Requiem dla bułgarskich postkomunistów
Pierwszy raz od upadku komunizmu w Bułgarii, postkomuniści nie zasiądą w parlamencie. Wprawdzie znajdowali się w kryzysie od kilku lat, ale nóż w plecy Bułgarskiej Partii Socjalistycznej wbiła Postępowa Bułgaria, której lider Rumen Radew dwukrotnie wygrał wybory prezydenckie jako wspólny kandydat lewicy.
Pierwsze sondażowe wyniki wyborów parlamentarnych z 19 kwietnia nie wskazywały na klęskę. Koalicja lewicowych i komunistycznych ugrupowań skupionych wokół Bułgarskiej Partii Socjalistycznej (BSP) miała znaleźć się w Zgromadzeniu Narodowym, choć balansowała na granicy czteroprocentowego progu wyborczego. Ostateczne wyniki okazały się katastrofalne – postkomuniści nie tylko nie zdobyli mandatów, ale nie otrzymali nawet trzech procent poparcia.
Wnioski bez znaczenia
BSP na początku lutego zmieniło swoje kierownictwo. Przewodniczącym partii został czterdziestoczteroletni Krum Zarkow, były minister sprawiedliwości w technicznym rządzie Gyłyba Donewa. Zastąpił on Atanasa Zafirowa, który pełnił funkcję szefa partii przez zaledwie rok. Zafirow był wicepremierem w niepopularnym rządzie Rosena Żelazkowa, odsuniętym od władzy w wyniku masowych protestów społecznych. Celem Zarkowa była zmiana wizerunku postkomunistów oraz ich wewnętrzna konsolidacja.
Nowe kierownictwo socjalistów w czasie ósmej przedwyborczej kampanii przeprowadzonej w ciągu zaledwie pięciu lat, odcinało się od ostatniego kresu działalności swojego ugrupowania. BSP uznało za błąd współtworzenie gabinetu Żelazkowa razem z centroprawicowymi Obywatelami na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (GERB) i populistycznym ruchem Jest Taki Kraj (ITN). Dla Zarkowa największym problemem było jednak sprzymierzenie się ze wspierającym tę koalicję kontrowersyjnym oligarchą Delanem Peewskim, stojącym na czele reprezentującego mniejszość turecką Ruchu na rzecz Praw i Wolności (DPS).
Postkomuniści według swojego lidera mieli tym samym wyciągnąć wnioski z popełnionego przez siebie błędu. Mleko już się jednak rozlało, dlatego jak widać po wyborczym rezultacie, BSP wraz ze swoimi sojusznikami zapłaciło za współuczestnictwo w gabinecie stworzonym pod patronatem Peewskiego oraz lidera GERB i byłego premiera Bojko Borisowa.
Analizując wynik wyborczy BSP i Zjednoczonej Lewicy trzeba brać też pod uwagę fakt, że socjaliści nie mieli zbyt wielu argumentów w starciu z Radewem. Były prezydent Bułgarii wybrany w 2016 i 2021 roku z poparciem postkomunistów zwyczajnie ich przelicytował. Socjaliści ani nie mieli równie wyrazistego lidera, ani też nie byli w stanie przedstawić jeszcze hojniejszego programu socjalnego. Postępowa Bułgaria (PB) dodatkowo przyciągnęła też na swoje listy kilka znanych postaci związanych dotąd z BSP i jej koalicjantami.
Dobici przez poparcie dla Ukrainy
Porażka wyborcza postkomunistów być może była zwyczajnie nieunikniona. Po raz ostatni BSP cieszyło się dwucyfrowym poparciem wyborczym przed pięcioma laty, zaś poza jednym wyjątkiem sukcesywnie traciło miejsca w parlamencie od blisko dziewięciu lat. O ile w 2017 roku socjaliści wyraźnie nabrali wiatru w żagle dzięki zwycięstwu Radewa w wyborach prezydenckich (byli wówczas drugą siłą polityczną kraju), o tyle później było już tylko gorzej.
Gdy w 2022 roku lewicowy sojusz kierowany przez Korneliję Ninową po raz pierwszy uzyskał mniej niż dziesięć procent głosów, media tłumaczyły porażkę rozdźwiękiem między działaniami partii i oczekiwaniami jej wyborców. BSP przez dziewięć miesięcy współtworzyło wraz z liberałami i populistami koalicyjny rząd Kiriła Petkowa, który od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę pomagał ukraińskim uchodźcom i wysyłał sprzęt dla ukraińskiej armii. Elektorat postkomunistów był tymczasem w większości przeciwny wspieraniu Ukrainy.
Dawni wyborcy BSP, którzy paradoksalnie mają mocno nacjonalistyczne i konserwatywne poglądy, mogli bez problemu znaleźć alternatywę. W parlamencie od pięciu lat zasiadają bowiem politycy prorosyjskiego „Odrodzenia”, a w międzyczasie w Zgromadzeniu Narodowym zasiadali również przedstawiciele kilku efemerycznych partii narodowo-konserwatywnych.
Już kilka lat temu BSP było zresztą krytykowane za swoją politykę przez lidera PB. Radew jeszcze jako prezydent krytykował wspomnianą akceptację postkomunistów dla wysyłania pomocy dla walczącej Ukrainy. Oskarżał ówczesną szefową socjalistów Kornelija Ninowa o działanie wbrew lewicowemu elektoratowi, wyraźnie sprzeciwiającemu się „podsycaniu konfliktu” poprzez dostarczanie uzbrojenia ukraińskiemu wojsku.
Podzieleni
Okres rządów Ninowej w BSP, przypadający na lata 2016-2024, doprowadził do głębokich podziałów wewnątrz ugrupowania. Już przed czterema laty partię opuścił jej poprzednik na stanowisku przewodniczącego, Michaił Mikow, który jednak wbrew spekulacjom nie założył swojego własnego ruchu politycznego. Ninowa sama doprowadziła do niesnasek wśród podległych sobie działaczy, między innymi usuwając krytycznych wobec niej dziennikarzy z prasowego organu partii.
Wbrew twierdzeniom byłej wicepremier, BSP pod jej rządami wcale nie było więc ugrupowaniem demokratycznym. Kolektywny sposób rządzenia istniał głównie na papierze, bo w rzeczywistości to Ninowa wraz ze swoimi współpracownikowi podejmowała decyzje w nietransparentny sposób.
Wewnątrzpartyjną opozycję wobec byłej już szefowej postkomunistów, nazywanej przez złośliwców „morderczynią partii”, tworzyli również członkowie platformy „Socjalizm XXI wieku”. Ortodoksyjni lewicowcu uważali, że Ninowa nie buduje nowoczesnego ugrupowania stojącego na ideowym gruncie demokratycznego socjalizmu, czyli nie chce doprowadzić do głębokiej transformacji społecznej.
Mimo to po wyborach parlamentarnych w 2022 roku kierowała ona BSP jeszcze przez dwa lata. Ostatecznie Ninowa po rezygnacji z funkcji przewodniczącej założyła swój własny projekt polityczny, który w ubiegłą niedzielę uzyskał nieco ponad sześć tysięcy głosów. Wspomniany Mikow komentując z kolei wynik postkomunistów stwierdził, że zmiany dokonane w partyjnym kierownictwie w ciągu ostatnich dwóch lat zostały przeprowadzone zwyczajnie zbyt późno.
Nadchodzą chude lata
Nieprzekroczenie progu wyborczego w Bułgarii zazwyczaj jest swego rodzaju pocałunkiem śmierci. W przypadku socjalistów pewną nadzieją może być fakt, że jest to ugrupowanie dużo bardziej zakorzenione od licznych ruchów nacjonalistycznych i populistycznych, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat miały swoją reprezentację w Zgromadzeniu Narodowym. BSP korzysta oczywiście z zasobów zgromadzonych jeszcze w minionym ustroju.
Z drugiej strony postkomuniści startując w ramach koalicji kilkunastu lewicowych środowisk nie przekroczyli progu, pozwalającego na otrzymanie subwencji partyjnej z państwowego budżetu. Pozaparlamentarne partie startujące samodzielnie mogą liczyć na środki finansowe, gdy otrzymają przynajmniej jeden procent głosów. W przypadku koalicji jest to już jednak cztery procent.
Obecny lider BSP jeszcze przed wyborami poinformował, że partyjna kasa jest praktycznie pusta. Zarkow musiał z tego powodu sfinansować kampanię wyborczą kredytami zaciągniętymi w bułgarskich bankach. Na razie nie wiadomo w jaki sposób ugrupowanie zamierza spłacić pożyczki, ale można spodziewać się, że będzie chciało sprzedać swoją siedzibę.
Obecny lider postkomunistów mimo tych problemów nie zamierza składać broni. Zarkow zapowiedział, że demonstracja z okazji tegorocznego Święta Pracy będzie „pierwszym dniem tworzenia nowego, potężnego ruchu socjalistycznego”. Działacze partyjni mają tym samym ruszyć w przysłowiowy teren, żeby zarówno słuchać ludzi, jak i zachęcać ich do zaangażowania w życie polityczne. W praktyce dla socjalistów najważniejsze będą realne działania Radewa. Jeśli przyszły szef bułgarskiego rządu nie spełni rozbudzonych przez siebie nadziei społecznych, dopiero wówczas na scenie politycznej może ponownie pojawić się miejsce dla starej lewicy.
Maurycy Mietelski



Requiem dla bułgarskich postkomunistów
Front postępowców imienia Pedro Sáncheza
Słoweńscy populiści rozdają karty
Okupowany obwód chersoński szuka współpracy z Koreą Północną