Magdalena Górnicka: Retoryczny realizm Obamy
Tylko dziewięć minut z godzinnego orędzia o stanie państwa, Barack Obama poświęcił polityce zagranicznej.
Pierwszy rok prezydentury Baracka Obamy był niewątpliwie trudny. Dwie wojny, największy kryzys gospodarczy od lat 30., dwucyfrowe bezrobocie i nieudany zamach terrorystyczny – to tylko największe problemy, z którymi musiała zmierzyć się nowa administracja.
Ale wydaje się, że tego właśnie oczekiwali od Obamy wyborcy. Obecny prezydent wygrał w wyścigu do Białego Domu, ponieważ obiecał „zmianę”. Zmianę nie tylko kierunków polityki (np. zamknięcie Guantanamo), lecz przede wszystkim – odnowę skostniałych struktur waszyngtońskiej machiny politycznej. Oczyszczenie z niejasnych powiązań, zerwanie z kierowaniem się li tylko interesem swojej partii.
Trzeba przyznać, że Obama próbował to robić: pierwszym dokumentem, który podpisał po zaprzysiężeniu, była decyzja o zamknięciu więzienia w Guantanamo w ciągu roku.
Nie udało się – w bazie na Kubie więzionych jest dalej prawie dwieście osób podejrzanych o terroryzm. Co więcej, w obliczu nieudanego zamachu z dnia Bożego Narodzenia, USA wstrzymały odsyłanie więźniów do Jemenu – a w ten sposób najłatwiej byłoby ograniczyć ich liczbę: prawie połowa przetrzymywanych w Guantanamo to Jemeńczycy.
Barack Obama zrozumiał, że kampania wyborcza to jedno, a rządzenie – to coś zupełnie innego. Wyborcy – niekoniecznie. Obama był bowiem szeroko krytykowany za reformę służby zdrowia: także przez tych, którzy rok wcześniej na niego głosowali. Zwolennicy jak największej interwencji rządu w tej dziedzinie, zarzucali prezydentowi „zaprzedanie ideałów”. Zwolennicy wolnego rynku straszyli widmem komunizmu. Trudno się dziwić, że kolejne posunięcia prezydenta zmierzające do zaspokojenia tych roszczeń, były coraz mniej spójne.
Znamienne, że z jednej strony – wyborcy przeceniają wpływ prezydenta na wprowadzane w życie reformy, ignorując zupełnie przy tym Kongres, a z drugiej – sam Obama czasami zbyt mocno podkreśla rolę parlamentarzystów, niejako szukając usprawiedliwienia dla własnej niemocy. Ameryka nie potrzebuje bowiem słabego prezydenta.
Orędzie o stanie państwa było wypadkową narastających przez rok sprzeczności: z jednej strony – Barack Obama chciał zerwać z obrazem wielkiego oratora, który poza pięknymi słowami niewiele ma do zaoferowania. Z drugiej – pieczołowicie przywołując podnoszone ostatnio w debacie publicznej kwestie, Obama chciał podkreślić, że nie stał się częścią tego Waszyngtonu, któremu rzucił wyzwanie w wyborach: że pozostał w nim dawny Obama – rzecznik zwykłych ludzi.
Właśnie dlatego w trwającym godzinę orędziu, tylko dziewięć minut poświęcił prezydent polityce zagranicznej. Wiązało się to nie tylko z wewnątrzpaństwowymi zainteresowaniami większości wyborców, ale także z tym, że mówiąc o polityce zagranicznej, nie dałoby się pominąć szerszego rozwinięcia tematu Afganistanu, czy ostatnio – Jemenu i walki z terroryzmem. Tych tematów Obama wyraźnie chciał uniknąć. Mógłby przez to zbliżyć się w tonie do George’a W. Busha – a tego, z pewnością, by sobie nie życzył.
Podkreślił za to amerykańskie przywództwo w walce z kryzysem na Haiti. Niesie to echa legendy wyzwolenia Europy spod nazistowskiej opresji, a jednocześnie – jakże inny jest wymiar tej interwencji od „interwencji” w Iraku.
Podniósł też sukcesy w walce z Al- Kaidą, której „wiele więcej bojowników” zostało zabitych lub pojmanych w minionym roku, niż w ostatnim roku prezydentury Busha.
Barack Obama powiedział w orędziu to, co Amerykanie chcieli usłyszeć: że będzie walczył z bezrobociem, że „nie podda się w wysiłku wprowadzania reform”, zwłaszcza reformy służby zdrowia.
Powrócił też do pojednawczego tonu w stosunku do Republikanów, do czego poniekąd zmusiła go wygrana Scotta Browna w wyborach uzupełniających na senacki fotel po zmarłym Edwardzie Kennedy’m.
Demokraci stracili przez to „superwiększość” sześćdziesięciu głosów, która niweczyła wszelkie starania Republikanów o zastosowanie weta proceduralnego, tzw. filibuster. Obama, którego w wyborach prezydenckich poparło wielu wyborców niezależnych, postanowił powrócić do centrystycznego, pojednawczego tonu, odwołując się do wspólnych interesów i wspólnych celów.
Warto zaznaczyć jeszcze, że prezydent nie bał się pójść na konfrontację z Sądem Najwyższym, ostro krytykując jego ostatni wyrok, znoszący limity na finansowanie kampanii wyborczych przez wielkie przedsiębiorstwa. Uderzył przy tym w nieco populistyczny ton, sugerując, że to orzeczenie otwiera drogę zagranicznym korporacjom do wywierania wpływu na amerykańską politykę.
Konfrontacyjny charakter podniósł jeszcze sędzia Samuel Alito, który teatralnym szeptem skomentował: „to nieprawda!”. Chociaż uczynił to zdecydowanie inaczej, niż Joe Wilson krzyczący podczas wrześniowego przemówienia o reformie służby zdrowia, sędziego wyraźnie wypowiadającego słowa zaprzeczenia pokazały wszystkie stacje telewizyjne.
Znamienne może wydać się zakończenie orędzia. Barack Obama zapożyczył frazę, którą kończyło State of the Union wielu jego poprzedników: „Pomimo stojących przed nami wyzwań, nasze państwo pozostaje silne”. Warto odczytać to w kontekście oryginalnym: „Nasza Unia pozostaje silna” – Stany są prawdziwie zjednoczone, nie ma „Ameryki niebieskiej i czerwonej” (jak mówił w pamiętnym przemówieniu na konwencji Demokratów w 2004 roku).
Barack Obama chce dalej inspirować, być wizjonerem – ale przyoblekając to w państwową tradycję, umacniającą go jako prezydenta, a nie kandydata. Bo trudno uwierzyć, że po prostu zabrakło mu pomysłu na zakończenie przemówienia.


Jak Andaluzja stała się prawicowa
Pragmatyzm wygrywa w amerykańsko-chińskich relacjach
Trudne zadanie Rumena Radewa
Péter Magyar wzbudza pierwsze kontrowersje