Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home

Magdalena Górnicka: Prezydent zmienia płytę - na tę z czasów kampanii


21 luty 2010
A A A

Biały Dom przeszedł w ostatnich dniach małą rewolucję komunikacyjną. Swoje konto na Twitterze założył  rzecznik Baracka Obamy, Robert Gibbs, a blog oficjalnej strony prezydenta, stał się miejscem polemiki z doniesieniami mediów.

Zastępca Gibbsa, Bill Burton, Twittera używa od dawna. W zeszłym tygodniu natomiast zaczął umieszczać na mikroblogu…140-znakowe sprostowania. Na początek dostało się „Washington  Post”, który napisał, że prezydencka para spędziła walentynki na romantycznej kolacji w Chicago. W tym roku byli bowiem w Camp David, a w Chicago – w zeszłym.

Drobnostka? Być może. Pokazuje to jednak, że nowa strategia komunikacyjna zakłada dokładne nie pobłażanie jakichkolwiek nieścisłości  nawet najbardziej opiniotwórczym mediom.

Wpisy Roberta Gibbsa w ciągu nieco ponad doby, zaczęło w śledzić ponad 17 tys. osób: dziennikarzy, pracowników rządu, polityków, gwiazd Hollywood i w końcu – zwyczajnych internautów.

Zyskali oni wszyscy dostęp do najświeższych wiadomości z Białego Domu, nie czekając na prasowe briefingi.

Więcej jednak zyskało biuro prasowe prezydenta: możliwość natychmiastowej odpowiedzi i polemiki, co – zwłaszcza w 24-godzinnym cyklu newsowym, jest niezwykle ważne: zanim uda się zdementować jakąś plotkę (nie wartą wprawdzie zwoływania konferencji prasowej), zdąży już ona rozprzestrzenić się po całej politycznej sieci: serwisach mediów tradycyjnych, portalach politycznych i blogach. I to w różnych państwach!

Dodatkowo, obecność Gibbsa na Twitterze to także możliwość bezpośredniego przekazywania informacji – bez narażania się na przekształcenia i przeinaczenia dokonywane przez media.

Jeśli któryś z dziennikarzy poda informację niezgodną z prawdą (lub stronniczo ją zinterpretuje), rzecznik Białego Domu nie zadzwoni do redaktora prowadzącego, by wyjaśnić sprawę, lecz „wykrzyczy” błąd dziennikarza na Twitterze. Dla żadnego z korespondentów Białego Domu nie będzie to sytuacją przyjemną.

Owszem, dziennikarze będą mieli łatwiejszy dostęp do Roberta Gibbsa – a dzięki zmasowanej kampanii na Twitterze, mogą go skłonić do wypowiedzi nawet wtedy, gdy to dla niego niewygodne.

Jakkolwiek jednak – 140 znaków na odpowiedź na takie pytanie, stawia odpowiadającego w korzystnej sytuacji.

Szerokie zastosowanie Twittera to tylko jeden z elementów nowego typu komunikacji prezydenta z wyborcami: możliwie bezpośredniej, z pominięciem mediów. Do tej pory, przykładem tego typu działań były cotygodniowe orędzia na video.

Pierwszym zwiastunem nowej strategii komunikacji prezydenta z wyborcami, była sesja odpowiedzi na pytania internautów dotyczące orędzia o stanie państwa. Organizatorem całej akcji był serwis YouTube, a pytania, na które odpowiadał prezydent, wybrali w głosowaniu sami internauci. Tym samym, Obama zrealizował obietnice o większej przejrzystości działań rządu, a z drugiej: był pewien, że jego odpowiedź na określone pytania nie zostanie przeinaczona czy wyrwana z kontekstu.

Pod koniec zeszłego roku, biuro ds. komunikacji Białego Domu przeprowadziło audyt, z którego wynikało, że do tej pory „piłka zbyt często znajdowała się po stronie Kongresu” – jak to ujął w rozmowie z „Washington Post” szef biura, Dan Pfeiffer.

W 2010 roku to prezydent Obama ma być „osobą nadającą tempo narracji”.

„Wiemy na pewno, że ludzie oczekują od nas uczciwej, szczerej debaty” – powiedział główny doradca prezydenta, David Axelrod.

Oprócz pośrednictwa internetu, Barack Obama ma się częściej spotykać z Amerykanami osobiście, na wiecach w całym kraju. Prezydenccy stratedzy liczą, że sama obecność Obamy oczaruje wyborców – pamiętają przecież tłumy z czasów kampanii wyborczej, które zjawiały się by słuchać – na samym początku – mało znanego senatora z Illinois.

Obama dobrze sobie radzi w bezpośrednich przemówieniach, umie pokierować emocjami tłumu, nawiązać porozumienie z publicznością. Odwołuje się do wtedy do emocji , chociaż trudno mu się było wyzbyć – i do pewnego stopnia się nie do końca mu się to udało – profesorskiego tonu i szczegółowego wchodzenia w poszczególne kwestie, zamiast chwytliwych fraz, z których można później przygotować teledysk.

Ta maniera powraca, jeśli Barack Obama nie widzi przed sobą większej rzeszy odbiorców, nie wchodzi w interakcję z tłumem.

Bardziej spontaniczne mają być kontakty prezydenta z prasą. Zamiast rzadkich, ogólnotematycznych konferencji prasowych, Obama postawi na krótkie, poświęcone konkretnym sprawom spotkania z mediami.

W ciągu pierwszego roku prezydentury, Barack Obama udzielił 161 wywiadów – trzykrotnie więcej niż George W. Bush.

Mimo wszystko, korespondenci akredytowani przy Białym Domu narzekali ostatnio, że prezydent od kilku miesięcy nie przeprowadził „normalnej” konferencji prasowej, która nie byłaby związana np. z wizytą zagranicznego przywódcy.

Kolejną innowacją przewidzianą w nowej strategii komunikacyjnej prezydenta, jest większe zorientowanie na media internetowe.

Co więcej – część przekazu będzie skierowana do lewicowych blogerów, którzy – poruszając we wpisach na blogach tematy ważne dla prezydenta, będą dynamizować dyskusję w sieci.

Jak widzimy, Barack Obama i jego drużyna chcą powrócić do wzorca komunikacji znanego z kampanii wyborczej.

Właśnie przed tym ostrzegał Edward Luce z „Financial Timesa” w analizie, która wywołała prawdziwą burzę w Waszyngtonie. Zarzucił on – opierając się na rozmowach z wieloma wpływowymi osobami z kręgów rządowych, że „chicagowska czwórka”: David Axelrod, Robert Gibbs, Valerie Jarrett i Rahm Emanuel, odpowiada za średnie notowania i brak spektakularnych wyników Obamy- prezydenta.

Podkreślił, że chociaż najbliżsi prezydenccy doradcy nie mają odpowiedniego przygotowania merytorycznego, to uczestniczą w podejmowaniu decyzji np. w zakresie stosunków międzynarodowych.

Ostatnio okazało się, że to Valerie Jarrett stoi za  zorganizowaniem spotkania Obamy z Dalajlamą. Jako specjalna wysłanniczka prezydenta, pojechała do Indii, by spotkać się z przywódcą Tybetańczyków. Teraz natomiast – wraz z reprezentacją USA, przebywa w Vancouver na Igrzyskach Olimpijskich i na gorąco opisuje wrażenia na blogu.

Przez miniony rok, Barack Obama realizował <strategię momentum>, tak lubianą przez Davida Axelroda. Polegała ona na maksymalizacji zasięgu i liczby poruszanych spraw i proponowanych reform.  Rozmach podejmowanych działań miał sprawić, że na zasadzie synergii, Obama osiągnąłby rezultaty lepsze, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Jak podkreśla zarówno Anita Dunn, jak i Dan Pfeiffer – była i obecny dyrektor biura ds. komunikacji Białego Domu, trudno liczyć na nadzwyczajne efekty w zakresie komunikacji przy dziesięcioprocentowym bezrobociu. Nie ma takiego zabiegu retorycznego czy zabiegu wizerunkowego, który przedstawiłby te dane jako pozytywną wiadomość.

Próbować jednak zawsze można: ot, jak ostatnio, gdy operacja w Iraku przeszła rebranding -  a jej nazwę „Iracka Wolność”, zmieniono  na „Nowy Świt’.

Portal Spraw Zagranicznych pełni rolę platformy swobodnej wymiany opinii - powyższy artykuł wyraża poglądy autora.