Jakub Woliński: Obama w Oslo - komentarz z miejsca wydarzeń
To było niesamowite. Krótka wizyta przywódcy najpotężniejszego kraju świata wywołała w małej i leżącej na końcu świata Norwegii tyle szumu, ile z 10 poprzednich laureatów pokojowego Nobla razem wziętych. Dziewczyny piszczały, demonstranci demonstrowali, a Karl Johans Gata (główna ulica miasta) już dawno chyba nie widziała tylu ludzi naraz.
Wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych nie dało się w Oslo przegapić co najmniej od paru dni. Miejscowe gazety prześcigały się w komentarzach i prognozach, co się stanie w trakcie odwiedzin, o czym Barack Obama (alias „Czarny Mesjasz”) będzie mówił w swoim przemówieniu, wreszcie czy nagrodę otrzymał zasłużenie. Mi osobiście o tym wydarzeniu skutecznie przypominał Uniwersytet w Oslo, który raczył mnie poinformować, że w związku z utrudnieniami związanymi z wizytą prezydenta USA powinienem wcześniej wyjść, aby zdążyć na zaplanowany akurat tego dnia egzamin. Nie ukrywam, że w tym momencie nie zapałałem sympatią do wielkiego gościa, bo test zaplanowany był sam w sobie wystarczająco wcześnie, a czego, jak czego, ale rano wstawać to nie cierpię.
Tak się złożyło, że z powodu w/w egzaminu nie byłem w stanie nawet spróbować być w pobliżu miejsca wydarzeń, gdy Obama odbierał swoją nagrodę. Niemniej cały czas prezydent nie pozwalał mi o swojej osobie zapomnieć, krążąc nad Uniwersytetem w swoim opancerzonym helikopterze akurat wtedy, gdy musiałem się skupić na zadaniach. Około godziny 13 poinformowaliśmy zostaliśmy o tym, że do końca czasu pisania mamy jeszcze godzinę, a także, że właśnie trwa uroczystość odbioru Nagrody Nobla przez prezydenta Obamę.
Treść przemówienia wygłoszonego z tej okazji poznałem nieco później. I....oniemiałem. Fakt, nie można było oczekiwać, że prezydent ogłosi na sali zakończenie misji w Afganistanie, utylizację amerykańskiego potencjału jądrowego, albo najlepiej rozwiązanie US Army. Pomimo tego jednak biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znalazł i powód, dla którego przemowa została wygłoszona, można było się zasugerować, że Obama chociaż będzie udawał, że ta nagroda mu się należy. A tu – prezydent zupełnie szczerze przyznał, że on jest twardym politycznym realistą i tak naprawdę w żadne idee nie wierzy. W tym kontekście coraz śmieszniej brzmi tłumaczenie szefa Komitetu Noblowskiego, Thorbjørna Jaglanda, który przypomina, że czasem laureatom nagroda przyznawana była nie za zasługi, lecz właśnie za idee. Czyżby nagle siedziba Komitetu na zapleczu norweskiego Pałacu Królewskiego stała się gniazdem wojującego neokonserwatyzmu?
Może nie o to chodzi, że Barack Obama mówił kompletne bzdury. Może też nie o to, że międzynarodowe (w tym amerykańskie) siły powinny natychmiast opuścić Afganistan, Czad czy Irak. Moim zdaniem problem leży w tym, że Pokojowa Nagroda Nobla ma szczególną wymowę, dość romantyczną do tego. Laureaci powinni pasować do stroju rycerza na białym koniu walczącego (rycerz ma walczyć, nie koń, tak dla pewności) ze złym smokiem. A laureat AD 2009 na tym obrazku nosi mundur Marine i miast szlachetnego rumaka ujeżdża czołg, tudzież rakietę międzykontynentalną (notabene!) „Peacekeeper”.
Dodatkowo Komitet Noblowski tą decyzją zaczyna uprawiać politykę światową. Proszę mi uwierzyć, że w Norwegii takie podejście jest wyjątkowo niepopularne. Oni mają swoje problemy i nimi się przede wszystkim zajmują – choć oczywiście mają poczucie, że jeżeli gdzieś na świecie dzieje się krzywda, to Norwegia powinna nieść pomoc. Jednak „militaryzm” to nie jest ulubione pojęcie w Oslo ani w żadnym innym miejscu w tym kraju.
Na koniec dnia zaplanowano spotkanie z ludem. Właściwe skojarzenie w tym momencie – wizyty papieża w Polsce. Bo oto w najbardziej prestiżowym hotelu w Oslo przy najważniejszej turystycznie ulicy jest okno. Właściwie to masę okien, ale jedno ma balkon. Pozwolę sobie nazywać je „oknem prezydenckim”, bo „okno z balkonem” jakoś na tą okazję nie przystaje. Okno prezydenckie schowane zostało za czymś, co ochrzciłem na prywatny użytek „Obama immobile” - czyli wielką i mało ruchomą pancerną szybą. Chroniła ona gościa, aby żaden zabłąkany przedmiot ciśnięty w kierunku gościa z USA go nie ugodził. Norwegia Norwegią, ale ostrożność nie zawadzi. Pod oknem prezydenckim już przed 17 gromadzić zaczęły się tłumy, rozentuzjazmowane zrazu umiarkowanie. Co ciekawe, w miarę upływu czasu (gwiazda wieczoru miała się ukazać w oknie prezydenckim o 18.55) poziom entuzjazmu nie rósł. Od czasu do czasu tylko spod drzwi do hotelu dochodziły piski i krzyki, jakby pojawił się tam znany a przystojny piłkarz albo wokalista. Uczciwie się przyznaję, że nie wiem, co było ich powodem, po prostu za daleko stałem. Rozrywkę lekko znudzonemu tłumowi (w większości) Norwegów zapewniali pojawiający się czasami w innych oknach tegoż hotelu osobnicy, których w pierwszym odruchu tęsknoty tłum witał jako oczekiwanego Laureata. A okno prezydenckie nadal zamknięte na głucho.
W końcu – 10 minut po zapowiadanym terminie – jest! Zasłonki się poruszyły, firanki zostały odgarnięte, do hotelu wpadł podmuch świeżego norweskiego powietrza. Na balkon wyszła postać ubrana w białą szatę i zamachała do tłumu. Tłum krzyczy, piszczy, odmachuje postaci. To Michelle Obama. Obok niej wysportowany pan w czarnym garniturze – zapewne jej mąż, The President. I tak ta scena trwała może około 2 minut. Ani tłum nie zaczął nic skandować, oklaski umiarkowane, z wyjątkiem małej grupki pod drzwiami hotelu, która wciąż piszczała, nadzwyczajnych efektów dźwiękowych słychać nie było. Norwegowie są opanowani i mało spontaniczni nawet w tłumie... Około 19:07 było już po zawodach. Niemal 2-godzinne oczekiwanie na prezydenta i jego całą wizytę w Oslo podsumował mój znajomy stojący obok w tłumie - „Such a useless guy”...
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.



Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje