszcze do połowy lat pięćdziesiątych, sektor prywatny dominował w egipskiej gospodarce. Stopniowa polityka totalnej nacjonalizacji oraz odgórnych planów pięcioletnich rozpoczęła się dopiero wraz z nastaniem dyktatury wojskowej pod wodzą Gamala „Abd al-Nasseram, który zmienił kurs z liberalnego na socjalistyczny.

Jednak nasserowska dekada centralnie planowanego rozwoju zakończyła się kryzysem już w 1965 roku, zmuszając reżim do zwiększenia zagranicznych subwencji i pożyczek. I chociaż następca Nassera, Sadat, zliberalizował gospodarkę i przywrócił zaufanie do sektora prywatnego (poziom inwestycji zagranicznych wzrósł kosztem ustępstw na rzecz polityki zagranicznej), to jednak błędne koło zadłużenia oraz niewydolność sektora publicznego trwały w najlepsze. Jeszcze na początku lat osiemdziesiątych, wydatki na sektor publiczny osiągnęły sześćdziesiąt proc. PKB, zaś sam sektor zatrudniał prawie jedna trzecia całkowitej siły roboczej.

Z takim kapitałem, Egipt stał się wraz z nadejściem dekady lat dziewięćdziesiątych największym dłużnikiem na świecie, z zadłużeniem wynoszącym około sto pięćdziesiąt proc. PKB. Obok tego, prawie osiemdziesiąt proc. wydatków publicznych kierowano wyłącznie na subsydia, obronność, obsługę zadłużenia i budżetówkę. Jak zwykle w podobnych wypadkach, pomocną dłoń wyciągnęły Stany Zjednoczone i MFW, które w zamian za umorzenie części długu zagranicznego, zobowiązały Egipt do stopniowej liberalizacji gospodarki i wprowadzenia pakietu reform strukturalnych. Cóż z tego, skoro połowiczne umorzenie zadłużenia, większa elastyczność prawna oraz reforma systemu bankowego i podatkowego okazały się zbawienne tylko na krótką metę.

Po zakupy do… bazy rakietowej

A więc co poszło nie tak? Przede wszystkim korupcja, brak wzrostu miejsc pracy, opętana klientelizmem prywatyzacja, słabnący eksport, a także sztucznie, bo państwowo napędzany wzrost okazały się być głównymi problemami egipskiej ekonomii. Do tego dołożyła się słaba jakość wykształcenia oraz fatalny system finansowania polityki oświatowej, gdzie jeszcze do niedawna trzydzieści jeden proc. świadczeń na edukację szło bezpośrednio na uniwersytety, które – bagatela – skupiały ledwie sześć proc. ogólnej liczby uczniów.

Ponadto, od początku lat dziewięćdziesiątych, siła nabywcza pieniądza stopniowo malała, podczas gdy ceny energii oraz artykułów spożywczych rosły, zaś udział przemysłu w gospodarce spadł do poziomu sprzed 1970 roku. Gdyby tego było mało, ocenia się, że około czterdzieści proc. egipskiej populacji żyje za niespełna dwa dol. dziennie, zaś zarobki w sektorze państwowym nie przekraczają stu dol. miesięcznie. A co na to wszechobecna armia?

Cóż, reżim Mubaraka, byłego oficera sił powietrznych, był niezwykle zainteresowany silną pozycją armii w strukturach władzy. Wojsko był postrzegane nie tylko jako gwarant status quo, ale także jako silny aktor na płaszczyźnie ekonomicznej. Finansowanie i rozwój obronności wiązało się przede wszystkim z pomocą zagraniczną, sięgającą jeszcze czasów Muhammada „Alego, który już w XIX wieku, dzięki wsparciu francuskich i włoskich doradców, podjął udaną próbę modernizacji egipskiego wojska.

Współcześnie, egipska armia przypomina bardziej rodzinę przedsiębiorstw gospodarczych, specjalizujących się w produkcji żywności, odzyskiwaniu terenów uprawnych, funduszach emerytalnych, turystyce i budownictwie. Według Roberta Springborg, jednego z najbardziej cenionych znawców współczesnego Egiptu, armia jako swoista enklawa władzy jest w posiadaniu “wirtualnie każdego przemysłu w kraju”. Wydaje się zatem, że silne powiązania wojskowo-rządowe, a także potężna rola armii w egipskiej gospodarce stały się głównym powodem, dla którego generalicja postanowiła nie angażować się w bezpośrednią walkę o władzę, dążąc do pokojowej zmiany warty oraz przywrócenia długo upragnionej (ekonomicznej) stabilizacji.

I tak oto, ten swoisty crony capitalism – skupiony w rękach elity państwowy kapitalizm, który napędzają zagraniczne subwencje – dominuje egipską gospodarkę do dziś. Bez wątpienia, rozbiór dawnych układów – o ile w ogóle wykonalny – potrwa zapewne latami. Jednak tym razem rewolucji nie da się kupić populizmem i obietnicami. Młodzi Egipcjanie, z pustymi portfelami i dużymi ambicjami, pozostaną społecznie aktywni dopóki, dopóty kurs ekonomiczny nie ulegnie radykalnej zmianie. O to przecież chodziło im od początku. Tu jednak rodzi się kolejne z wyzwań, namiętnie analizowane przez armie „specjalistów” i „ekspertów” – kto ma szansę przejąć ster w Kairze. No właśnie, kto?

(Post-)islamizm vs. (post-)nacjonalizm

Wszystko wskazuje na to, że walka o rząd dusz między islamistami z jednej strony, a wierzącymi w nacjonalizm z drugiej, stanie się bardziej niż w ostatnich latach przedmiotem bezkompromisowej gry politycznej. W porównaniu z Turcją, gdzie jeszcze do niedawna program sekularyzacji dominował w dyskursie społecznym, władzom w Egipcie nie udało się na przestrzeni sześciu dekad stworzyć wystarczająco atrakcyjnej wizji rozwoju, która mogłaby konkurować – bez potrzeby odwoływania się do aparatu represji – ze społecznie zorientowanym programem frakcji muzułmańskich.

Te z kolei, jak z resztą cały egipski islamic revival, rozwijają się dwutorowo. Jedne ugrupowania, takie jak Stowarzyszenie Braci Muzułmańskich – z dobrze zorganizowaną strukturą i dalekosiężnymi celami politycznymi – bezkompromisowo prą do udziału we władzy, dążąc do wprowadzenia prawa muzułmańskiego oraz szeroko rozbudowanego systemu świadczeń społecznych. Inne ruchy islamskie głoszą przede wszystkim prymat odnowy duchowej i moralnej, opartej głównie na projektach komunalnych, wolontariacie, solidarności i poszanowaniu dla konserwatywnych wartości społecznych.

Zatem, czy Egipcjanie zdecydują się formować nową narodową tożsamość w oparciu o tradycyjną symbolikę nacjonalistyczną, czy też poprą interesujący społecznie projekt islamski, pozostaje zagadką. Chociaż, jak twierdzi Asef Bayat, wieloletni profesor studiów bliskowschodnich na uniwersytetach w Leiden i Illinois, arabska „ulica”, oparta głównie na zubożałej klasie średniej, jest dziś bardziej post-ideologiczna – zarówno post-nacjonalistyczna, jak i post-islamistyczna – niż mogłoby się wydawać. Według Bayata, biedne klasy średnie – „nowy proletariat Bliskiego Wschodu” – to klucz do zrozumienia Arabskiej wiosny ludów.

Ludzie ci, z wyższym wykształceniem i szerokimi ambicjami, za to bez pracy lub funkcjonujący na marginesie lokalnej gospodarki, stali się wyzwaniem nie tylko dla sekularnej dyktatury, ale również dla konserwatywnych i społecznie aktywnych islamistów. Dowodem tego był już egipski ruch „Kefaja” z 2004 roku oraz strajk generalny z 2008 roku, a także libańska „cedrowa rewolucja”, która wybuchła przed sześcioma laty. Wszystkie te ruchy, włącznie z rewoltą ostatnich tygodni, opierały się przede wszystkim na pluralizmie oraz masowej i oddolnej (cyber-)mobilizacji, skupionej wokół programu wolności, sprawiedliwości społecznej oraz walce z tyranią przeciw której – o czym warto pamiętać – protestowali ramię w ramię zarówno muzułmanie, jak i Koptowie.

Mubarakizm bez Mubaraka?

Miał całkowitą rację zmarły niedawno dyrektor Al-Ahram Centre for Political and Strategic Studies Mohamed El-Sayed, pisząc jeszcze w 2008 roku: “Egyptians are generally not rebellious people though when their stomachs are empty the government should beware”. Stało się – zmobilizowany naród zmusił dyktaturę do szeroko idących ustępstw. Ale co czeka Egipt w najbliższych miesiącach? I czy zmiana na dyktatorskim stołku to od razu regime change, przejście do demokracji? Trudno zaprzeczyć, że przy obecnej kondycji społeczno-ekonomicznej szans na demokrację w Egipcie jest niewiele. Biorąc pod uwagę podzieloną opozycję, dominującą kulturę klanowo-klientelistyczną oraz brak charakterystycznego dla demokracji pojęcia dobra wspólnego, należy się raczej spodziewać czegoś w rodzaju „mubarakizmu bez Mubaraka”, jak ujął to belgijski arabista Chams Eddine Zaougui.

Skąd zatem ta niesamowita presja Zachodu do promowania demokracji i tylko demokracji? Skąd ta z ferworem głoszona niechęć do polityków islamskich, zwłaszcza Stowarzyszenia Braci Muzułmańskich? Przecież nie trudno odgadnąć, że głównym celem każdego ewentualnego rząd w Kairze będzie przede wszystkim zapewnienie stabilności, której nie sposób zbudować bez zagranicznych inwestycji, pokojowych relacji sąsiedzkich, wzrostu eksportu czy turystyki. Zatem każdy, kto choć trochę interesuje się polityka bliskowschodnią, bez trudu dostrzeże, że pod pojęciem „demokracji” kryje się cały wachlarz narodowych interesów, promowanych zarówno przez USA, jak i państwa europejskie. Przy tak prowadzonej grze politycznej, której celem jest:

- „pokój” czyli strategiczne partnerstwo Izraela z USA,
- niezachwiany przepływ ropy naftowej,
- marginalizacja specyfiki religijno-społecznej krajów arabskich oraz
- finansowanie zsekularyzowanych aparatczyków jako gwarant stabilności,

masowy zryw ludności Egiptu i innych krajów arabskich może pójść na marne.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że prawie każde wystąpienie zachodnich polityków odnośnie rewolucji na Bliskim Wschodzie skierowane było do… upadających dyktatorów, nie zaś do ludzi, którzy ryzykowali życie w ich obaleniu. A to przede wszystkim w gestii Zachodu leży wsparcie społeczeństw bliskowschodnich w tworzeniu zrębów nowego systemu politycznego, i to niekoniecznie opartego na miliardowych dotacjach. W innym wypadku, swoista „kulturowa schizofrenia”, jak opisał Timothy Garton Ash pogłębiającą się przepaść między Europą a Bliskim Wschodem, będzie wcześniej lub później nie do przeskoczenia.
A jednak Europa wydaje się nie rozumieć powagi oraz dynamiki wydarzeń w krajach arabskich. Potwierdziła to już mało skuteczna europejska strategia sąsiedztwa, w ramach której zarówno Egipt, jak i Tunezja otrzymywały łącznie niespełna 250 milionów euro rocznie, czyli około jedna siódmą rocznej pomoc USA dla samego Egiptu. Potwierdza to także ostatnia decyzja Unii, która zamierza wesprzeć przemiany w Tunezji kwotą 258 milionów euro, a którą tunezyjski minister przemysłu Mohamed Afif Chelbi skwitował mianem „śmiesznej”. „Kiedy Ashton wymieniała kwotę siedemnastu milionów euro [natychmiastowa pomoc bezzwrotna wyasygnowana przez UE, przyp. aut.], nasz premier myślał, że się przesłyszał, pytając: «milionów czy miliardów?»” – dodał Chalabi, przebywający chwilowo na konferencji w Rzymie.

A to przecież tunezyjska rewolta, akt kolektywnego nieposłuszeństwa wobec strachu i beznadziei, wyzwoliła pragnienia milionów osób – od Sidi Bouzid po Manamę – o lepszych warunkach życia i uczciwej polityce – i to wcale nie pod sztandarami wojującego Islamu. Jak zauważył słoweński filozof Slavoj Žižek, jest to kolejny wielki błąd zachodnich polityków, dla których jeszcze do niedawna Islam był jedynym katalizatorem masowej mobilizacji na Bliskim Wschodzie. Stąd też, zamiast demonizować Braci Muzułmańskich, należy po prostu przygotować taktykę porozumienia i współpracy. Ale czy na zmianę kursu stać także zachodnie reżimy? Nie odbierajmy młodym Arabom tej nadziei.


Autor korzystał z następujących źródeł:

Arab Human Development Report 2009, OECD/RBAS, New York, 2009.
Timothy Garton Ash, Een fluwelen revolutie in Egypte, “De Standaard”, 3 luty 2011.
Asef Bayat, A new Arab street in post-Islamist times, “Foreign Policy”, 26 stycznia 2011.
Ira M. Lapidus, A History of Islamic Societies, Cambridge University Press, Cambridge, 2006.
Sarah Ben Néfissa, L”Egypte saisie par la fièvre régionale, “Le Monde Diplomatique”, luty 2011.
Alan Richards, John Waterbury, A Political Economy of the Middle East, Westview Press, Boulder, 2010.
Mohamed El-Sayed, Memories of 1977, “Al-Ahram”, 24-30 styczeń 2008.
Slavoj Žižek, For Egypt, this is the miracle of Tahrir Square, “The Guardian”, 10 luty 2011.
Slavoj Žižek, Why fear the Arab revolutionary spirit?, “The Guardian”, 1 luty 2011.