Portal Spraw Zagranicznych psz.pl




Portal Spraw Zagranicznych psz.pl

Serwis internetowy, z którego korzystasz, używa plików cookies. Są to pliki instalowane w urządzeniach końcowych osób korzystających z serwisu, w celu administrowania serwisem, poprawy jakości świadczonych usług w tym dostosowania treści serwisu do preferencji użytkownika, utrzymania sesji użytkownika oraz dla celów statystycznych i targetowania behawioralnego reklamy (dostosowania treści reklamy do Twoich indywidualnych potrzeb). Informujemy, że istnieje możliwość określenia przez użytkownika serwisu warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do informacji zawartych w plikach cookies za pomocą ustawień przeglądarki lub konfiguracji usługi. Szczegółowe informacje na ten temat dostępne są u producenta przeglądarki, u dostawcy usługi dostępu do Internetu oraz w Polityce prywatności plików cookies

Akceptuję
Back Jesteś tutaj: Home Opinie Polityka Marcin Witkowski: Boliwia - oby tym razem się udało!

Marcin Witkowski: Boliwia - oby tym razem się udało!


27 grudzień 2005
A A A
Lewicowy Evo Morales wygrał wybory prezydenckie w Boliwii zdecydowaną większością głosów (54 proc). Jednakże naród jest silnie podzielony. Wydaje się, że prezydenta-elekta czekają syzyfowe prace dotyczące przezwyciężenia impasu, ale czy tak będzie, okaże się ostatecznie pod koniec pięcioletniej kadencji.

Indianie oraz silne związki zawodowe zachodniej części Boliwii już dwukrotnie siłą na przestrzeni dwóch lat zmusiły prezydentów do rezygnacji z piastowanych funkcji. Blokując drogi, organizując protesty, strajkując żądali praw dla Indian i ich przestrzegania, domagali się nacjonalizacji przemysłu. Chodzi głównie o wydobycie gazu ziemnego, który jest największym bogactwem naturalnym Boliwii.

Morales, który sam jako lider plantatorów liści koki, blokując drogi wymusił od rządu ustępstwa dla reprezentowanej grupy, zamierza wprowadzić w pewnych dziedzinach interwencjonizm państwowy, odwracając się od zasad wolnego rynku propagowanych przez niepopularną w Boliwii politykę Stanów Zjednoczonych.

To dzięki zachodniej części kraju Morales wygrał wybory i naturalnym wydaje się być dążenie do realizacji potrzeb swych wyborców. Prezydent musi także pamiętać o wschodniej części państwa z bogatą prowincją Santa Cruz, która domaga się pełnej autonomii z własnym niezależnym rządem. Wydaje się, że jeśli Morales myśli o jedności państwa, polityka samego kija wobec Santa Cruz jest polityką samodestrukcyjną. Podobnie uważa Nicolas Shumway dyrektor Instytutu Studiów Latynoamerykańskich Uniwersytetu w Teksasie. Zdecydowanie doradza Moralesowi, by stał się prezydentem wszystkich Boliwijczyków, a nie tylko tych z zachodniej części, tylko wtedy osiągnie sukces.

Potrzebna jest marchewka w postaci konsensusu pomiędzy regionami, a taki cel wydaje się trudny do osiągnięcia, zważywszy na żywiołowość polityki latynoskiej, zwłaszcza boliwijskiej. Jest to kraj, w którym najczęściej w całej Ameryce Łacińskiej siłą zmienia się rządy. Prezydent-elekt ma tą przewagę nad swoimi poprzednikami, że jest Indianinem. Po raz pierwszy Indianin – czyli osoba z nizin społecznych - został prezydentem. To może pomóc, ale nie musi. Mam nadzieję, że Morales bacznie obserwuje wydarzenia jakie miały miejsce u peruwiańskich sąsiadów, gdzie w 2001 roku również po raz pierwszy prezydentem został Indianin Alejandro Toledo. Również wówczas przeważała opinia o nadchodzących lepszych czasach. Niestety tak się nie stało i w pewnym okresie Alejandro Toledo "cieszył się" poparciem 7 procent- najniższym na całym kontynencie.

Julia Sweig odpowiedzialna za politykę latynoską Waszyngtonu nie pomijając problemu secesyjnego Santa Cruz, zwraca uwagę na radykalne lewe skrzydło, które skutecznie naciska na politykę Moralesa. Radykałowie dają trzy miesiące nowemu prezydentowi na nacjonalizację kopalń - w innym wypadku ponownie wyjdą na ulicę, a z nimi związki zawodowe. Koło się zamyka. I jak w takich warunkach budować politykę konsensusu, kiedy nie ma na nią czasu?

W praktyce boliwijskiej przyjęło się, że kiedy dochodzi do strajków powszechnych, prezydent traci władzę. Średnio jest tak raz na rok. Morales doskonale o tym wie, nie chcąc stracić władzy pewnie przeprowadzi szybko nacjonalizację, a szybko nie znaczy dobrze. Taka polityka nie spodoba się ani Stanom Zjednoczonym ani organizacjom międzynarodowym, a bez ich pomocy gospodarka Boliwii - najbiedniejszego kraju w Ameryce Łacińskiej – nie podniesie się. Czyli sytuacja w kraju nie polepszy się, co oznacza że znów będą blokady dróg, strajki i ofiary śmiertelne. Czy któryś z przywódców politycznych świata chciałby się znaleźć w skórze nowego prezydenta Boliwii?

Zwycięstwo Moralesa ucieszyło wielu przywódców latynoskich m.in. Luiza Inacio Lula Da Silvę (Brazylia), Hugo Chaveza (Wenezuela), Fidela Castro (Kuba), Ricardo Lagosa (Chile). Wszyscy oni chórem zapowiedzieli wzmocnienie obustronnych stosunków z Boliwią. Są to obietnice, ale nie wiadomo czy zostaną zrealizowane. Odpowiedzialność za słowo nie jest domeną latynoskiej kultury politycznej, a obecnie nie jest chyba nawet domeną współczesnej światowej kultury politycznej. Jednak taka postawa może zaszkodzić Moralesowi, który przeświadczony o pomocy krajów latynoskich zerwie wszelki dialog ze Stanami Zjednoczonymi, czy takimi organizacjami jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Oczywiście obecnie ruch, który wyniósł Moralesa na szczyty władzy, delikatnie to określając, jest sceptycznie nastawiony do polityki Zachodu i wolnego rynku, ale z czasem sam Morales może złagodzić swoją opinię, a zwłaszcza o ile uwolni się od wpływu lewicowych radykałów, albo lepiej, przekona ich, że należy ustąpić w pewnych dziedzinach - tak, by gospodarka Boliwii w końcu drgnęła i wyrwała się z doliny wiecznych łez.

Na podstawie: www.cnn.com