Magdalena Górnicka: Prezydent zmienia płytę - na tę z czasów kampanii
Zastępca Gibbsa, Bill Burton, Twittera używa od dawna. W zeszłym tygodniu natomiast zaczął umieszczać na mikroblogu…140-znakowe sprostowania. Na początek dostało się „Washington Post”, który napisał, że prezydencka para spędziła walentynki na romantycznej kolacji w Chicago. W tym roku byli bowiem w Camp David, a w Chicago – w zeszłym.
Drobnostka? Być może. Pokazuje to jednak, że nowa strategia komunikacyjna zakłada dokładne nie pobłażanie jakichkolwiek nieścisłości nawet najbardziej opiniotwórczym mediom.
Wpisy Roberta Gibbsa w ciągu nieco ponad doby, zaczęło w śledzić ponad 17 tys. osób: dziennikarzy, pracowników rządu, polityków, gwiazd Hollywood i w końcu – zwyczajnych internautów.
Zyskali oni wszyscy dostęp do najświeższych wiadomości z Białego Domu, nie czekając na prasowe briefingi.
Więcej jednak zyskało biuro prasowe prezydenta: możliwość natychmiastowej odpowiedzi i polemiki, co – zwłaszcza w 24-godzinnym cyklu newsowym, jest niezwykle ważne: zanim uda się zdementować jakąś plotkę (nie wartą wprawdzie zwoływania konferencji prasowej), zdąży już ona rozprzestrzenić się po całej politycznej sieci: serwisach mediów tradycyjnych, portalach politycznych i blogach. I to w różnych państwach!
Dodatkowo, obecność Gibbsa na Twitterze to także możliwość bezpośredniego przekazywania informacji – bez narażania się na przekształcenia i przeinaczenia dokonywane przez media.
Jeśli któryś z dziennikarzy poda informację niezgodną z prawdą (lub stronniczo ją zinterpretuje), rzecznik Białego Domu nie zadzwoni do redaktora prowadzącego, by wyjaśnić sprawę, lecz „wykrzyczy” błąd dziennikarza na Twitterze. Dla żadnego z korespondentów Białego Domu nie będzie to sytuacją przyjemną.
Owszem, dziennikarze będą mieli łatwiejszy dostęp do Roberta Gibbsa – a dzięki zmasowanej kampanii na Twitterze, mogą go skłonić do wypowiedzi nawet wtedy, gdy to dla niego niewygodne.
Jakkolwiek jednak – 140 znaków na odpowiedź na takie pytanie, stawia odpowiadającego w korzystnej sytuacji.
Szerokie zastosowanie Twittera to tylko jeden z elementów nowego typu komunikacji prezydenta z wyborcami: możliwie bezpośredniej, z pominięciem mediów. Do tej pory, przykładem tego typu działań były cotygodniowe orędzia na video.
Pierwszym zwiastunem nowej strategii komunikacji prezydenta z wyborcami, była sesja odpowiedzi na pytania internautów dotyczące orędzia o stanie państwa. Organizatorem całej akcji był serwis YouTube, a pytania, na które odpowiadał prezydent, wybrali w głosowaniu sami internauci. Tym samym, Obama zrealizował obietnice o większej przejrzystości działań rządu, a z drugiej: był pewien, że jego odpowiedź na określone pytania nie zostanie przeinaczona czy wyrwana z kontekstu.
Pod koniec zeszłego roku, biuro ds. komunikacji Białego Domu przeprowadziło audyt, z którego wynikało, że do tej pory „piłka zbyt często znajdowała się po stronie Kongresu” – jak to ujął w rozmowie z „Washington Post” szef biura, Dan Pfeiffer.
W 2010 roku to prezydent Obama ma być „osobą nadającą tempo narracji”.
„Wiemy na pewno, że ludzie oczekują od nas uczciwej, szczerej debaty” – powiedział główny doradca prezydenta, David Axelrod.
Oprócz pośrednictwa internetu, Barack Obama ma się częściej spotykać z Amerykanami osobiście, na wiecach w całym kraju. Prezydenccy stratedzy liczą, że sama obecność Obamy oczaruje wyborców – pamiętają przecież tłumy z czasów kampanii wyborczej, które zjawiały się by słuchać – na samym początku – mało znanego senatora z Illinois.
Obama dobrze sobie radzi w bezpośrednich przemówieniach, umie pokierować emocjami tłumu, nawiązać porozumienie z publicznością. Odwołuje się do wtedy do emocji , chociaż trudno mu się było wyzbyć – i do pewnego stopnia się nie do końca mu się to udało – profesorskiego tonu i szczegółowego wchodzenia w poszczególne kwestie, zamiast chwytliwych fraz, z których można później przygotować teledysk.
Ta maniera powraca, jeśli Barack Obama nie widzi przed sobą większej rzeszy odbiorców, nie wchodzi w interakcję z tłumem.
Bardziej spontaniczne mają być kontakty prezydenta z prasą. Zamiast rzadkich, ogólnotematycznych konferencji prasowych, Obama postawi na krótkie, poświęcone konkretnym sprawom spotkania z mediami.
W ciągu pierwszego roku prezydentury, Barack Obama udzielił 161 wywiadów – trzykrotnie więcej niż George W. Bush.
Mimo wszystko, korespondenci akredytowani przy Białym Domu narzekali ostatnio, że prezydent od kilku miesięcy nie przeprowadził „normalnej” konferencji prasowej, która nie byłaby związana np. z wizytą zagranicznego przywódcy.
Kolejną innowacją przewidzianą w nowej strategii komunikacyjnej prezydenta, jest większe zorientowanie na media internetowe.
Co więcej – część przekazu będzie skierowana do lewicowych blogerów, którzy – poruszając we wpisach na blogach tematy ważne dla prezydenta, będą dynamizować dyskusję w sieci.
Jak widzimy, Barack Obama i jego drużyna chcą powrócić do wzorca komunikacji znanego z kampanii wyborczej.
Właśnie przed tym ostrzegał Edward Luce z „Financial Timesa” w analizie, która wywołała prawdziwą burzę w Waszyngtonie. Zarzucił on – opierając się na rozmowach z wieloma wpływowymi osobami z kręgów rządowych, że „chicagowska czwórka”: David Axelrod, Robert Gibbs, Valerie Jarrett i Rahm Emanuel, odpowiada za średnie notowania i brak spektakularnych wyników Obamy- prezydenta.
Podkreślił, że chociaż najbliżsi prezydenccy doradcy nie mają odpowiedniego przygotowania merytorycznego, to uczestniczą w podejmowaniu decyzji np. w zakresie stosunków międzynarodowych.
Ostatnio okazało się, że to Valerie Jarrett stoi za zorganizowaniem spotkania Obamy z Dalajlamą. Jako specjalna wysłanniczka prezydenta, pojechała do Indii, by spotkać się z przywódcą Tybetańczyków. Teraz natomiast – wraz z reprezentacją USA, przebywa w Vancouver na Igrzyskach Olimpijskich i na gorąco opisuje wrażenia na blogu.
Przez miniony rok, Barack Obama realizował <strategię momentum>, tak lubianą przez Davida Axelroda. Polegała ona na maksymalizacji zasięgu i liczby poruszanych spraw i proponowanych reform. Rozmach podejmowanych działań miał sprawić, że na zasadzie synergii, Obama osiągnąłby rezultaty lepsze, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Jak podkreśla zarówno Anita Dunn, jak i Dan Pfeiffer – była i obecny dyrektor biura ds. komunikacji Białego Domu, trudno liczyć na nadzwyczajne efekty w zakresie komunikacji przy dziesięcioprocentowym bezrobociu. Nie ma takiego zabiegu retorycznego czy zabiegu wizerunkowego, który przedstawiłby te dane jako pozytywną wiadomość.
Próbować jednak zawsze można: ot, jak ostatnio, gdy operacja w Iraku przeszła rebranding - a jej nazwę „Iracka Wolność”, zmieniono na „Nowy Świt’.
Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje