Wybory w USA bez efektu Bradleya
Sondaże przeprowadone przez Associated Press nie stwierdziły tzw. efektu Bradleya, który mógłby wpłynąć na ostateczny wynik wtorkowych wyborów. Afroamerykański kandydat nie miał jedynie przewagi w sondażach - co więcej, w tym roku odzwierciedlały one dużo trafniej preferencje wyborcze Amerykanów, niż w latach poprzednich.
Efekt Bradleya, którego nazwa pochodzi od Toma Bradleya - afroamerykańskiego burmistrza Los Angeles, który przegrał wyścig o fotel gubernatora, chociaż w sondażach miał znaczną przewagę nad swoim konkurentem.
Winą za taki wynik wyborów obarczano ukryty rasizm, mający się całkiem dobrze w amerykańskim społeczeństwie nawet kilkadziesiąt lat po zniesieniu segregacji rasowej.
Tym razem czarnoskóry kandydat pokonał swojego białego przeciwnika 52 proc. do 46 proc. (przy prawie wszystkich głosach zliczonych).
Wyniki wtorkowych sondaży prowadzonych przez największe koncerny medialne i ośrodki badawcze były zadziwiająco trafne: badanie NBC News-Wall Street Journal prognozowało 51 proc. głosów dla Obamy i 43 proc. dla McCaina; Gallup dawał Obamie 53 proc. do 42 proc. McCaina, a CBS News -51 proc. do 42 proc.
Skuteczność sondaży w USA zakwestionowano po prawyborach w New Hampshire, gdy wszystkie większe ośrodki badawcze wieszczyły zwycięstwo Baracka Obamy. Tymczasem w New Hampshire niewielką przewagą głosów wygrała Hillary Clinton.
Eksperci twierdzą, że dzisiaj - chociaż dysponują coraz większą liczbą środków komunikacji - coraz trudniej otrzymać nie skażone wyniki sondaży.
Kiedyś dosyć miarodajne były np. wywiady telefoniczne. Dzisiaj prowadzenie sondaży przez telefon może spowodować niedoszacowanie głosów Demokratów, ponieważ wielu wyborców tej partii: zarówno młodych ludzi, jak i uboższych robotników - nie ma po prostu telefonu stacjonarnego.
Na podst. Associated Press


Amerykańska ambasada na Kubie ponownie otwarta