Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Magdalena Górnicka: Obama: Yes, they can!


03 luty 2009
A A A

Nowy prezydent USA zaczął urzędowanie od pragmatycznej ostrej retoryki zapowiadającej walkę z waszyngtońskimi układami. Barack Obama jednak ze swoimi nie walczy – członkowie nowej administracji są programowo poza „układem”, nawet jeśli fakty mówią co innego.

Wizerunek nowego prezydenta w oczach wielbiących go Amerykanów, nieco ucierpiał przez Toma Daschle’a, mianowanego przez Obamę na stanowisko ministra zdrowia. „Obama złamał pierwszą obietnicę” – krzyczały nagłówki serwisów internetowych, a za nimi – tradycyjne media, na przykład CNN.

Chodziło o przyrzeczenie Baracka Obamy, że „oczyści Waszyngton z lobbystów, traktujących politykę jak każdy inny biznes”, co miało się dokonać m.in. przez to, że żaden były lobbysta nie dostanie pracy w rządzie nowego prezydenta. Dzień po objęciu urzędu, Obama podpisał dokument (executive order), który zabraniał byłym lobbystom zajmowania stanowisk w agendach administracji federalnej, jeśli wcześniej reprezentowali w tej samej dziedzinie firmy bądź grupy interesu.

Okazało się jednak, że to, co na papierze, nie zawsze ma odzwierciedlenie w rzeczywistości.

William Lynn, człowiek numer dwa w Departamencie Obrony, jeszcze całkiem niedawno reprezentował na Capitol Hill korporację Raytheon, jednego z dużych kontrahentów dla amerykańskiej armii. Natomiast William Corr, mianowany na zastępcę ministra zdrowia, był lobbystą grupy przeciwników przemysłu tytoniowego.

„Czasami każde reguły trzeba trochę nagiąć” – wyjaśnił tę niekonsekwencję w postępowaniu nowego prezydenta jego rzecznik prasowy, Robert Gibbs. Obamy broni też republikański senator z New Hampshire, Warren Rudman, twierdząc, że prezydent przesadził z obietnicami, ale zrobił to w dobrej intencji.

Obietnice Baracka Obamy,  rzucane zbyt nierozważnie na prawo i lewo, przywołują na myśl zalecenia Gustawa Le Bona, autora klasycznego dzieła „Psychologia tłumu”.

Zaleca on, żeby tłumowi obiecywać jak najwięcej. Pogrążony w ekstazie wywołanej kolejnymi zapewnieniami o świetlanej przyszłości, gdy przyjdzie co do czego, i tak nie będzie dbał o faktyczne wywiązanie się z obietnic – zdąży zapomnieć.

Może i owa zasada działała, gdy Le Bon pisał swoją książkę – w 1895 roku. Jednak od tego czasu świat nieco się zmienił. Zmienił się także i tłum uczestniczący w życiu politycznym. Przede wszystkim, tłum ów nie jest już anonimową, bezmyślną  masą pożerającą – jak Hobbesowski Lewiatan – świadome jednostki. Społeczeństwo sieci, kładące nacisk na indywidualizm i autonomię swojego „ja”, nie jest tak łatwo sterowalne jak tłum Le Bona. Co nie znaczy oczywiście, że nie jest sterowalne w ogóle.

Jednak – czasami z powodu asymetryczności informacji – znajdą się ludzie, do których odpowiednio zmodyfikowany przekaz nie dojdzie na czas, co pozwoli im przyjrzeć się rzeczywistości nieco z boku, bez uczestnictwa. Zakładając, zgodnie z amerykańskim paradygmatem, rozumność owej jednostki, a także naturalną potrzebę aktywizmu społecznego, ostrzeże ona pozostałych, którzy być może ulegli wpływowi.

Dzięki Internetowi takie osoby będą „szczypać” te zaślepione charyzmą przywódcy. Sieć łączy bowiem indywidualizm z masowością, ale nie eliminuje tej pierwszej cechy.

Zapewnienia o walce z układem waszyngtońskim, owszem, były zręcznym chwytem w kampanii wyborczej, zwłaszcza, że tylko co piąty wyborca ufa politykom zasiadającym w Kongresie. Dlatego Barack Obama musi uważać, co mówi. Owszem, wyborcy lubią obietnice. Ale po kłamstwach Billa Clintona w sprawie Moniki Lewinsky czy – przede wszystkim – George’a W.Busha o broni masowego rażenia w Iraku, Amerykanie nie będą tolerować prezydenta mijającego się z prawdą.  Podwójne standardy może i uszłyby na sucho członkom nowego gabinetu, gdyby Barack Obama nie wypisywał czegoś całkiem innego na swoich sztandarach.

O ile Lynn i Corr uderzyli się w piersi, żałując swojego grzesznego życia lobbystów, sprawa Toma Daschle’a jest bardziej skomplikowana.

Rzecznik Białego Domu stwierdził bowiem, że Daschle de facto lobbystą nie był. Taki status przysługuje bowiem tylko osobom zarejestrowanym jako lobbyści. Chociaż zakres obowiązków Daschle’a sprowadzał się do typowych zajęć reprezentanta grup interesu bądź firm na Capitol Hill, pracował on oficjalnie jako specjalny doradca tudzież konsultant… firm lobbingowych, m.in. Alston & Bird – znanego reprezentanta korporacji farmaceutycznych. Oprócz doradzania strategicznego firmom doradczym, doradzał bezpośrednio ich klientom, o czym można przeczytać na stronie www Alstona & Birda. Wygłaszał też suto opłacane (kwoty pięciocyfrowe) przemówienia na seminariach zorganizowanych dla gigantów rynku medycznego w USA – UnitedHealth czy GE Healthcare.

Jednak prawo wydaje się być po stronie Daschle’a.  Odróżnia bowiem kontakty lobbystyczne (lobbying contacts), znajdujących się w wyłącznej gestii zarejestrowanych lobbystów, od czynności lobbystycznych (lobbying activities), które mogą być świadczone także przez osoby spoza rejestru.

Oficjalne stanowisko Białego Domu to pełne poparcie dla Daschle’a i bagatelizowanie zamieszania wokół jego prawie lobbystycznej przeszłości.

Barackowi Obamie zamieszanie wokół nowego szefa Departamentu Zdrowia raczej nie zaszkodzi. To jednak ważna lampka ostrzegawcza dla nowego prezydenta. Kampania wyborcza się skończyła, spiętrzone obietnice pozostały. I pozostał kac po szampańskiej euforii ich składania.

Amerykanom jednak pozostała nadzieja, pod której hasłem Obama wygrał wybory. Ta jednak, być może na nieszczęście prezydenta, ponoć umiera ostatnia. Nie zapowiada się więc, że wyborcy machną ręką i pójdą na zakupy – zwłaszcza, że wielu z nich straciło ostatnio pracę.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.